Kategorie
Wyróżnione

Artemida i siostrzeństwo

Historia kobiet

Moje Klientki często przyznają, że nigdy szczególnie nie interesowały się historią kobiet. Znały może urywki, kilka haseł, kilka dat, może szkolny skrót o prawach wyborczych, ale nie czuły, że to jest także historia ich ciała, ich psychiki, ich relacji, ich lęków, ich wstydu, ich kobiecości.

Ja sama, choć przez długie lata szłam drogą sportu, dyscypliny i działania, od zawsze – gdzieś pod powierzchnią – nosiłam w sobie ciekawość kobiecej historii. Historii kobiet, którą sama byłam, choć nie zawsze potrafiłam się z nią utożsamić w oczywisty sposób. Nie interesowały mnie szczególnie kosmetyki, nie czułam potrzeby częstego zakładania sukienek, nie odnajdywałam się w wielu kulturowych obrazach kobiecości, które widziałam wokół siebie.

A jednak równolegle istniało we mnie inne przekonanie – że powinnam chronić kobiety, zwłaszcza te bardziej delikatne, subtelne, te, które wydawały mi się “bardziej kobiece” niż ja. Wtedy nie rozumiałam jeszcze, że w gruncie rzeczy próbuję chronić także pewną część samej siebie; tę, którą również nosiłam w sobie, ale do której nie umiałam się niestety przyznać. Ukrywałam ją skrupulatnie, między innymi poprzez mechanizmy wyniesione z dzieciństwa. Bo przecież od najmłodszych lat byłam tą, która ma się opiekować – młodszą siostrą, mamą, niewidomym dziadkiem. Ktoś musiał być silny, a ja jako kilkuletnie dziecko podjęłam decyzję, że to będę ja.

Artemida, a w rzymskiej odsłonie Diana, była mi bliska od bardzo młodych lat, choć wtedy oczywiście nie umiałam jeszcze tego tak nazwać. Instynktownie ciągnęło mnie do postaci łuczniczki, obrończyni, kobiety związanej z naturą, ruchem, autonomią i wewnętrzną celnością. Część osób zna mnie jeszcze sprzed lat, z czasu, kiedy intensywnie trenowałam siłowo, strzelałam z łuku i bywałam żartobliwie nazywana Dianą albo Wonder Woman. Już wtedy nosiłam w sobie silne poczucie, że mam chronić – siebie, innych, to, co kruche, i to, co zagrożone.

Pochodzę z domu samych silnych kobiet. Nie było w nim ojca, więc od początku uczyłam się kobiecości w wersji walczącej, zaradnej i odpornej. Kobiety mojego domu były trochę jak amazonki, trzeba było w domu pełnić wszystkie funkcje. Dorastając w takim świecie, bardzo łatwo uwewnętrznić przekonanie, że prawdziwa kobieta to ta, która daje radę, nie skarży się, nie potrzebuje zbyt wiele i potrafi unieść innych. Być może właśnie dlatego Artemida była mi bliska instynktownie, choć później to Atena przejęła stery mojego codziennego funkcjonowania: racjonalna, zadaniowa, skupiona, odporna. Była skuteczna i pomagała przetrwać. Ale jednocześnie coraz bardziej oddalała mnie od tej części kobiecości, która nie chce tylko działać i udowadniać, lecz także czuć, ufać sobie i być (o Atenie przeczytasz tutaj).

To wszystko powodowało, że łatwiej było mi zobaczyć kobiecość w innych kobietach, otoczyć troską ich wrażliwość, miękkość i subtelność, niż uznać, że te same jakości należą także do mnie i że nie odbierają mi siły, lecz ją dopełniają. Nauczyłam się żyć z bólem i do niego się nie przyznawać. Funkcjonowałam tak, jakby nic się nie działo – nawet wtedy, gdy wewnątrz wszystko było w ruchu. Czasem czuję, że byłam jak górnik zjeżdżający windą do podziemi –
w miejscu, gdzie co chwilę dochodzi do wybuchów, gdzie inni dawno by się zatrzymali z przerażenia – a ja stałam i szłam dalej, jakby to było normalne. Dziś widzę, że to nie była siła, a raczej adaptacja.

A prawdziwa siła zaczęła się dopiero wtedy, gdy pozwoliłam sobie zobaczyć także tę część siebie, którą kiedyś uznałam za zbyt delikatną, zbyt miękką, zbyt “nieprzystającą” do świata, w którym trzeba było przede wszystkim przetrwać.

Archeologia

Moją pasją od zawsze były archeologia, architektura i historia, a jednak im więcej czytałam, jeździłam na konferencje, tym częściej towarzyszyło mi poczucie frustracji, że kobiety są w tych opowieściach nieobecne, zepchnięte na margines albo pokazywane jedynie przez pryzmat męskiego spojrzenia. Drażniło mnie, że o wojnach, imperiach, ideach i przełomach opowiada się tak, jakby kobiety nie były ich częścią, jakby nie miały własnej pamięci, własnej wiedzy, własnego wpływu na bieg świata.

Jeszcze mocniej poruszało mnie jednak to, że większość kobiecych symboli przez wieki obudowywano skojarzeniami z grzechem, złem, pokusą, chaosem i zagrożeniem. Wszystko, co kobiece, wydawało się podejrzane: ciało, seksualność, intuicja, tajemnica, cykliczność, emocje, bliskość z naturą. Trochę jakby to, czego nie umiano zrozumieć, trzeba było najpierw nazwać niebezpiecznym, a potem podporządkować, zawstydzić lub ukarać.

Warto zatrzymać się na chwilę przy jednym z najbardziej zagadkowych rękopisów świata – manuskrypcie Voynicha. Do dziś nie został odczytany, a jego znaczenie pozostaje niejasne. Wiadomo jednak jedno: na wielu ilustracjach pojawiają się kobiece postacie; nagie, zanurzone w wodzie, splecione z roślinami, wpisane w jakąś organiczną, niemal alchemiczną strukturę. Do tej pory wracam do kopii tego rękopisu – ponieważ stale próbuje nazwać przedstawione tam zioła.

Gdy oglądam te ilustracje, mam poczucie, że kobiety tam przedstawione są częścią procesu. Ich ciała wydają się tam powiązane z naturą, z cyklem, z czymś, co przypomina wiedzę o życiu – może o uzdrawianiu, może o płodności, może o przemianie. Nie traktuję tego jako dowodu, lecz jako symbol. Symbol utraconej wiedzy związanej z ciałem, naturą i kobiecością.

źródło: Britannica

Z biegiem czasu coraz mocniej czułam, że pewne destrukcyjne przekazy, nie należą tylko do przeszłości, ale żyją w kobietach do dziś. I właśnie dlatego pojawiła się we mnie potrzeba, by cofnąć się do początku i zobaczyć, gdzie właściwie zaczęła się ta historia.

Nie da się pisać o Artemidzie bez tej drogi wstecz. Nie da się mówić o kobiecej wolności, instynkcie, granicy i dzikości, jeśli nie zobaczymy najpierw, jak długo kobiecość była polem kontroli. Patriarchat nie jest przecież chwilowym epizodem ani drobnym błędem kultury. To porządek budowany przez bardzo długi czas, przez stulecia, a w wielu miejscach przez tysiąclecia, w którym władza nad rodziną czy wspólnotą była skupiona wokół mężczyzny lub męskich struktur. Sam termin oznacza system społeczny i kulturowy, w którym mężczyźni zajmują uprzywilejowaną pozycję w sferze władzy, prawa i definiowania norm.

Wszystko zaczęło się od Ewy?

Jedną z pierwszych wielkich figur tego porządku jest Ewa. Ale nie jako symbol życia, pierwsza świadoma, czy nawet nie jako ta, która porusza historię człowieka. Lecz Ewa jako winna, Ewka kusicielka. Ewa jako ta, przez którą człowiek utracił Raj, a wraz z nim niewinność, jedność, bezpieczeństwo i spokój.

Ta opowieść była przez wieki powtarzana tak długo, aż przestała być jedynie mitem, a zaczęła działać jak kulturowy wzorzec patrzenia na kobiety. Kobieta stała się tą, którą trzeba obserwować, bo może sprowadzić chaos. Stała się także tą, która staje się niebezpieczna, kiedy wie za dużo, wychodzi poza wyznaczoną rolę i nie daje się łatwo podporządkować.

Z czasem ten wzorzec przestał należeć wyłącznie do religii. Przesączył się do obyczaju, prawa, wychowania, życia rodzinnego, języka, norm moralnych i społecznych odruchów. Kobieta była opisywana, dyscyplinowana, zawstydzana i porównywana. Uczono ją, ile ma zajmować miejsca, jak ma wyglądać, kiedy powinna być łagodna, kiedy ma milczeć, kiedy nie powinna się wychylać. Jej wartość przez bardzo długi czas nie zależała od tego, kim jest, lecz od tego, czy odpowiada cudzym oczekiwaniom: rodziny, religii, mężczyzny, wspólnoty, normy. Tego porządku pilnowały zresztą nie tylko instytucje, lecz także kobiety wobec innych kobiet – matki, babki, sąsiadki, wspólnoty.

Palone na stosie

Dziś często mówimy skrótem: “palono czarownice”. W szerszym znaczeniu chodziło o wielką społeczną przemoc: budowanie szubienic i miejsc kaźni, o przesłuchania, wymuszanie zeznań, o podręczniki tropienia winnych, o publiczne oskarżenie, o tłum, który miał patrzeć i wyciągać wnioski. W Europie i koloniach amerykańskich polowania na czarownice trwały głównie od XV do XVIII wieku, a procesy o czary często stawały się miejscem, w którym wyładowywano sąsiedzkie konflikty, urazy i codzienne napięcia. Źródła historyczne rzeczywiście pokazują, że oskarżenia bywały skutkiem lokalnych sporów, a ofiarami bardzo często padały kobiety marginalizowane.

Czasem wystarczało być “niewygodną kochanką”, czy samotną zielarką. Za dziwną, albo zbyt kobiecą lub za mało kobiecą. Wystarczało wzbudzać niepokój, lub być niepodporządkowanym. Wystarczało, że ktoś chciał znaleźć ofiarę dla własnego lęku, własnej złości, własnej zazdrości, własnego chaosu. I właśnie dlatego te procesy są tak ważne również dziś: pokazują, jak łatwo człowiek, który nie zna siebie, szuka winnego na zewnątrz.

To zresztą nie dotyczy wyłącznie historii kobiet. To dotyczy człowieka w ogóle. Dopóki nie poznamy siebie do końca, dopóty to, co ludzkie – kobiece i męskie – będzie szukało ofiar, którym można przypisać własne wyparte aspekty, własne lęki, własne grzechy, własną agresję, własną niezdolność do spotkania z cieniem. “Łatwiej przecież zobaczyć źdźbło w oku innego niż belkę we własnym” (to parafraza słów Wojciecha Eichelbergera).

Adamowi też było łatwiej patrzeć na Ewę niż zajrzeć głęboko w siebie. Czyżby łatwiej było obarczyć kobietę za grzechy świata, niż uznać, że człowiek od początku zmaga się przede wszystkim z własną nieświadomością?

A co zrobił Adam?

No właśnie, jak już jesteśmy przy Adamie. Znacznie rzadziej zatrzymujemy się przy tym, co zrobił właśnie on. Bardzo fajnie to opisał Wojciech Eichelberger w książce “Kobieta bez winy i wstydu” , która mnie zainspirowała do tego wątku. Bo Adam sięgnął po owoc, to raz i do tego nie wziął za to odpowiedzialności – to dwa. Pojawia się za to wzorzec, który będzie później powtarzany przez kolejne stulecia: przerzucenie winy na kobietę. Adam jawi się jako ten, który “dał się namówić”, który przecież “nie wiedział”, który “został wciągnięty”. A potem – zamiast uznać własny udział – kieruje odpowiedzialność na Ewę. No kurde.

Tu zaczyna się znacznie grubsza historia. Nie chcę rozwijać jej w tym miejscu zbyt daleko, ale psychologia od dawna pokazuje, że człowiek bywa szczególnie agresywny wobec tego, czego nie akceptuje, nie rozumie albo nie potrafi pomieścić w sobie. W tym sensie kobieta przez wieki stawała się nośnikiem wielu męskich lęków, wyparć i nieprzepracowanych napięć. A potem dziwimy się, że zraniona, kontrolowana i zawstydzana kobiecość zaczyna oddalać się od samej siebie. A równowaga energii przypomina czasem odwrócone role.

I tak kobieta – zamiast być widziana jako źródło życia – zaczęła być traktowana jako źródło zagrożenia.

Właśnie tutaj mocno wybrzmiewa myśl Eichelbergera z książki, która może dla Was okazać się tak samo refleksyjna jak dla mnie, że kobiecy aspekt natury bywa błędnie rozumiany wtedy, gdy widzi się w nim wyłącznie zagrożenie i zniszczenie. Tymczasem jego istotą jest rozpuszczanie form, które skostniały i przestały służyć życiu. To ważne rozróżnienie, bo nagle okazuje się, że to, co przez lęk nazwano niszczącym, może być w rzeczywistości przygotowaniem przestrzeni pod wzrost, oczyszczeniem pola i rozkładem tego, co martwe, aby mogło pojawić się to, co żywe.

Kobieta jest związana z cyklem, z rytmem, z końcem, który nie jest ostatecznym unicestwieniem, ale początkiem kolejnego życia, co obserwujemy w naturze, chociażby wraz z porami roku. To dlatego kobiecość tak często bywa niewygodna dla porządku opartego na kontroli, sztywności i utrwalaniu hierarchii. Wnosi ruch tam, gdzie ktoś chciałby mieć wieczne trwanie, albo wnosi pytanie tam, gdzie inni wolą gotową odpowiedź. Może też wnosi zmianę tam, gdzie komuś zależy na zachowaniu starego układu sił?

Możliwe więc, że Ewa od początku była groźna nie dlatego, że była słaba albo moralnie wątpliwa, lecz właśnie dlatego, że niosła w sobie zdolność poruszenia tego, co miało pozostać nieruchome. Była związana z przejściem, z inicjacją, z momentem, w którym człowiek przestaje być niewinny – w sensie nieświadomy – a zaczyna być odpowiedzialny, bo zaczyna widzieć. Wychodzi z iluzji. A widzenie zawsze kosztuje.

Wyjście z pierwotnej, błogiej jedności – kosztuje. Tyle że przez wieki łatwiej było przypisać tę cenę kobiecie jako winę, niż uznać, że rozwój człowieka sam w sobie domagał się oddzielenia, bólu narodzin nowego poziomu istnienia. Raj można zbudować tu na Ziemi – ale stabilniejszy będzie – gdy widzimy całość rzeczy, a nie tylko światło. Wówczas nie sponiewierają nami “niewidzialne siły cienia”, tylko możemy je stopniowo akceptować, rozkruszać i uzdrawiać.

I może właśnie dlatego tak wiele kobiet przez pokolenia żyło z poczuciem, że ich siła jest czymś podejrzanym, że ich wpływ trzeba łagodzić, ich dzikość cywilizować, a ich intuicję podporządkować cudzym zasadom. Kobieta, która zmienia, która rozsadza ciasne formy, która nie chce być tylko dodatkiem do czyjegoś świata, zaczęła być odczytywana nie jako część naturalnego porządku życia, lecz jako zagrożenie. Z czasem ta narracja weszła nie tylko w religię i kulturę, ale również w relacje między kobietami, bo jeśli kobiecość została skojarzona z winą, to trudno było zbudować siostrzeństwo na gruncie, na którym każda z nas miała podejrzewać siebie nawzajem o nadmiar, chaos, niebezpieczną moc.

A jednak im głębiej schodzi się pod tę warstwę narzuconych znaczeń, tym wyraźniej widać, że kobieta nie została stworzona po to, by nieustannie przepraszać za swoją naturę. Została wyposażona w zdolność inicjowania przemiany, w mądrość ciała, w instynkt, który rozpoznaje, kiedy coś już obumarło i nie może być dalej chronione tylko dlatego, że jest znane.

W tej perspektywie odzyskanie Ewy nie oznacza wybielania jej ani tworzenia nowego, cukierkowego mitu, lecz zgodę na to, by zobaczyć w niej figurę kobiecej odwagi wynikające z siły wewnęrznej; odwagi wejścia w życie takim, jakie jest naprawdę: też nieczyste, wymagające, pełne paradoksów, ale przez to prawdziwe.

I może właśnie stąd prowadzi droga do kobiety bez winy i bez wstydu (idąc za tytułem książki, która kiedyś bardzo mnie zainspirowała i wsparła) – do kobiety, która rozumie, że jej dzikość to siła natury. Może to co przez wieki nazywano pokusą, mogło być po prostu pierwszym ruchem ku świadomości?

Nie są to wnioski nowe ani wyłącznie moje, ani tylko Pana Wojciecha. Podobne intuicje, choć wyrażane różnym językiem, pojawiały się u badaczy mitu i psychologii głębi; od Junga i rozwijającego jego myśl Ericha Neumanna, przez Josepha Campbella, aż po współczesne autorki opisujące kobiece archetypy, takie jak moja ulubiona Jean Shinoda Bolen.

Kobieta i połączenie z matką Ziemią

Eichelberger w swojej książce zwraca uwagę na jeszcze jeden ciekawy wątek, który chce tu przywołać; że wraz z kontrolowaniem kobiet, równolegle – coraz mocniej zmieniał się także stosunek do przyrody.

W średniowieczu natura bywała postrzegana jako dzika, niebezpieczna i tajemnicza, ale nie była jeszcze całkowicie zredukowana do surowca pod pełną kontrolę. Kobiety wówczas miały realny udział w życiu domowym, gospodarczym, religijnym i intelektualnym, choć równolegle istniały także silne ograniczenia. Później jednak, na przełomie renesansu i wczesnej nowożytności, wraz z narodzinami nowego, bardziej mechanistycznego rozumienia świata, przyroda zaczęła być coraz częściej traktowana jak coś, co należy badać, rozkładać, wykorzystywać i podporządkować. Rewolucja naukowa przyniosła nowy obraz natury, a Bacon mówił o “panowaniu nad naturą”. I właśnie tutaj widać bolesną równoległość: to, co kobiece, i to, co naturalne, zaczęto traktować podobnie. Bo to w renesansie zaczęły się polowania.

Natura – Matka Ziemia – i kobieta stały się przestrzeniami eksploatacji. Z jednej strony wydobywano z nich zasoby, energię, opiekę, pracę, ciało, płodność, zmysłowość, emocjonalność i zdolność regeneracji. Z drugiej – zawstydzano je, dyscyplinowano i próbowano utemperować wszystko, co nie dawało się łatwo podporządkować patriarchalnej logice.To dlatego agresja wobec kobiety i agresja wobec przyrody mają ze sobą coś wspólnego. Obie wyrastają z lęku przed tym, czego nie da się do końca posiąść i skontrolować. A przecież bez kobiety i bez przyrody ten świat nie istnieje.

Dopiero od niedawna w ludzkich umysłach zaczyna znowu kiełkować świadomość, że zarówno kobieta, jak i natura nie są zasobami do eksploatacji, lecz skarbami, które trzeba chronić; że bez nich także świat męski po prostu nie przetrwa. Yin i Yang są dopełnieniem. Gdy jest za dużo yang, który symbolizuje w TMC działanie, kontrolę, strukturę, napięcie, a za mało yin – czyli odczuwanie, regeneracja, miękkość, relacyjność, bycie zamiast robienia, to sami możemy wyciągnąć wnioski – co się wydarzy? Dziś trafiają do mnie kobiety z przewagą yang, a prowadzi to do:

  • chronicznego napięcia układu nerwowego (przewaga współczulnego)
  • problemów ze snem (wybudzanie, brak głębokiej regeneracji)
  • zaburzeń hormonalnych (kortyzol ↑, progesteron ↓)
  • problemów z cyklem (nieregularność, brak owulacji, PMS)
  • napięć mięśniowych, bólów głowy
  • problemów trawiennych (bo ciało jest w trybie “przetrwania”, nie “trawienia”)

Na poziomie psychiki: nadmierna kontrola, trudność w odpuszczaniu, brak kontaktu z emocjami, poczucie, że trzeba wszystko “ogarniać”, trudność w byciu w relacji bez napięcia, lęk przed zatrzymaniem się (bo wtedy “coś wyjdzie”).

Na poziomie kobiecości (możemy obserwować):

  • kobieta zaczyna funkcjonować bardziej jak system zadaniowy niż żywy organizm
  • odcina się od cykliczności
  • traci kontakt z intuicją i ciałem
  • zaczyna oceniać inne kobiety (bo sama jest w napięciu)
  • miękkość zaczyna być odbierana jako zagrożenie lub słabość

To jest dokładnie moment, w którym:
– Atena przejmuje stery, a przykładowo – Artemida i inne aspekty – schodzą głębiej.

Kiedy kobieta funkcjonuje w nadmiarze yang, bardzo często próbuje przetrwać w tym yang, często poprzez jedzenie, które jeszcze bardziej ją pobudza i wysusza (kawa, cukier, ostre przyprawy, duża ilość mięsa czerwonego, szybkie jedzenie w biegu), zamiast sięgać po to, co naprawdę ją odżywia i reguluje. To jeden z subtelnych, ale bardzo ważnych mechanizmów; kobiecość wypchnięta z yin próbuje przetrwać w yang, podtrzymując napięcie zamiast wracać do równowagi.

Produkty bardziej yin

  • ciepłe, ale łagodne posiłki (zupy, duszone warzywa)
  • kasze
  • dobre tłuszcze (oliwa, masło klarowane)
  • warzywa korzeniowe
  • kiszonki (ale ostrożnie przy wrażliwości)
  • napary ziołowe (melisa, tulsi, rumianek, lipa)
  • kompot z gruszki, nawodnienie.

I może właśnie dlatego dziś tak wyraźnie widać, jak bardzo ta równowaga została zachwiana. Zarówno w lasach, rzekach, glebie, wyparciu ziół przez farmację, ale również w ciałach kobiet, w ich układach nerwowych, w relacjach, w poczuciu bezpieczeństwa, w zaufaniu do siebie, w siostrzeństwie.

Horizontal hostility, kobieta przeciwko kobiecie

I właśnie tutaj spotykamy psychologiczną konsekwencję historii. Ona też dokłada swoją cegiełkę. Gdy jakaś grupa przez długi czas żyje pod presją, kontrolą i oceną, zaczyna często kierować część tej przemocy do wewnątrz. To zjawisko zostało wielokrotnie opisane w psychologii społecznej i badaniach nad grupami poddawanymi długotrwałej kontroli. W literaturze pojawia się ono nie tylko jako horizontal hostility, ale także w kontekście teorii dominacji społecznej oraz mechanizmów internalizacji norm opresyjnych.

Badacze zauważali, że w systemach, w których bezpośrednia konfrontacja z władzą jest utrudniona lub niemożliwa, napięcie i frustracja często ulegają przemieszczeniu – zamiast kierować się ku źródłu kontroli, zaczynają być rozładowywane w obrębie własnej grupy. W efekcie osoby należące do tej samej kategorii społecznej zaczynają pełnić wobec siebie funkcje kontrolne, dyscyplinujące i oceniające.

Zjawisko to było obserwowane między innymi w społeczeństwach o silnie hierarchicznej strukturze, w tym również w realiach Europy Środkowo-Wschodniej w XX wieku, gdzie kobiety – mimo formalnego uczestnictwa w życiu zawodowym – nadal funkcjonowały w ramach sztywnych norm społecznych i obyczajowych. W takich warunkach kobiecość była jednocześnie wymagana i kontrolowana, a kobiety często stawały się dla siebie nawzajem nośnikiem tych norm: poprzez ocenianie wyglądu, ról życiowych, macierzyństwa, moralności czy “właściwego” zachowania.

Psychologia opisuje ten mechanizm również jako formę identyfikacji z systemem dominującym. Oznacza to, że jednostka – często nieświadomie – przejmuje zasady, które ją ograniczają, a następnie zaczyna je reprodukować wobec innych. W tym sensie kontrola przestaje być wyłącznie zewnętrzna. Zostaje uwewnętrzniona i zaczyna działać od środka.

W przypadku kobiet oznacza to między innymi zinternalizowaną mizoginię i ja to raczej widzę jako uwewnętrznienie kulturowych przekonań, które degradują kobiecość, a potem kieruje się je przeciw sobie i innym kobietom.

Wtedy zaczyna się porównywanie, ustawianie, klasowanie, umniejszanie. Tamta jest za głośna, ta za miękka, a ta jest zbyt seksualna. Jedna za ambitna, inna za zależna. Jedna “sztuczna”, inna “zaniedbana”. I nagle nie chodzi już o paznokcie, usta, perfumy, sposób ubierania się, macierzyństwo, karierę czy styl życia. Pod spodem działa znacznie głębsze przekonanie: że istnieje jakiś jedyny właściwy sposób bycia kobietą, a wszystkie inne trzeba poprawić, przywołać do porządku albo zawstydzić.

Nie lubię tego aspektu. Tu zawsze budzi się moja Artemida. Zbyt często wchodziłam w konflikt z kobietami, u których widoczna była zinternalizowana mizoginia. I czasem dalej mi się to zdarza.

Może i rzeczywiście byłam tą, która nie szła środkiem stada – częściej z boku, czasem z tyłu (by mieć na wszystkich oko;)). Może w naturalny sposób przyjmowałam rolę tej, która chroni. Ale jest dla mnie granica, której nie potrafię przekroczyć. Umniejszanie drugiej kobiecie tylko dlatego, że jest wrażliwa, subtelna, bardziej “kobieca” – budzi we mnie natychmiastową niezgodę i moją łuczniczkę.

Dziś widzę wyraźniej, skąd to się bierze.
Przez dużą część życia sama byłam oceniana właśnie w ten sposób; jako ta za delikatna, za wrażliwa, za miękka, za dziwna.
To wystarczało, by zostać zepchniętą na dalszy plan, ustawioną niżej w niewidzialnej hierarchii, którą kobiety potrafią tworzyć między sobą. Zostawałam w cieniu, bo moje jakości bywały uznawane za mniej wartościowe. Ale dziś, kiedy widzę ten mechanizm u innych kobiet, nie jestem już bezradna. Rozpoznaję go, znam go. I choć nie potrzebuję już walczyć tak jak kiedyś, nawet łuk i strzały trzymam w osobnych miejscach w domu, to nadal czuję w sobie bardzo wyraźną granicę.

Bo to nie jest już dla mnie niewinny komentarz. To jest powielanie starego porządku, który przez lata uczył kobiety, że mogą istnieć tylko pod warunkiem spełniania określonej formy. W tym miejscu życzę Wam, abyście nigdy nie wątpiły w swoją siłę wewnętrzną. Ona jest zazwyczaj cicha, nie zawsze widoczna na zewnątrz- ale jest wyczuwalna, obecna i prawdziwa. I bywa, że budzi niepokój albo irytację u tych, którzy własną siłę próbują budować głównie na tym, co zewnętrzne. Siła wewnętrzna wyrasta z miejsca, które nie podlega ocenie, dlatego nie szuka uznania na zewnątrz.

I tu jeszcze dodam: kobieta, która ocenia inne kobiety, bardzo często sama została kiedyś oceniona. Kobieta, która nie ufa kobietom, często sama nie czuła się przy nich bezpiecznie. Kobieta, która reaguje napięciem na kobiecą wolność, zmysłowość, naturalność czy niezależność, bardzo często spotyka w drugiej kobiecie część siebie, którą kiedyś musiała na przykład ..odciąć. W tym sensie projekcja staje się formą obrony przed własnym cieniem. Na szczęście możemy to zmieniać, zaczynając każda od siebie.

Właśnie dlatego spotkanie z inną kobietą nie zawsze jest proste i nie zawsze uruchamia od razu ciekawość, otwartość czy poczucie wspólnoty. Wiele kobiet mi mówi: ja nie umiem się przyjaźnić z kobietami. Niestety, niekiedy spotkanie z kobietą uruchamia napięcie, porównywanie, potrzebę sprawdzenia, ocenienia, zaklasyfikowania.

Artemida jako przypomnienie

Jeśli historia kobiet była przez stulecia historią zawstydzania, podporządkowania i odcinania od instynktu, to Artemida jawi się jako przypomnienie o tej części kobiety, której nie udało się do końca oswoić ani podporządkować. Uosabia ona kobiecość zakorzenioną w cielesnej intuicji, świadomą własnych granic i nieuzależnioną od zewnętrznej aprobaty.

Jej siła nie wypływa z potrzeby umniejszania innych kobiet, lecz z wewnętrznej integralności, dzięki której nie musi niczego udowadniać poprzez rywalizację czy przewagę. Artemida potrafi pozostawać w relacji, nie tracąc siebie, i potrafi kochać, nie myląc miłości z zawłaszczeniem. W tym sensie przypomina, że dojrzała kobiecość nie oznacza wyłącznie miękkości, delikatności i opiekuńczości, ale obejmuje również granicę, celność, instynkt i głęboką wierność własnej naturze.

Artemida nie pyta, czy wolno jej istnieć po swojemu – ona po prostu wraca do lasu, do ciała i do własnej prawdy

Siostrzeństwo, w moim odczuciu, zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się potrzeba karania kobiet za ich inność. Rodzi się w chwili, gdy kobieta przestaje budować siebie na cudzym wstydzie i nie musi już widzieć w drugiej kobiecie zagrożenia, ponieważ wróciła do własnej osi. Dopiero wtedy można naprawdę powiedzieć, że kobiety nie zostały stworzone do rywalizacji ze sobą, lecz zostały jej nauczone. A to, czego zostały nauczone, może zostać rozpoznane, przeżyte i stopniowo oduczone.

Kiedy kobieta naprawdę wraca do siebie, nie potrzebuje już kontrolować innych kobiet. I narzucać im swoich norm. Każdy ma prawo do swoich doświadczeń i swojego tempa przeżywania życia. Można inspirować innych swoim życiem, ale go nie narzucać. To proste.

Siła Artemidy nie rodzi się z walki z innymi kobietami, lecz z wierności sobie

Pierwsza relacja z kobietą

Nie sposób pominąć w tym kontekście roli pierwszej relacji z kobiecością, czyli relacji z matką lub inną ważną kobietą w dzieciństwie. Jeśli relacja ta była krytyczna, zawstydzająca, porównująca, kontrolująca, emocjonalnie chłodna lub nieprzewidywalna, w psychice może utrwalić się przekonanie, że kobieta nie jest bezpieczna. To przekonanie nie musi być w pełni uświadomione.

Wiele kobiet nigdy nie doświadczyło bowiem prawdziwie bezpiecznej relacji z inną kobietą. Nie wie więc, jak wygląda więź, w której nie trzeba rywalizować, ustawiać się w hierarchii, bronić swojej pozycji ani stale skanować otoczenia pod kątem zagrożenia. Brak doświadczenia siostrzeństwa prowadzi do tego, że kobieca wspólnota zamiast kojarzyć się z oparciem, zaczyna kojarzyć się z kontrolą, oceną i naruszeniem. Wtedy dystans, ironia i chłód stają się strategiami przetrwania.

To nie jest opowieść o “złych kobietach”. Tylko to opowieść o niezaopiekowanym doświadczeniu kobiecości, które zaczęło reprodukować ból.

Wrażliwość jest niewygodna; to nie prze-wrażliwienie

Zdarza się, że kobieta, która zaczyna mówić o tym, co czuje, nie spotyka się ze zrozumieniem, lecz z próbą uciszenia. Słyszy wtedy, że jest “za wrażliwa”, że “nie wszystko trzeba mówić”, że “robi problem”. Czasem pojawia się ironia, czasem lekceważenie, a czasem coś jeszcze bardziej subtelnego – sugestia, że jej sposób przeżywania jest nieadekwatny, przesadzony, niewygodny.

Może w rzeczywistości chodzi o brak gotowości drugiej osoby, by spotkać się z emocjami?

Ja sama to rozumiem, bo czasem kiedy mówię wprost, co czuję; bez ataku, bez oceniania, bez potrzeby dominacji – w niektórych uruchamia to coś, co wygląda jak obrona: umniejszenie mi, odwrócenie ról, a czasem próba zawstydzenia. I mówię tu też o kobietach.

To znów TEN stary mechanizm: kobieta ma przestać czuć, przestać mówić. Ma wrócić do formy, która jest łatwiejsza do zaakceptowania. Najlepiej to w ogóle poruszać się w iluzji, że jest dobrze, że mamy raj. No nie. Jeśli czuję, że jest potrzeba oczyszczenia, zanim nastąpi prawdziwe (prze-)budowanie raju, to nie będę podtrzymywać iluzji. Ja znam swoją wartość, ale też – powtarzający się brak szacunku – przestaje być dla mnie czymś, co mam tłumaczyć czy znosić. Ja zawsze mówię prawdę. A gdy granica zostaje przekroczona – moją odpowiedzialnością jest sygnalizowanie tego.

W moim odczuciu kobieta, która mówi, co czuje, jest początkiem zmiany! Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy kobieta zostaje już tylko w głowie i zamyka serce, bo wtedy jej siła odcina się od czucia, a świat traci dostęp do czegoś, co podtrzymuje życie, więź i ludzką wrażliwość. Biada światu, w którym kobieta przestaje czuć, a zaczyna jedynie kontrolować, przetrwać i bronić się przed własnym wnętrzem.

Komunikacja – droga do uzdrowienia

Wiem, ile lat zajęła mi nauka komunikacji, która nie rani ani mnie, ani drugiego człowieka. To jeden z tych obszarów, których nie uczy się nas w szkołach, a które uważam za fundamentalną część dojrzewania, budowania relacji i wewnętrznej wolności. Dla mnie jest to nie tylko forma edukacji, ale także jedna z najważniejszych inwestycji w życie. Nawet osoby uczące o rozwoju, finansach czy sprawczości często podkreślają, że zmiana jakości życia zaczyna się od zmiany sposobu myślenia, przekonań i komunikacji (zapraszam do artykułu Myśli mają moc). Nie bez powodu. To, w jaki sposób mówimy, słuchamy, reagujemy i nazywamy własne doświadczenie, ma ogromny wpływ na relacje, zdrowie i kierunek, w którym idzie nasze życie.

Nie jest to jednak coś, co przychodzi naturalnie w świecie, w którym przez długi czas uczono nas głównie dwóch strategii: milczenia albo walki. Dojrzała komunikacja jest praktyką codzienną, wymagającą uważności, pokory i odwagi. Na szczęście jest też umiejętnością, którą można rozwijać. I choć brzmi to prosto, naprawdę wierzę, że praktyka czyni mistrza.

Uczę się mówić w taki sposób, w którym nie oceniam drugiej osoby i nie narzucam jej swojego sposobu widzenia. Nie udzielam rad, jeśli nie zostałam o nie poproszona. Zamiast tego staram się nazywać własne doświadczenie – to, co czuję, co się we mnie porusza, co się we mnie zmienia w kontakcie z drugim człowiekiem. To według mnie fundamentalna różnica, która może uzdrowić każdą relację.

Kontrolowanie czy troska?

W mojej praktyce staram się nie mówić: “robisz coś źle”. W tym zdaniu już jest ukryta kontrola. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka brzmi ono jak troska, w rzeczywistości może być próbą ustawienia drugiego człowieka według własnej miary, własnego komfortu, własnego sposobu rozumienia świata.
Mówię raczej: “to, co się wydarzyło, wywołuje we mnie konkretną reakcję”, “czuję napięcie”, “czuję smutek”, “czuję niezgodę”, “to przekracza moją granicę”. I jest tu przestrzeń na dotarcie i szacunek do drugiej osoby.

To subtelna zmiana języka, ale w psychologicznym sensie jest ona ogromna, ponieważ przestaje ustawiać drugiego człowieka w pozycji dziecka, które trzeba poprawić, a mnie w pozycji tej, która wie lepiej. Uczę się nie kontrolować innych ludzi ani ich zachowań. Nie jest to dla mnie łatwe, ponieważ dobrze znam wzorce kontroli wyniesione z domu i wiem, jak łatwo mogą one przebrać się za “dobrą radę”, “troskę”, “rozsądek” albo “chęć pomocy”. Kontrola bywa bardzo sprytna, niby chcesz dobrze, ale pod spodem nadal może kryć się trudność w uznaniu wolności drugiego dorosłego człowieka. Bo przecież Ty wiesz lepiej, a Twoja prawda jest jedyna 😉

Kontrola nie ufa procesowi drugiej osoby. Nie ufa też temu, że dorosły człowiek ma prawo popełniać własne błędy, uczyć się we własnym tempie, a czasem nawet nie skorzystać z tego, co wydaje nam się dla niego dobre.

Wsparcie wygląda inaczej. Wsparcie nie odbiera sprawczości. Nie wchodzi w cudze życie z pozycji wyższości i nie narzuca rozwiązania. Zamiast tego towarzyszy, słucha, nazywa, czasem proponuje, ale nie przejmuje steru. Wsparcie po prostu zostawia drugiej osobie godność i prawo do decydowania o sobie. Na takich podwalinach można budować siostrzeństwo.

Granica również nie jest kontrolą, choć wiele kobiet właśnie tego najbardziej się boi. Granica nie służy do rządzenia drugim człowiekiem, lecz do ochrony własnej integralności. Kiedy stawiam granicę, nie mówię: “masz się zmienić, żeby było po mojemu”. Mówię raczej: “na to się nie zgadzam”, “w taki sposób nie chcę być traktowana”, “jeśli to się powtórzy, wycofam się”, “to jest dla mnie za dużo”.

Wolność człowieka

To właściwie dla mnie forma szacunku wobec wolności każdego dorosłego człowieka. Szanuję to, że ktoś może myśleć inaczej, czuć inaczej, wybierać inaczej i żyć inaczej niż ja. I ten sam szacunek obejmuje również mnie.

Coraz wyraźniej widzę też, że dojrzała komunikacja nie polega na tym, by nigdy nikogo nie urazić, ale na tym, by mówić prawdę bez przemocy. A to wymaga czegoś znacznie trudniejszego niż dawanie rad i ocenianie. Wymaga kontaktu ze sobą i umiejętności odróżnienia:

– co we mnie jest realną niezgodą, a co uruchomionym dawnym lękiem;
– co jest troską, a co potrzebą kontroli;
– co jest granicą, a co próbą zarządzania cudzym życiem.

To jest praca, która wymaga pokory. Ale tu się rodzi szacunek – zarówno do siebie, jak i do drugiego człowieka. Uczę się stale być w kontakcie ze sobą.. i dawać przestrzeń do życia i doświadczeń innym.

Ciało jako sygnalizator

I to właśnie ciało staje się tu najważniejszym punktem odniesienia. To ono pierwsze pokazuje, kiedy coś jest zgodne, a kiedy przekracza moją granicę. To ono rejestruje napięcie, dyskomfort, ścisk, wycofanie – zanim jeszcze umysł zdąży to zracjonalizować.

Dlatego uczę się ufać sobie. Nie w sensie przekonania, że zawsze mam rację – ale w sensie głębokiego zaufania do własnego odczuwania. A z tego miejsca zaczyna się coś, co przez długi czas było dla mnie najtrudniejsze: stawianie granic. Wyważone “nie zgadzam się, to nie moje”, zamiast walki ..choć czasem – przyznam – mam ochotę strzelić z łuku. Ale moja wieloletnia praktyka pomaga mi zachować spokój.

Wolność kobiet

Historia kobiet jako istot formalnie wolnych jest bardzo krótka.

Tak krótka, że właściwie nadal dzieje się na naszych oczach. Jeszcze niedawno kobieta w wielu krajach nie mogła pracować bez zgody męża, mieć własne konto, własną kartę kredytową, nie mogła samodzielnie podróżować, podejmować decyzji prawnych, głosować, uprawiać niektórych zawodów ani skutecznie dochodzić sprawiedliwości wobec przemocy w małżeństwie. I nie piszę o odległym średniowieczu.To daty, które mieszczą się w historiach naszych matek i babć.

W Polsce pełne prawa wyborcze zostały kobietom przyznane dopiero w 1918 roku. Trudno zrozumieć współczesne kobiece napięcia, nie pamiętając, że wolność kobiet jest historycznie bardzo młoda, natomiast kulturowe mechanizmy kontroli – bardzo stare. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że wiele kobiet nadal nosi w sobie lęk przed byciem sobą, przed wyróżnieniem się, przed odejściem od stada, przed własną dzikością.

Siostrzeństwo, po raz drugi

Siostrzeństwo nie oznacza, że wszystkie kobiety mają się lubić, zgadzać ze sobą albo być takie same. To by było smutne. Nie polega to na przymusie wzajemnej sympatii. Nie jest też infantylnym nawoływaniem do bycia “miłymi dla siebie”. Siostrzeństwo dla mnie oznacza coś dojrzalszego: uznanie, że druga kobieta ma prawo istnieć po swojemu, bez konieczności przechodzenia przez filtr mojej aprobaty. Oznacza zgodę na różnorodność kobiecych dróg.

Nie ma znaczenia, czy kobieta ma tatuaże, czy jest “naturalna”, czy robi zabiegi, czy rodzi dzieci, czy ich nie ma, czy buduje biznes, czy wybiera życie domowe, czy jest w relacji, czy żyje sama, czy kocha perfumy, czy ich nie używa, czy nosi hybrydy, czy chodzi boso. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedna kobieta odbiera drugiej prawo do istnienia po swojemu i zaczyna budować własną wartość na cudzym umniejszeniu.

Archetyp Artemidy

Po tak długim wstępie – który był bardzo tu ważny – możemy nareszcie rozwinąć wątek tego ważnego dla mnie archetypu.

W ujęciu jungowskim i postjungowskim Artemida może być rozumiana jako obraz kobiety autonomicznej, instynktownej, dzikiej, wiernej sobie i niezależnej od zewnętrznej aprobaty. Nie jest figurą kobiety zdefiniowanej przez związek z mężczyzną. Nie buduje tożsamości na tym, czyją jest partnerką, żoną czy wybranką. Jej poczucie wartości nie opiera się na tym, czy została zauważona, wybrana czy potwierdzona przez męski porządek (jak Atena). I właśnie dlatego może być tak ważna dla kobiet, które wychodzą z zależności, współuzależnienia, przemocy, relacji opartych na lęku, podporządkowaniu lub głodzie aprobaty.

„Kobieta, która jest w kontakcie ze swoją dziką naturą, nie daje się łatwo zawstydzić ani kontrolować”

(parafraza myśli z „Biegnącej z wilkami” Clarissa Pinkola Estés)

Artemida jest boginią dzikiej natury, łowów, instynktu, ciała, granicy i wewnętrznej celności. Jej łuk i strzały nie muszą być rozumiane dosłownie. Mogą stać się metaforą koncentracji, świadomości celu, umiejętności utrzymania kierunku mimo przeszkód, zdolności do ochrony tego, co święte i własne. Łuczniczka nie strzela chaotycznie i nie reaguje impulsywnie na każdy bodziec. Najpierw czuje napięcie, oddech, oś, skupienie, kierunek, a dopiero potem wypuszcza strzałę. W psychologicznym sensie oznacza to zdolność do nieulegania rozproszeniu, do nieoddawania swojej energii wszystkiemu naraz, do skupienia się na tym, co najważniejsze.

Dlatego tak wiele kobiet może odnajdywać w Artemidzie inspirację do ochrony. Mitologiczna Artemida bywa surowa i karząca, ale na poziomie archetypicznym nie trzeba brać z niej przykładu odwetu, można trzymać łuk i strzały osobno, jak ja. Można wziąć z niej zgodę na to, że gniew bywa sygnałem naruszenia, że ciało rozpoznaje przemoc szybciej niż umysł, że granica nie jest brakiem miłości, lecz formą prawdy. Można czuć współczucie wobec historii drugiego człowieka, a jednocześnie nie zgadzać się na przekraczanie siebie.

Zrozumienie, empatia nie oznacza zgody. Miłość bezwarunkowa nie oznacza braku granic.

To szczególnie ważne dla mnie, bo pracuję z kobietami po przemocy, gwałtach, wykorzystaniu, relacjach opartych na dominacji czy syndromie sztokholmskim. Nie jestem psychologiem, psychoterapeutą, a jednak to wpływa na naszą współpracę i ciało.W takich historiach często pojawia się bardzo głęboko uszkodzona zdolność do odczuwania własnych granic, do ufania własnemu odruchowi obronnemu, do odróżniania troski od kontroli, miłości od zawłaszczenia, więzi od zależności. To są osoby w ciągłym napięciu ciała, dlatego pomagam im budować chęć do zmiany i podjęcia współpracy psychologicznej.

Często przywołuję w dialogu (dla wsparcia) archetyp Artemidy, który może w tym kontekście symbolizować część psychiki, która przypomina, że kobieta nie musi być oswojona przez cudze oczekiwania, aby mieć wartość. Nie musi zostać wybrana przez mężczyznę, by być pełna. Nie musi oddawać swojej wolności w zamian za iluzję bezpieczeństwa. Nie musi zgadzać się na przemoc – ani fizyczną, ani słowną, ani emocjonalną – po to, by utrzymać relację.

Relacja pomocowa

W pracy z kobietami po przemocy, wykorzystaniu, porzuceniu czy długoletnim przekraczaniu granic (których patronką na świecie jest często Artemida) łatwo zobaczyć, jak silna może być potrzeba oparcia się na kimś z zewnątrz. To naturalne, że kobieta, która przez lata nie miała bezpiecznej bazy, szuka jej tam, gdzie po raz pierwszy doświadcza szacunku, uważności, regulacji i zrozumienia. W języku psychologicznym można mówić tu o przeniesieniu, o uruchamianiu dawnych wzorców przywiązania, o tendencji do budowania relacji kompensacyjnej, w której specjalistka zaczyna nieświadomie zajmować miejsce figury opiekuńczej, przewodniczki, wybawicielki, idealnej matki lub bezpiecznego autorytetu.

Jednak właśnie tutaj granice relacji pomocowej stają się formą etycznej troski. Prawdziwa pomoc nie polega na tworzeniu zależności. Nie polega na tym, by klientka coraz bardziej wiązała swoje bezpieczeństwo, decyzje, sprawczość i sens życia z obecnością specjalistki (to cień Demeter i Persefony). Polega na czymś odwrotnym: na stopniowym wzmacnianiu jej wewnętrznej autonomii, zdolności do kontaktu ze sobą, do samoregulacji, do odczuwania własnych granic, do podejmowania decyzji z własnego centrum. I to jest mój wkład do wsparcia kobiet. Specjalistka nie jest od tego, by stać się centrum życia kobiety. Jest od tego, by pomóc jej odzyskać własne centrum. I dbać o własne, poprzez stawianie granic.

Życzliwość bez granic łatwo może zamienić się w splątanie. A splątanie, nawet jeśli na początku daje ulgę, na dłuższą metę nie służy wolności.

Krąg kobiecy a nie rywalizacja

Artemida nie jest archetypem rywalizacji z kobietami. Przeciwnie – symbolicznie wiąże się z kobiecym kręgiem, z przestrzenią, w której kobiecość nie musi przechodzić przez konkurs wartości. Artemidzie zawsze towarzyszyła grupa nimf. Ale Artemida nie jest archetypem rywalizacji – jej siła nie bierze się z bycia “lepszą”, tą obudzoną, świadomą, tą która umniejsza innym kobietom, ale z głębokiego zakorzenienia w sobie.

To właśnie dlatego może być tak inspirująca dla kobiet współuzależnionych, dla kobiet wychodzących z relacji przemocowych, dla kobiet, które były całe życie uczone, że ich tożsamość ma być budowana wokół czyichś potrzeb, czyjegoś humoru, czyjegoś uznania, czyjejś dominacji. Ten aspekt polecam jako inspirację wszystkim kobietom z dominującą Persefoną. Artemida przypomina o formie kobiecości, która nie rodzi się z lęku przed odrzuceniem. Jest figurą kobiety spełnionej bez pieczątki zatwierdzenia z zewnątrz. Może symbolizować kobietę, która wraca do siebie, poprzez zintegrowanie z cieniem, o którym piszę w artykule o Persefonie.

„Kiedy kobieta przestaje żyć według oczekiwań innych, zaczyna odkrywać, kim naprawdę jest”

(„Boginie w każdej kobiecie”)

Jej dzikość oznacza nieudomowienie przez przemocowy porządek. Oznacza zachowanie żywego kontaktu z instynktem, naturą, ciałem, rytmem, własnym “tak” i “nie”. Oznacza także zgodę na to, że kobieta nie jest linią prostą, lecz bytem cyklicznym. Wątek księżyca, tak silnie związany z późniejszym wyobrażeniem Artemidy, dobrze współgra z kobiecą lunarną naturą, z ciałem, które nie funkcjonuje wyłącznie według logiki nieustannej produktywności, lecz według rytmu, zmienności, faz, wewnętrznych przypływów i odpływów. Kobieta nie musi być codziennie taka sama, by była prawdziwa.

Ja nadal jestem w drodze do siebie. Potrzebuję samotnych wyjazdów. W zeszłym roku dużo mi dał czas bycia ze sobą podczas tygodniowego pobytu w klasztorze bez telefonu, w osamotnieniu. Cenię sobie czas spędzony ze sobą w ciszy i przestrzeni, by coraz lepiej poznawać własne wnętrze. To właśnie dzięki temu uczę się, że nie trzeba wybierać między całkowitym zlaniem się z innymi a całkowitym odcięciem. Można być w relacji, pozostając wierną sobie.

W tym wszystkim najważniejsze jest to, że kobiety nie zostały stworzone do rywalizacji ze sobą. Zostały tego nauczone i możemy się teraz tego oduczyć.

Być może właśnie dlatego archetypy, mity i boginie bywają tak pomocne. Bo pozwalają zobaczyć siebie z bezpiecznego dystansu. Kobieta może spojrzeć na Artemidę i rozpoznać w niej część siebie, która nie chce żyć pod cudzym spojrzeniem. Część, która nie musi zasługiwać na wartość. Część, która nie szuka zemsty, ale nie zgadza się już na normalizowanie przemocy. Część, która pamięta o ciele, naturze, cyklu, granicy i kierunku.

Siostrzeństwo – jeszcze raz to napiszę- zaczyna się tam, gdzie kończy się porównywanie.

Jeśli kobieta ma dziś odzyskać swoją moc, mam poczucie, że nie wystarczy, że będzie tylko bardziej pewna siebie, choć to też ważne. Potrzebujemy głębszego powrotu do siebie – do instynktu, do ciała, do własnego odczuwania, do prawa do granic, do prawa do odmienności, do prawa do istnienia poza oceną. Potrzebuje przypomnieć sobie, że nie musi być czyjąś, by być cała. Nie musi zostać zatwierdzona, by być godna. I nie musi żyć w rywalizacji z innymi kobietami, by wiedzieć, kim jest. A kiedy wraca do siebie – widzi inne kobiety, mężczyzn- jako równie wolne istoty.

Czy widać już, jak bardzo złożony jest to mechanizm i jak długa, wielowarstwowa historia doprowadziła do tego, że rywalizacja kobiet stała się jednym z jej najbardziej bolesnych skutków ubocznych? Na szczęście nie jesteśmy skazane na jego powtarzanie. To, co zostało w nas zapisane, może zostać uświadomione, przeżyte i stopniowo zmienione. I możemy się w tym wspierać.

Artemida jest dobrą inspiracją jak wracać do siebie, do swojej siły wewnętrznej. Jak stać w swojej osi, czuć swoje granice i nie budować własnej siły na cudzym umniejszeniu. Może być dla nas przypomnieniem, że kobieca wolność nie rodzi się z rywalizacji, ale z zakorzenienia – i że właśnie z tego miejsca najłatwiej tworzy się prawdziwe siostrzeństwo.


Dodatkowe fakty

  • 1811-1820 (Anglia, epoka regencji) Kobiety z wyższych warstw społecznych wychowywano przede wszystkim do roli “odpowiedniej żony” – liczyły się reputacja, małżeństwo, posag i podporządkowanie normom obyczajowym. To właśnie ten czas pokazują Bridgertonowie
  • Polska – prawa wyborcze dla kobiet: 1918 (ale realna równość społeczna przyszła dużo później)
  • Francja – prawo do pracy bez zgody męża: 1965
  • USA – Equal Credit Opportunity Act (karty kredytowe): 1974
  • Szwajcaria – prawa wyborcze kobiet: 1971 (pełne wdrożenie 1991)
  • Włochy – zniesienie “małżeństwa naprawczego”: 1981
  • Wielka Brytania – uznanie gwałtu w małżeństwie: 1991
  • Irlandia – zakaz pracy zamężnych kobiet w sektorze publicznym zniesiony: 1973
  • Hiszpania – zniesienie konieczności zgody męża na pracę/podróż: 1975
  • Portugalia – podobne ograniczenia: do 1969-1976
  • USA – maratony dla kobiet oficjalnie dopuszczone: 1972 (Boston) / 1984

Przez stulecia kobiecość nie była przestrzenią wolności, lecz przestrzenią kontroli, oceny i warunkowania.


Inspiracje i źródła:

  • Clarissa Pinkola Estés  Biegnąca z wilkami
  • Jean Shinoda Bolen  Boginie w każdej kobiecie
  • Joseph Campbell  Bohater o tysiącu twarzy
  • Wojciech Eichelberger  Kobieta bez winy i wstydu
  • Marion Woodman  Uzależnienie od doskonałości


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *