Kategorie
Wyróżnione

Archetyp Artemidy i siostrzeństwo

Historia kobiet

Moje Klientki często przyznają, że nigdy szczególnie nie interesowały się historią kobiet. Ja kiedyś chyba zresztą też, by być uczciwą. Moja ciekawość zrodziła się dość niedawno bo około 7-9 lat temu. A jednak mam 41 lat. Wiadomo, często znamy urywki ze szkoły, kilka haseł i dat, czasem systemowy skrót o prawach wyborczych. Ale czy kiedyś naprawdę czułam, że ta historia może dotyczyć mnie samej? Mojego ciała i psychiki? Czy tego jak buduję relacje? Jak przeżywam swoją kobiecość, czy jak reaguję na autorytet, ocenę, seksualność, macierzyństwo, pieniądze czy niezależność?

Myślę, że dawniej nie doceniałam tego, jak mocno historia kobiet- ta wielka społeczna i ta mniejsza-rodowa – zapisuje się w nas samych. To też są te wszystkie zapisane w ciele lęki i napięcia, zawstydzania, lojalności, które są już pokłosiem milczenia naszych babek. Wstyd matek, strach kobiet, które musiały przetrwać, pomimo, ze były stale przekraczane. I to, że czasem kobiecość trzeba było schować – by nie być napiętnowanym, wykluczonym czy nazwanym „głupiutkim”. Że potrzeby są egoizmem, a bezpieczeństwo czasem wymaga rezygnacji z siebie. I tak możemy to nosić, totalnie nieświadomie, i powielać wzory. Część z nich jest nasza, ale część może być „echem” historii kobiet?

Można powiedzieć, że wokół kobiecości przez pokolenia tworzyło się pewne pole przekonań. Taki zbiorowy zapis: co kobiecie wolno, czego nie wolno, za co będzie oceniona, kiedy jest „dobra”/grzeczna, a kiedy „za bardzo”. Niektórzy nazwaliby to egregorem. Znacie tą książkę „Nie zaczęło się ode mnie”Mark Wolynn’a? Właśnie o tym tu myślę, tylko powiedziałabym prościej: czasem nosimy w sobie przemilczane traumy albo lęki, zasady, które właśnie nie zaczęły się od nas, ale nadal wpływają na nasze ciało, wybory i relacje.

Samoświadectwo – jak to działa

Ja sama przez długie lata szłam drogą archetypu Ateny (pisałam o tym TU); szłam drogą kierowniczki, inżyniera (byłam managerem i architektką w prestiżowych firmach warszawskich), ale też drogą sportu, dyscypliny i działania. To był wzór kobiety, która ma być silna za wszystkich. Ogarniać, wiedzieć, trzymać pion. Oczywiście ten wzorzec bardzo mi w życiu pomógł. Dzięki niemu umiałam działać, pracować, podejmować decyzje, brać odpowiedzialność i nie załamywać się od razu, kiedy było trudno. Ale z czasem zobaczyłam też jego cenę. Czyli mylenie napięć z siłą. Można wtedy świetnie funkcjonować na zewnątrz, a jednocześnie nie mieć kontaktu z tym, co naprawdę dzieje się w środku. Nie czuć zmęczenia, dopóty dopóki ciało już samo nie zatrzyma. Można nie prosić o pomoc, bo „przecież sobie sama poradzę”. Nie pokazywać delikatności, bo jeszcze ktoś może ją wykorzystać. No i nie pozwalać sobie na odpoczynek.. bo przecież zawsze jest coś do zrobienia. Dziś widzę, że moja Atena była częścią mnie, która chciała mnie ochronić. Nie była zła, pomogła mi przejść przez wiele rzeczy.

Ale w pewnym momencie mojej pracy rozwojowej zaczęłam widzieć, że nie muszę już całego życia przeżywać z tego miejsca. Przede wszystkim odkryłam, że mam wpływ na siebie. Że mogę zmieniać sposób myślenia i sposób traktowania własnego ciała. Że nie jestem skazana na jeden wzorzec tylko dlatego, że długo był mi znany. Ale że mam wolną wolę i mogę iść swoją drogą. Po prostu.. byłam już zmęczona tą funkcją bycia silną za wszystkich. I potrzebowałam nauczyć się też przyznawać do tego co uznawałam za słabość. To była jedna z największych moich przemian – tak czuję.

Sport bardzo dużo mi dał, ale jednocześnie dziewczyńskość i delikatność – nie były u mnie na pierwszym planie. Myślę, że mogłam mieć w sobie też trochę wstydu przed dziewczyńskością, przed tym, co kojarzyło mi się z byciem zbyt delikatną, zbyt głupiutką/naiwną, zbyt zależną od oceny innych. Łatwiej było mi być silną, konkretną, sprawną i dzielną.

Do tego dochodziła moja wysoka wrażliwość. Dziś widzę dzięki licznym obserwacjom w pracy z ludźmi, że bardzo wrażliwe dziecko często wcale nie wygląda na kruche. Najczęściej, co ciekawe, wygląda właśnie na bardzo dzielne, ogarnięte i bardzo samodzielne. Czuje w końcu tak dużo, że musi sobie zbudować jakiś pancerz. Ja na przykład tak dużo odbierałam z otoczenia, czułam nastroje dorosłych, napięcia w domu, że wyrobiłam sobie taki mechanizm kontroli, by przetrwać.

U mnie ważna była też parentyfikacja, czyli to, że jako dziecko zbyt wcześnie weszłam w rolę osoby odpowiedzialnej. Słyszałam, że jestem dorosła, że mam się opiekować młodszą siostrą, że mam być tą mądrzejszą, co sama sobie radzi. Dziecko wtedy bardzo szybko uczy się, że jego wartość jest w tym, że pomaga, przewiduje, nie dokłada problemu i bierze odpowiedzialność nieadekwatną do swojego wieku.

Myślę, że ogromne znaczenie miał też brak męskiej ochrony. Mój ojciec odszedł, kiedy miałam dwa lata, a później, kiedy byłam już na studiach, został zamordowany. To są rzeczy, które zostawiają w ciele bardzo konkretny ślad, które przechowuje poczucie, że nie ma stabilnej męskiej figury, o którą można się oprzeć. W takim miejscu dziewczynka często zaczyna sama stawać się swoją ochroną i sama sobie robi strukturę. Często zakłada zbroję, chce strzelać z łuku. Cel: nie rozsypać się..

Do tego dochodzi wzorzec kobiet w rodzie. Kobiet, które musiały być twardzielkami, bo w końcu same niosły: dom, dzieci, rodziców, pracę, stratę, lęki… w każdym razie nie czuły oparcia. Te kobiety często nie mogły lub nie umiały mówić: „nie mam siły”, „nie chcę”, „potrzebuję inaczej”. I wtedy taki przekaz często idzie dalej komóreczkami do kolejnych kobiet: „kobieta ma wytrzymać, ma sobie poradzić, kobieta nie może za bardzo potrzebować”.

Kiedy to wszystko połączę, widzę, że moja Atena była bardzo naturalną odpowiedzią na moje życie, mechanizmem obronnym.

Sport nauczył mnie dyscypliny.
Wysoka wrażliwość potrzebowała pancerza.
Parentyfikacja nauczyła mnie odpowiedzialności za innych.
Brak męskiej ochrony sprawił, że sama musiałam stać się swoją ochroną.
Wzorzec kobiet w rodzie podpowiadał, że kobieta ma być silna, nawet jeśli nikt nie pyta, ile ją to kosztuje.

I dlatego nie mam dziś potrzeby tej części siebie potępiać. Po prostu świadomie pracuję nad tym, żeby rozpoznawać, co naprawdę jest moje, a co jest starym wzorcem, który kiedyś przejęłam, bo pomagał mi przetrwać. Uważnie sprawdzam, kiedy znowu pojawia się we mnie Atena i zadaję sobie pytanie, czy to mi się jeszcze opłaca. Bo ja już wiem, że Atena w swoim najtrudniejszym wydaniu potrafi odciąć mnie od kobiecości, od ciała, od kontaktu ze sobą, od natury i od Siły Wyższej.

A to mi się nie podoba.

Bo wtedy zaczynam funkcjonować trochę jak zadaniowy biorobot, który wszystko ogarnia, wszystko przewiduje, wszystkim się zajmuje, ale nie ma chwili, żeby się zatrzymać i poczuć siebie. Swoje emocje, zmęczenie, swoje potrzeby.

Niedawno miałam sytuację, w której mój mąż zachorował i wtedy zobaczyłam, jak szybko ten wzorzec potrafi wrócić. Włączyła się we mnie Atena, bo temat oparcia i bezpieczeństwa mógł się tutaj bardzo mocno odezwać. To było dla mnie logiczne, zwłaszcza kiedy patrzę na swoją historię, podobne historie kobiet z gabinetu i na to, jak wcześnie musiałam nauczyć się być oparciem sama dla siebie.

Na szczęście nie trwało to długo, bo jestem dziś dużo uważniejsza niż dawniej. Szybciej widzę, kiedy zaczynam wchodzić w stary tryb, kiedy napinam ciało, przejmuję odpowiedzialność ponad miarę i próbuję wszystko utrzymać siłą.

Ale ta sytuacja przypomniała mi coś ważnego: ten wzorzec w moim wydaniu może być naprawdę destrukcyjny dla mnie samej, jeśli nie zauważę go w porę. Może dawać złudzenie kontroli, a jednocześnie zabierać mi kontakt z życiem, spontanicznością, zaufaniem i obecnością. Dlaczego o tym piszę? Bo zanim przejdziemy do Artemidy, chcę dać znać, że wiele kobiet, które ze mną współpracują, stale są „Atenami” i szukają przyczyn swojego ciągłego wypalenia. I najtrudniejsze jest to, gdy chcą ode mnie tylko suplementy. Więc opowiadam o swoim doświadczeniu, bo może to komuś pomoże.

Niech Atena nie przejmuje całego steru:). Ona bywa potrzebna. Niech będzie w nas wtedy, kiedy naprawdę potrzebujemy jasności, działania i odwagi. Ale niech nie zamyka w zbroi, kiedy tak naprawdę potrzebne jest by się zatrzymać, poczuć i oprzeć nie tylko na sobie.

Artemida – dzika część kobiety

Od kilku lat coraz mocniej interesuje mnie kim jestem poza funkcjami, które przybrałam. Kim jestem poza byciem żoną, córką, siostrą. Co zostaje, kiedy zdejmuję z siebie przymus bycia silną za wszystkich, zadaniową, odporną i zawsze ogarniającą.

I powiem szczerze: to, co odkrywam, bywa dla mnie szokujące.Kiedy zaczęłam bardziej zagłębiać się w historie kobiet, również te rodowe, łączę to z obserwacją, naturą, symboliką, psychiką, zobaczyłam, jak wiele rzeczy, które uważałam za „moje”, wcale nie koniecznie są moje. Kobiecość stałą się dla mnie interesującą i odkryłam, że ma swoją własną siłę, zupełnie inną niż męska siła. Pisałam o tym przy archetypie Persefony- ta siła jest wewnętrzna i mniej widoczna, niż zewnętrzna głośna siła – często towarzysząca Atenom. Chciałaby się zapytać: jak to się stało, że kobieca siła została tak stłamszona? Ale my wiemy jak. Żyjemy nadal w patriarchacie. Dziś interesuje mnie znacznie bardziej taka dzikość, którą my kobiety nosimy w sobie, często dość głęboko, wraz z delikatnością i czułością. Zobaczcie: być dziką i delikatną? Ile kobiet to tak naprawdę akceptuje w sobie? Ile z nas miało być grzecznymi dziewczynkami? Gdzie tam jest miejsce na dzikość?

Dlatego tak bliska stała mi się ostatnimi czasy Artemida, w rzymskiej odsłonie Diana. Kolejny archetyp, który mocno u mnie działa od jakiegoś czasu.

Artemida jest częścią w kobiecie, która przypomina jej, że ma prawo należeć do siebie.

Ma prawo czuć swoje ciało, słyszeć swój instynkt, chodzić własnymi ścieżkami, być blisko natury i nie oddawać swojej sprawczości za akceptację i uznanie w oczach ..mężczyzn.

Od kilku lat sama uzdrawiam w sobie kobiecość właśnie przez ten powrót: do natury i do własnych granic. Stale towarzyszy mi obecnie pytanie: czego ja naprawdę chcę, a nie tylko czego oczekują ode mnie inni?

Coraz mocniej czuję, że chcę pomagać kobietom odnajdywać w sobie właśnie tę część. I robię to od kilku lat. Również poprzez opowiadanie o swoich i moich Klientek doświadczeniach z POWROTU do swojej kobiecości, do swojej siły wewnętrznej, sprawczości, instynktu, autonomii i odwagi życia po swojemu.

Dlatego chcę opowiedzieć Wam o Artemidzie. O bogini, która może być dla kobiety bardzo ważnym symbolem powrotu do własnej dzikości, granic i wewnętrznej wolności.

Kim była Artemida?

Artemida w mitologii greckiej była córką Zeusa i Leto oraz bliźniaczą siostrą Apolla. W rzymskiej mitologii znana jest jako Diana. Kojarzono ją z łukiem, polowaniem, dziką naturą, zwierzętami, księżycem i autonomią. Była boginią, której przestrzenią raczej był las, góry, ruch, instynkt i własna droga.

W mitach widać w niej kilka bardzo ważnych jakości: niezależność, lojalność wobec siebie, ochronę kobiet i dzieci, więź z naturą, sprawność ciała oraz wewnętrzną celność. Łuk Artemidy można czytać symbolicznie jako zdolność skupienia się na tym, co naprawdę ważne. Żeby wypuścić strzałę, trzeba widzieć cel, napiąć łuk i zaufać własnej ręce.

Dlatego Artemida jest dla mnie archetypem kobiety, która wraca do siebie i swojego instynktu.

W moim odczuciu ten archetyp kobiety nie jest przeciwko mężczyznom. W ogóle właśnie lubię patrzeć na Artemidę jako na całość – już bez umiejscawiania mężczyzny. On jest ważny, jest swoją całością, ale dziś u Artemidy – właśnie ważne jest by kobieta spojrzała na siebie bez pryzmatów: bycia żoną, kochanką, partnerką, asystentką, feministką, matką itd. Tylko na swoją całość – samą w sobie. Mamy przypominać sobie o tym, że jesteśmy pełnią, której nie nadaje funkcja, nasze czyny ale już samo jestestwo. Mamy własne potrzeby, własną drogę, własną siłę. Mamy własne prawo do istnienia. I kocham to zdanie: Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.

Masz prawo być tutaj na tych samych zasadach, ze wszystkimi swoimi potrzebami. Nie dopiero wtedy, kiedy jesteś: grzeczna, pomocna, piękna, pożyteczna, spokojna..

Jesteś częścią życia. Twoja dusza tu przyszła z misją. By pokazać nową jakość. Dokładnie taką jaką masz, za którą bierzesz odpowiedzialność.

Jestem ogrodniczką, oprócz tego, że jestem naturoterapeutką. Kocham kwiaty, tak jak kocham ludzi i zwierzęta. I kiedy patrzę na rośliny, to widzę to bardzo prosto. Każda ma swoje potrzeby. Jedna potrzebuje więcej słońca, inna półcienia. Jedna lubi dużo wody, inna gnije, kiedy ma jej za dużo. Jedna potrzebuje podpory, inna przestrzeni, żeby się rozrosnąć. Jedna kwitnie szybko, inna dopiero po czasie. Nie oceniam kwiatu za to, że potrzebuje tego, czego potrzebuje. Nie mówię do niej: „hej, przesadzasz z tym światłem”, „mogłabyś być mniej wymagająca”, „kochana, ale inne to rosną szybciej”, „czemu nie kwitniesz tak jak tamta?”. Kto by tak w ogóle mógł powiedzieć do kwiata?

Uczę się tego samego wobec siebie i przypominam o tym również na konsultacjach.

Nie traktujmy swoich potrzeb jak problemu.
Nie zawstydzajmy siebie za to, że potrzebujemy odpoczynku, jedzenia, snu, dotyku, modlitwy, samotności albo wsparcia.
Nie trzeba pytać siebie stale, czy zasłużyłam.

TU I TERAZ: czego teraz potrzebuję, żeby rosnąć, oddychać, wracać do siebie i kwitnąć po swojemu?

Natura nie przeprasza za swoje potrzeby.

I wiecie, ja np muszę sobie o tym przypominać stale. Bo stare wzorce potrafią wracać. Potrafię znowu wejść w funkcję i zadaniowość. W byciu potrzebną innym. Albo w ocenianie siebie przez to, ile zrobiłam i czy byłam wystarczająca dla innych. Jestem dziś świadoma takich „nawrotów” i to już jest dużo lepsze niż udawanie, że stale „wysoko funkcjonuję”, kiedy tak naprawdę jadę na napięciu, przeciążeniu i odcięciu od siebie.

Sama wiedza z głowy nie uzdrowi człowieka, dopóki nie uzna, że wobec swoich starych destrukcyjnych wzorców naprawdę potrafi być bezsilny. Można o sobie dużo wiedzieć, można przeczytać pół biblioteki, można mieć świetny język psychologiczny, a potem i tak wracać do pracy ponad siły, kontroli, scrollowania, kompulsywnego sprawdzania telefonu albo uciekania od siebie w bodźce. Jestem tu wdzięczna moim Klientkom, psycholożkom, które opowiadały mi o swoich nawracających wzorcach, pomimo świadomości, że mają iść w prawo, szły ciągle w lewo i prosiły mnie o pomoc, a ja się wtedy w głębi zastanawiałam: „Jeśli taki wyśmienity psycholog przyznaje się do bezsilności, to znaczy, że każdy z nas to robi i ma do tego prawo”. Przyznanie bezsilności to pierwszy krok do zmiany. Wtedy już możemy prosić o pomoc. To złamanie wzorca: wszystko sama. To chęć poznania siebie w całości, razem ze wszystkimi potencjałami i „słabościami”/cieniami. Tu polecam artykuł o archetypie Persefony i zejścia do Podziemi, albo też post na Ig o Sinobrodym (post o złości). To ważne by nie udawać, że nie mamy słabości, to naprawdę niezły przekręt, że tak chcemy to mocno ukryć czasem, bo w końcu grzeczne dziewczynki nie mogły nie być idealne. Nie warto uciekać od prawdy, inaczej w końcu przyjdzie rachunek wyparcia. On będzie się upominać sygnałami z ciała czy umysłu, ale oczywiście można to w nieskończoność próbować zakryć pracoholizmem czy jakimś innym uzależnieniem, np. od scrollowania.

I tu chcę zrobić małą, ale bardzo ważną dygresję.

Ostrzegam będzie to mocna dygresja- taka właśnie Artemidowa.

Kto dziś poluje na Twoją uwagę?

Nasza uwaga jest dziś jedną z najcenniejszych walut.

Algorytmy stały się taką niewidzialną bronią neurologiczną; uderzają w naszą biochemię, bawią się dopaminą, wykorzystują mechanizmy nagrody, niepewności i oczekiwania. To są podobne mechanizmy, jakie znamy z hazardu. Scrollujesz dalej, bo nie wiesz, co zaraz wyskoczy. I właśnie ta nieprzewidywalność jest częścią mechanizmu.

Kiedyś mówiło się prosto: za dużo siedzisz w telefonie. Dziś trzeba powiedzieć wprost: wiele aplikacji jest budowanych tak, żebyś nie chciała przestać. Żeby Twój mózg dostał kolejną mikro-nagrodę. Żebyś wracała i czuła napięcie, gdy coś Cię omija. To może wydawać się straszne, ale taki jest fakt, a Artemida totalnie nie jest zainteresowana takim życiem. Tresowanym przez algorytmy. Wybaczcie, będę szczera, to dopiero początek, i trwa już pare lat. Jeśli ktoś interesuje się strategiami rządowymi czy .. wojskowymi, to wie, że to już jest od dawna planowane.

Wiecie jak niektórzy analitycy wywiadu nazywają krótkie, szybkie treści? „Cyfrowym narko _tyki3m”. Ta analogia dobrze oddaje skalę problemu. A próbowałaś mówić do osoby, która jest na haju filmików? Sama widziałam jak to potrafi wciągnąć.

I teraz zobaczcie, jak to działa na codziennym poziomie.

Słyszysz konkretny dźwięk np na Ig i już wiesz, jaki typ filmiku zaraz zobaczysz. Ostatnio – po jakimś filmie z Netflixa wszyscy odgrywali scenkę dla żartu, gdzie ujęcie przypomina niektórym osobom gwałt, do słynnej piosenki Chemical Brothers. Wiecie o co chodzi? Rozumiecie jakie to tresowanie. I sami w to wchodzimy. Ludzie kopiują te same scenki, te same gesty, te same żarty, te same reakcje. Wchodzisz w to kilka razy i mózg zaczyna kojarzyć dźwięk, obraz, emocję i reakcję.To zaczyna działać jak trening psa Pawłowa.

Bodziec – reakcja
Dźwięk – oczekiwanie
Scroll – napięcie
Filmik – nagroda
Koniec – aaa jeszcze jeden..

A potem słyszę.. „nie wiem, dlaczego nie mogę się skupić”.

No właśnie.

Bo Twoja uwaga jest tresowana od paru lat.

To słowo może brzmieć ostro, ale trudno mi znaleźć łagodniejsze, które oddałoby prawdę. Jeśli codziennie karmimy mózg szybkimi, zmiennymi, emocjonalnymi bodźcami, to on się do nich adaptuje. Moje Klientki/Klienci mówią, że nie mają już cierpliwości do długich filmów, albo scen gdzie nic się nie dzieje.

Nasz mózg jest plastyczny i można powiedzieć ktoś to bardzo wykorzystuje przeciwko nam. Uczy się środowiska, w którym przebywa. Jeśli środowiskiem jest ciągły chaos, przeskakiwanie, mini-nagrody, oburzenie, porównywanie, erotyzacja, strach, śmieszność i presja, to mózg zaczyna uznawać to za normę.

A potem cisza wydaje się nudna.

Książka wydaje się trudna. Blog nudny.
Modlitwa wydaje się niemożliwa. Medytacja? Karolina – no weź nie jestem w stanie.
Spacer bez telefonu wydaje się pusty. Musi być podcast, bo coś mnie ominie.
Rozmowa wymaga za dużo cierpliwości.
Własne emocje robią się zbyt głośne, więc znowu sięgamy po ekran.

I to nie jest przypadek, to zostało przewidziane, a nawet zaplanowane; są o tym informacje, ale nie chcę tu kierować uwagi w tą stronę, znajdziecie te informacje bez problemu.

Szum cyfrowy- to nowa strategia. Zdolność rozpoznania, co jest szumem, a co sygnałem, to też Artemida osadzona w sobie, połączona z naturą, a nie w stałym kontakcie z telefonem. Wszystko może być ok, jeśli jedno nie jest kosztem drugiego i jeśli jesteś świadomym konsumentem.

W koncepcji wojny kognitywnej mówi się o tym, że polem wpływu staje się nie tylko terytorium, ale ludzki umysł: sposób, w jaki człowiek odbiera rzeczywistość, interpretuje informacje i podejmuje decyzje. W wojsku istnieje też pojęcie pętli OODA: obserwuj, zorientuj się, zdecyduj, działaj.

Najpierw obserwujesz rzeczywistość.
Potem orientujesz się, co się dzieje.
Potem podejmujesz decyzję.
Potem działasz.

I teraz pomyślcie, co się dzieje, jeśli ktoś rozbije Ci pierwszy etap: czyli uwagę.

Jeśli nie umiesz już spokojnie obserwować.
Jeśli nie odróżniasz sygnału od szumu.
Jeśli Twoje emocje są stale podkręcane.
Jeśli Twoje ciało jest w hiper-czujności.
Jeśli Twój mózg skacze od bodźca do bodźca.
Jeśli nie masz czasu się zorientować, bo już reagujesz.

Wtedy bardzo łatwo stracić własną decyzyjność. Twój układ nerwowy zostaje wciągnięty w środowisko, które nie sprzyja wolności. Sprzyja reaktywności i czujesz się jakbyś nie miał/a już nad sobą kontroli.

Obserwuj.
Zorientuj się.
Zdecyduj.
Działaj.

Ten prosty cykl może zostać przerwany właśnie przez cyfrowy szum. I wtedy człowiek nie działa z centrum siebie, tylko reaguje na to, co zostało mu podane pod nos. Makiawelistyczny plan by kontrolować? Tak, dokładnie, a on ma ciąg dalszy… i też łączy się z cyfrową tożsamością, pieniądzem cyfrowym, miasta 15 minut, brak własności.. itd. Coraz większe zabieranie wolności, sprawczości.

Wiecie, że jest czarny rynek naszymi neurodanymi? A neuromarketing? To wszystko to fakt.

W moim odczuciu może przerwać to POWRÓT DO SIEBIE i swojej sprawczości. Dość tych biernych działań z nosem w telefonie i udawanie, że jest to nic takiego. A w tym samym momencie: nie ma ruchu fizycznego, nie ma prawidłowego nawodnienia, nie ma radości z jedzenia itd. Mówiłam Wam jak mała dziewczynka ułożyła z koleżankami piosenkę o swoich mamach: „Cały dom płonie, a mama w telefonie”. To najlepiej obrazuje koszt tej sytuacji.

To widzę też w pracy z kobietami. Coraz więcej osób mówi, że nie wie, co czuje, czego chce. Nie wie, co jest jej myślą, a co czyjąś opinią. Niektóre osoby już nawet nie mówią swoimi słowami, tylko.. aaa, bo X powiedział, a Y to mówił… I gdy pytam czy sprawdziła ta osoba to na sobie, jak na nią to działa, to zazwyczaj okazywało się, że nie było w ogóle działania. Tylko słuchanie innych. Opcjonalnie zakup produktu, który ląduje w szafce. Wiele Klientek nie wie czy czegoś pragnie, czy tylko zobaczyły to sto razy na ekranie. Jednego tygodnia mam Klientki, które zakupiły jak jeden mąż ten sam suplement. Nawet już nie pytam kto go reklamował, bo czy to ważne? 10-15 różnych osób kupiło jeden suplement, bo jest nowością! I gdyby to była potrzeba, to ja to rozumiem, ale często słyszę, że właściwie to nawet nie wiadomo po co.. Ja nie żartuje, to się dzieje! Wiele kobiet też nie wie czy ma intuicję, czy lęk przed czymś. Przykład: lęk przed zjedzeniem warzyw, bo X powiedział na IG, że np rośliny mają enzymy, które mają zabijać ..a my to jemy… więc nie możemy.. to bardzo niefortunne i krzywdzące dla natury uproszczenie. Do tego wiele moich Klientek nie wie, czy odpoczywa, czy tylko znieczula się telefonem.

I dlatego naprawdę warto to przerwać. Możliwie szybko, nawet jeśli metodą małych kroków. Bo to rośnie w siłę.

Algorytmy są coraz bardziej precyzyjne. Reagują na każdy ruch: co zatrzymało Twój wzrok, co przewinęłaś szybciej, do czego wróciłaś, co Cię oburzyło, co Cię rozczuliło, co kliknęłaś, co zapisałaś, przy czym zawahałaś się sekundę dłużej. Niedługo nowe słuchawki bezprzewodowe będą miały funkcje EEG, zaraz premiera.

EEG oznacza elektroencefalografię. To metoda, która mierzy bardzo delikatne sygnały elektryczne powstające w mózgu. W klasycznej medycynie robi się to przez elektrody przyklejane do skóry głowy, np. przy diagnostyce padaczki, zaburzeń świadomości, snu albo pracy mózgu. W wersji konsumenckiej, w dużym uproszczeniu: takie urządzenie próbuje czytać, w jakim stanie jest Twój układ nerwowy.

Narzędzia biohakingowe mogą być spoko, ale warto zadać pytanie: kto zbiera dane z mojego ciała, mojego snu, mojego stresu, mojego skupienia, moich reakcji? I po co? Czy to nas nie oddala od siebie samych, gdy ufamy tylko ..sprzętowi? Czasem jak oglądam obecne rytuały biohakingowe, mam poczucie, ze oglądam film sci-fi, gdzie nie ma już słońca i prawdziwego jedzenia.

Wszystko co zostało stworzone na Ziemi może być dobre i złe. Granica między wsparciem człowieka, a trenowaniem człowieka może być bardzo cienka.

Największe korporacje technologiczne potrafią zamieniać systemy kontroli w eleganckie gadżety. Coś, co w fabryce nazwalibyśmy monitorowaniem pracownika, w wersji konsumenckiej może zostać opakowane jako: wellness, produktywność, biohacking albo troska o zdrowie.

I nie chodzi mi, żeby bać się wszystkiego. Chodzi o to, żeby być świadomym i z tą świadomością zaakceptować to i wrócić do siebie.. ja to robię przez PROSTOTĘ. Odpoczynek i posłuchanie siebie. Książkę, leżak, szydełko, taniec intuicyjny, zapisywanie emocji na kartkę papieru, modlitwę. Twoja uwaga, reakcje, dane biologiczne i wzorce zachowania mają dziś ogromną wartość.

Dlatego dziś strzelam z łuku, by zwrócić Waszą uwagę, póki nie jest za późno.

Co zrobiłaby Artemida?

Artemida przede wszystkim zauważyłaby, kto i co próbuje wejść w jej uwagę. Nie reagowałaby na każdy bodziec, bo wiedziałaby, że nie wszystko zasługuje na jej energię. Odłożyłaby telefon, jeśli czułaby, że zamiast odpoczywać, tylko się przebodźcowuje. Wyłączyłaby powiadomienia. Nie zaczynałaby dnia od scrollowania. Nie pozwoliłaby, żeby algorytm decydował, czym ma się przejmować od rana.

To bardzo proste, ale dziś naprawdę ważne.

Jeśli nie chronimy swojej uwagi, ktoś inny bardzo szybko ją zagospodaruje. A jeśli ktoś ma wpływ na naszą uwagę, patrząc na neurobiologię, może mieć też duży wpływ na nasze emocje, decyzje i codzienne wybory. Przed chwilą pisałam o starych wzorcach, które potrafimy nosić latami. Dlatego warto zrozumieć, że dziś możemy tworzyć sobie nowe wzorce na własne życzenie – przez scrollowanie, przebodźcowanie i ciągłe karmienie mózgu cudzymi treściami. Lub poprzez własną regularną pracę, według własnych potrzeb, małymi krokami, w świecie zewnętrznym.

Myślenie, że cyfrowy szum na nas nie działa, jest naiwne. To ignorowanie natury człowieka, układu nerwowego i podświadomości.

Dlatego odzyskiwanie siebie to właściwie dziś nie tylko praca z dzieciństwem, czy rodem, relacjami. Dzisiaj to także odzyskiwanie własnej uwagi TU I TERAZ.

To jest trening wolności i sprawczości.

Artemida potrzebuje ciszy, żeby usłyszeć własny instynkt. Potrzebuje skupienia, żeby zobaczyć cel. I my też tego potrzebujemy. Szum cyfrowy wymaga podejścia dorosłego; nie lekkiego i nieświadomego, na różowej chmurce.

Mówienie o tym jest cenne, bo zdejmujemy iluzję, że jesteśmy ponad tym. Możemy być, ale trzeba być świadomym swoich słabości i tego świata. I być uważnym na to. Wtedy możemy być w pełni. Gdy widzimy każdy koniec kija. A nie udajemy, ze tylko jest jeden z dwóch. Mój nauczyciel TCM mawiał: „jeśli masz w sobie jakąkolwiek cechę, to wiedz, ze na pewno masz nie mniej dominującą totalnie przeciwną cechę; i tylko od Ciebie zależy co będziesz karmić”. Każdy z nas może wpaść w przebodźcowanie, scrollowanie, porównywanie się i uciekanie od siebie w ekran.

I właśnie dlatego nie chodzi o wywyższanie się ani udawanie, że mamy wszystko idealnie poukładane. Chodzi o uczciwość.

Zauważyć mechanizm.
Przerwać go szybciej niż dawniej.
Wrócić do siebie.

Archeologia

Moją pasją od zawsze były archeologia, architektura i historia, a jednak im więcej czytałam, jeździłam na konferencje, tym częściej towarzyszyło mi poczucie frustracji, że kobiety są w tych opowieściach nieobecne, zepchnięte na margines albo pokazywane jedynie przez pryzmat męskiego spojrzenia. W którymś momencie zaczęło mnie drażnić, że o wojnach, imperiach, ideach i przełomach opowiada się tak, jakby kobiety nie były ich częścią, jakby nie miały własnej pamięci, własnej wiedzy, własnego wpływu na bieg świata.

Jeszcze mocniej poruszało mnie jednak to, że większość kobiecych symboli przez wieki obudowywano skojarzeniami z grzechem, złem, pokusą lub nawet niebezpieczeństwem. A te fragmenty z wielkich księg o nieczystości kobiety miesiączkującej?

Warto zatrzymać się na chwilę przy jednym z najbardziej zagadkowych rękopisów świata – manuskrypcie Voynicha. Do dziś nie został odczytany, a jego znaczenie pozostaje niejasne. Wiadomo jednak jedno: na wielu ilustracjach pojawiają się kobiece postacie; nagie, zanurzone w wodzie, splecione z roślinami, wpisane w jakąś organiczną, niemal alchemiczną strukturę. Do tej pory wracam do kopii tego rękopisu, który mam w domu- ponieważ stale próbuje nazwać przedstawione tam zioła.

Gdy oglądam te ilustracje, mam poczucie, że kobiety tam przedstawione -są częścią procesu. Ich ciała wydają się tam powiązane z naturą, z cyklem, z czymś, co przypomina wiedzę o życiu – może o uzdrawianiu, może o płodności, może o przemianie. Może faktycznie kobieca energia i siła kiedyś została uznana za niebezpieczną? Może Voynich to symbol utraconej wiedzy związanej z uzdrawianiem, naturą i kobiecością? Kto wie.

źródło: Britannica

Z biegiem czasu coraz mocniej czułam, że pewne destrukcyjne przekazy, nie należą tylko do przeszłości, ale żyją w kobietach do dziś. I właśnie dlatego pojawiła się we mnie potrzeba, by cofnąć się do początku i zobaczyć, gdzie właściwie zaczęła się ta historia.

Patriarchat nie jest przecież chwilowym epizodem… To porządek budowany przez bardzo długi czas, przez stulecia, a w wielu miejscach przez tysiąclecia, w którym władza nad rodziną czy wspólnotą była skupiona wokół mężczyzny lub męskich struktur. Sam termin oznacza system społeczny i kulturowy, w którym mężczyźni zajmują uprzywilejowaną pozycję w sferze władzy, prawa i definiowania norm.

Wszystko zaczęło się od Ewy?

Jedną z symbolicznych figur, uznawanych za pierwszą, jest Ewa, a raczej „Ewka- kusicielka” przez którą człowiek utracił Raj, a wraz z nim niewinność, spokój .. A może to dobrze.

Ta opowieść przekazywana od pokoleń serio zaczęła działać jak kulturowy wzorzec patrzenia na kobiety. Kobietę trzeba obserwować, bo może sprowadzić chaos. A może faktycznie dla kogoś była niebezpieczna, kiedy „wiedziała za dużo”, wychodziła poza wyznaczoną rolę i nie dawała się łatwo podporządkować? Hm?

Z czasem ten wzorzec przestał należeć wyłącznie do religii. Kobieta przez stulecia była dyscyplinowana, zawstydzana i kontrolowana. Uczono ją, jak ma wyglądać, kiedy powinna być łagodna, kiedy ma milczeć, kiedy nie powinna się wychylać. Jak w serialu Bridgertonowie, kojarzycie? Jej wartość przez bardzo długi czas nie zależała od tego, kim jest, lecz od tego, czy odpowiada cudzym oczekiwaniom. Tego porządku pilnowały zresztą nie tylko instytucje, lecz także kobiety wobec innych kobiet – matki, babki, sąsiadki, wspólnoty. To smutne.

Palone na stosie

Dziś często mówimy skrótem: „palono czarownice”. W szerszym znaczeniu chodziło o wielką społeczną przemoc: budowanie szubienic i miejsc kaźni, o przesłuchania, wymuszanie zeznań. Wyobraźcie sobie, że nawet wydawano podręczniki tropienia czarownic! W Europie i koloniach amerykańskich polowania na czarownice trwały głównie od XV do XVIII wieku, a procesy o czary często stawały się miejscem, w którym po prostu wyładowywano sąsiedzkie konflikty, urazy, bo np. sąsiadka stała się niewygodna, albo kochanka, albo ta samotna dziwna zielarka.

To zresztą nie dotyczy wyłącznie historii kobiet. To dotyczy człowieka w ogóle. Dopóki nie poznamy siebie do końca, dopóty to, co ludzkie – kobiece i męskie – będzie szukało ofiar, którym można przypisać własne wyparte aspekty, własne lęki, własne grzechy, własną agresję, własną niezdolność do spotkania z cieniem. „Łatwiej przecież zobaczyć źdźbło w oku innego niż belkę we własnym”.

Adamowi też było łatwiej patrzeć na Ewę niż zajrzeć głęboko w siebie? Czyżby łatwiej było obarczyć kobietę za grzechy świata, niż uznać, że człowiek od początku zmaga się przede wszystkim z własną nieświadomością?

A co zrobił Adam?

No właśnie, jak już jesteśmy przy Adamie. Znacznie rzadziej zatrzymujemy się przy tym, co zrobił właśnie on. Bardzo fajnie to opisał Wojciech Eichelberger w książce „Kobieta bez winy i wstydu”, która mnie zainspirowała do tego wątku. Bo Adam sięgnął po owoc, to raz i do tego nie wziął za to odpowiedzialności – to dwa. Pojawia się za to wzorzec, który będzie później powtarzany przez kolejne stulecia: przerzucenie winy na kobietę. Adam jawi się jako ten, który „dał się namówić”, który przecież „nie wiedział”, który „został wciągnięty”. A potem – zamiast uznać własny udział – kieruje odpowiedzialność na Ewę. No kurde.

Tu zaczyna się znacznie grubsza historia. Nie chcę rozwijać jej w tym miejscu zbyt daleko, ale psychologia od dawna pokazuje, że człowiek bywa szczególnie agresywny wobec tego, czego nie akceptuje, nie rozumie albo nie potrafi pomieścić w sobie. W tym sensie kobieta przez wieki stawała się nośnikiem wielu męskich lęków, wyparć i nieprzepracowanych napięć. A potem dziwimy się, że zraniona, kontrolowana i zawstydzana kobiecość zaczyna oddalać się od samej siebie. A równowaga energii przypomina czasem odwrócone role.

I tak kobieta – zamiast być widziana jako źródło życia – zaczęła być traktowana jako źródło zagrożenia.

Właśnie tutaj mocno wybrzmiewa myśl Eichelbergera z książki, która może dla Was okazać się tak samo refleksyjna jak dla mnie, że kobiecy aspekt natury bywa błędnie rozumiany wtedy, gdy widzi się w nim wyłącznie zagrożenie i zniszczenie. Tymczasem jego istotą jest rozpuszczanie form, które skostniały i przestały służyć życiu. To ważne rozróżnienie, bo nagle okazuje się, że to, co przez lęk nazwano niszczącym, może być w rzeczywistości przygotowaniem przestrzeni pod wzrost, oczyszczeniem pola i rozkładem tego, co martwe, aby mogło pojawić się to, co żywe. Ile razy słyszałam od Roberta: znowu coś wymyśliłaś i rozwaliło to moją homeostazę:). A po jakimś czasie, stwierdzał – wiesz co, jak tak się zastanowię, to było mi to bardzo potrzebne, bo dzięki temu odkryłem w sobie to i to. Dziękuję, że mnie zainspirowałaś do tego.

A może my kobiety właśnie możemy inspirować do wzrostu w ten sposób?

Kobieta a cykl

Kobieta jest związana z cyklem, z rytmem, z końcem, który nie jest ostatecznym unicestwieniem, ale początkiem kolejnego życia, co obserwujemy w naturze, chociażby wraz z porami roku. Podobnie działa symbol uroborosa, czyli węża zjadającego własny ogon. Uroboros pokazuje krąg życia, śmierci i odrodzenia. Coś się kończy, coś się zaczyna, a życie nie biegnie tylko prostą linią do przodu, ale wraca, przetwarza, dojrzewa i rodzi się w nowej formie.

To dlatego kobiecość tak często bywa niewygodna dla porządku opartego na kontroli, sztywności i utrwalaniu hierarchii. Może też wnosi zmianę tam, gdzie komuś zależy na zachowaniu starego układu sił kontroli?

A co jeśli Ewa to symboliczne wyjście z iluzorycznego raju, z nieświadomości?? Widzenie zawsze niesie koszt.

Wyjście z pierwotnej, błogiej jedności – kosztuje. Tyle że przez wieki łatwiej było przypisać tę cenę kobiecie jako winę, niż uznać, że rozwój człowieka sam w sobie domagał się oddzielenia, bólu narodzin nowego poziomu istnienia.

Raj można zbudować tu na Ziemi – ale stabilniejszy będzie – gdy widzimy całość rzeczy, a nie tylko światło. Wówczas nie sponiewierają nami „niewidzialne siły cienia”, tylko możemy je stopniowo akceptować, rozkruszać i uzdrawiać.

I może właśnie dlatego tak wiele kobiet przez pokolenia żyło z poczuciem, że ich siła jest czymś podejrzanym, że ich wpływ trzeba łagodzić, ich dzikość cywilizować, a intuicję – podporządkować cudzym zasadom.

Im głębiej schodzi się pod tę warstwę narzuconych znaczeń, tym wyraźniej widać, że kobieta nie została stworzona po to, by nieustannie przepraszać za swoją naturę.

Została wyposażona w zdolność inicjowania przemiany. W mądrość ciała, w instynkt, który rozpoznaje, kiedy coś już obumarło i nie może być dalej chronione tylko dlatego, że jest znane. KOBIETA KREUJE NOWE. Jesteśmy do tego stworzone.

I może właśnie stąd prowadzi droga do kobiety bez winy i bez wstydu (idąc za tytułem książki Pana Wojciecha, którą zresztą polecam, jest mega cieniutka -ale jej ciężar jest wielki) ?

Do kobiety, która rozumie, że jej dzikość to siła natury. Może to co przez wieki nazywano pokusą, mogło być po prostu pierwszym ruchem ku świadomości?

Nie są to wnioski nowe ani wyłącznie moje, ani tylko Pana Wojciecha. Podobne intuicje, choć wyrażane różnym językiem, pojawiały się u badaczy mitu i psychologii głębi; od Junga i rozwijającego jego myśl Ericha Neumanna, przez Josepha Campbella, aż po współczesne autorki opisujące kobiece archetypy, takie jak moja ulubiona Jean Shinoda Bolen. Zostawiam Wam to do poszukiwań i wspólnego szukania sensu.

Kobieta i połączenie z matką Ziemią

Eichelberger w swojej książce zwraca uwagę na jeszcze jeden ciekawy wątek, który chce tu przywołać. Wraz z kontrolowaniem kobiet, równolegle – coraz mocniej zmieniał się także stosunek do przyrody.

W średniowieczu natura bywała postrzegana jako dzika, niebezpieczna i tajemnicza, ale nie była jeszcze całkowicie zredukowana do surowca pod pełną kontrolę. Dobór słów nieprzypadkowy. Kobiety wówczas miały realny udział w życiu domowym, gospodarczym, religijnym i intelektualnym, choć oczywiście równolegle istniały także silne ograniczenia. Później jednak, na przełomie renesansu i wczesnej nowożytności, wraz z narodzinami nowego, bardziej mechanistycznego rozumienia świata, przyroda zaczęła być coraz częściej traktowana jak coś, co należy badać, rozkładać, wykorzystywać i podporządkować. Rewolucja naukowa przyniosła nowy obraz natury, a Bacon mówił o „panowaniu nad naturą”. I właśnie tutaj widać bolesną równoległość: to, co kobiece, i to, co naturalne, zaczęto traktować podobnie. Bo to w renesansie zaczęły się ..polowania.

Natura – Matka Ziemia – i kobieta stały się przestrzeniami eksploatacji. Z jednej strony wydobywano z nich zasoby, energię, opiekę, pracę, ciało, płodność, zmysłowość, emocjonalność i zdolność regeneracji. Z drugiej – zawstydzano je, dyscyplinowano i próbowano utemperować wszystko, co nie dawało się łatwo podporządkować patriarchalnej logice.

To dlatego agresja wobec kobiety i agresja wobec przyrody mają ze sobą coś wspólnego. A przecież bez kobiety i bez przyrody ten świat nie istnieje.

Od niedawna w ludzkich umysłach zaczyna znowu kiełkować świadomość, że zarówno kobieta, jak i natura nie są zasobami do eksploatacji, lecz skarbami, które trzeba chronić; że bez nich także świat męski po prostu nie przetrwa. Yin i Yang są dopełnieniem. Gdy jest za dużo yang, który symbolizuje w TMC działanie, kontrolę, strukturę, napięcie, a za mało yin – czyli odczuwanie, regeneracja, miękkość, relacyjność, bycie zamiast robienia, to sami możemy wyciągnąć wnioski – co się wydarzy? Dziś trafiają do mnie kobiety z przewagą yang, a prowadzi to do:

  • chronicznego napięcia układu nerwowego (przewaga współczulnego)
  • problemów ze snem (wybudzanie, brak głębokiej regeneracji)
  • zaburzeń hormonalnych (kortyzol ↑, progesteron ↓)
  • problemów z cyklem (nieregularność, brak owulacji, PMS)
  • napięć mięśniowych, bólów głowy
  • problemów trawiennych (bo ciało jest w trybie „przetrwania”, nie „trawienia”)

Na poziomie psychiki: nadmierna kontrola, trudność w odpuszczaniu, brak kontaktu z emocjami, poczucie, że trzeba wszystko „ogarniać”, ciągłe napięcia ciała aż po bóle.

Na poziomie kobiecości (możemy obserwować):

  • kobieta zaczyna funkcjonować bardziej jak system zadaniowy niż żywy organizm
  • odcina się od cykliczności
  • traci kontakt z intuicją i ciałem
  • zaczyna oceniać inne kobiety (bo sama jest w napięciu)
  • miękkość zaczyna być odbierana jako zagrożenie lub słabość

To jest dokładnie moment, w którym:
– Atena przejmuje stery, a przykładowo – Artemida i inne aspekty – schodzą głębiej.

Kiedy kobieta funkcjonuje w nadmiarze yang, bardzo często próbuje przetrwać w tym yang, często poprzez „odwracacze uwagi”, jedzenie, które jeszcze bardziej ją pobudza i wysusza (kawa, cukier, ostre przyprawy, szybkie jedzenie w biegu), zamiast sięgać po to, co naprawdę ją odżywia i reguluje. To jeden z subtelnych, ale bardzo ważnych mechanizmów; kobiecość wypchnięta z yin próbuje przetrwać w yang, podtrzymując napięcie zamiast wracać do równowagi.

Produkty bardziej yin

  • ciepłe, ale łagodne posiłki (zupy, duszone warzywa)
  • kasze
  • dobre tłuszcze (oliwa, masło klarowane)
  • warzywa korzeniowe
  • kiszonki i zakwasy
  • napary ziołowe (melisa, tulsi, rumianek, lipa)

Dziś widać jak ta równowaga została zachwiana. Zarówno w lasach, rzekach, glebie, wyparciu ziół przez farmację, ale również w ciałach kobiet, w ich układach nerwowych, w relacjach, w poczuciu bezpieczeństwa, w zaufaniu do siebie, w siostrzeństwie.

Wolność kobiet

Jeszcze niedawno kobieta w wielu krajach nie mogła pracować bez zgody męża, mieć własne konto, własną kartę kredytową, nie mogła samodzielnie podróżować, podejmować decyzji prawnych, głosować, uprawiać niektórych zawodów ani skutecznie dochodzić sprawiedliwości wobec przemocy w małżeństwie.

W Polsce pełne prawa wyborcze zostały kobietom przyznane dopiero w 1918 roku. Trudno zrozumieć współczesne kobiece napięcia, nie pamiętając, że wolność kobiet jest historycznie bardzo młoda, natomiast kulturowe mechanizmy kontroli – bardzo stare. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że wiele kobiet nadal nosi w sobie lęk przed byciem sobą, przed wyróżnieniem się, przed „odejściem od stada”, przed własną dzikością.

Horizontal hostility, kobieta przeciwko kobiecie

I właśnie tutaj spotykamy psychologiczną konsekwencję historii. Ona też dokłada swoją cegiełkę. A piszę o tym przy Artemidzie, bo to bogini, która wspierała kobiety. Kobieta chroniąca kobiety.

Gdy jakaś grupa przez długi czas żyje pod presją, kontrolą i oceną, zaczyna często kierować część tej przemocy do wewnątrz. To zjawisko zostało wielokrotnie opisane w psychologii społecznej i badaniach nad grupami poddawanymi długotrwałej kontroli. W literaturze pojawia się ono nie tylko jako horizontal hostility, ale także w kontekście teorii dominacji społecznej oraz mechanizmów internalizacji norm opresyjnych.

Badacze zauważali, że w systemach, w których bezpośrednia konfrontacja z władzą jest utrudniona lub niemożliwa, napięcie i frustracja często ulegają przemieszczeniu – zamiast kierować się ku źródłu kontroli, zaczynają być rozładowywane w obrębie własnej grupy. W efekcie osoby należące do tej samej kategorii społecznej zaczynają pełnić wobec siebie funkcje kontrolne, dyscyplinujące i oceniające.

Widać to było choćby w realiach PRL-u. Kobiety formalnie pracowały, miały być silne, zaradne, ale jednocześnie nadal bardzo mocno kontrolowano ich wygląd, moralność, macierzyństwo, seksualność i sposób zachowania. I często to właśnie kobiety stawały się strażniczkami tych norm wobec innych kobiet. Czasem nawet jedna wydawała drugą kobietę systemowi.

U kobiet może to wyglądać jak zinternalizowana mizoginia, czyli uwewnętrznienie przekonań, które degradują kobiecość. Potem te przekonania kieruje się przeciw sobie i innym kobietom. Zaczyna się klasyfikacja co jest dobre, a co nie. Pod spodem działa jedno głębsze przekonanie: że istnieje jeden właściwy sposób bycia kobietą, a wszystkie inne trzeba poprawić, uciszyć albo przywołać do porządku.

Nie lubię tego aspektu. Tu zawsze budzi się moja Artemida. Zbyt często wchodziłam w konflikt z kobietami, u których widziałam taką zinternalizowaną niechęć do kobiecości. I czasem dalej mi się to zdarza.

Może i rzeczywiście byłam tą, która nie szła środkiem stada – częściej z boku, najczęściej z tyłu. Może w naturalny sposób przyjmowałam rolę tej, która chroni, tak jak kiedyś chciałam chronić mamę czy siostrę. Gdy słyszę, gdy kobieta ubliża kobiecie, mam ochotę wystrzelić strzałę. Budzi to we mnie niezgodę.


Przez dużą część życia sama byłam oceniana właśnie w ten sposób; jako ta za delikatna, za wrażliwa, za dziwna.To wystarczało, by zostać zepchniętą na dalszy plan, ustawioną niżej w niewidzialnej hierarchii, którą kobiety potrafią tworzyć między sobą. Zostawałam w cieniu, bo moje jakości zewnętrzne bywały uznawane za mniej wartościowe. To nadal się zdarza, ale dziś mnie to już nie boli, bo rozumiem skąd się to bierze. A ja nie czuję się bezradna.

Nie lubię, gdy kobieta chełpi się swoją wyższością nad inną kobietą. Czasem mnie to wkurza, czasem smuci. To co najmniej narcystyczne, a może nawet zaklasyfikowany narcyzm. Różnie to bywa. I choć nie potrzebuję już walczyć dziś tak jak kiedyś miałam ochotę (prawie poszłam do wojska), to dziś nawet łuk i strzały trzymam w osobnych miejscach w domu, a ja po prostu czuję w sobie bardzo wyraźną granicę i chęć pomocy kobietom, by mogły poczuć siebie w pełni, swoje światło, nawet gdy inni je jeszcze widzą w cieniu.

Takie powielanie starego porządku, który przez lata uczył kobiety, że mogą istnieć tylko pod warunkiem spełniania określonej formy- już mnie nie interesuje. Jak chcą w tym być niech sobie będą.

W tym miejscu życzę Wam, abyście nigdy nie wątpiły w swoją siłę wewnętrzną. Ona jest zazwyczaj cicha, nie zawsze widoczna na zewnątrz- ale jest wyczuwalna, obecna i prawdziwa. I bywa, że budzi niepokój albo irytację u tych, którzy własną siłę próbują budować głównie na tym, co zewnętrzne. 

Siła wewnętrzna wyrasta z miejsca, które nie podlega ocenie, dlatego nie szuka uznania na zewnątrz.

I tu jeszcze dodam: kobieta, która ocenia inne kobiety, bardzo często sama została kiedyś oceniona. Kobieta, która nie ufa kobietom, często sama nie czuła się przy nich bezpiecznie. W tym sensie projekcja staje się formą obrony przed własnym cieniem. Na szczęście możemy to zmieniać, zaczynając każda od siebie.

Właśnie dlatego spotkanie z inną kobietą nie zawsze jest proste i nie zawsze uruchamia od razu ciekawość, otwartość czy poczucie wspólnoty. Wiele kobiet mi mówi: ja nie umiem się przyjaźnić z kobietami. Niestety, niekiedy spotkanie z kobietą uruchamia napięcie, porównywanie, potrzebę sprawdzenia, ocenienia, zaklasyfikowania. Często też mówi nam o naszej pierwszej relacji z kobietą (matką).

Artemida jako przypomnienie

Jeśli historia kobiet była przez stulecia historią zawstydzania, podporządkowania i odcinania od instynktu, to Artemida jawi się jako przypomnienie o tej części kobiety, której nie udało się do końca oswoić ani podporządkować. W ujęciu jungowskim i postjungowskim Artemida może być rozumiana jako obraz kobiety autonomicznej, instynktownej, dzikiej, wiernej sobie i niezależnej od zewnętrznej aprobaty.

Jej siła nie wypływa z potrzeby umniejszania innym, czy to kobietom czy mężczyznom. Ona pozostaje głównie wierna sobie; swojej wewnętrznej integralności, dzięki której nie musi niczego udowadniać poprzez rywalizację czy przewagę. Potrafi pozostawać w relacji, nie tracąc siebie, i potrafi kochać, nie myląc miłości z zawłaszczeniem.

Kiedy kobieta naprawdę wraca do siebie, nie potrzebuje już kontrolować innych i narzucać im swoich norm. Każdy ma prawo do swoich doświadczeń i swojego tempa przeżywania życia. Można inspirować innych swoim życiem, ale go nie narzucać. To proste.

„Kobieta, która jest w kontakcie ze swoją dziką naturą, nie daje się łatwo zawstydzić ani kontrolować”

(parafraza myśli z „Biegnącej z wilkami” Clarissa Pinkola Estés)

Strzała jako symbol koncentracji na celu

Artemida jest boginią dzikiej natury, łowów, instynktu, ciała, granicy i wewnętrznej celności. Jej łuk i strzały nie muszą być rozumiane dosłownie. Mogą stać się metaforą koncentracji, świadomości celu, umiejętności utrzymania kierunku mimo przeszkód (szumu cyfrowego, opiniom innych), zdolności do ochrony tego, co święte i własne. Łuczniczka nie strzela chaotycznie i nie reaguje impulsywnie na każdy bodziec. Najpierw czuje napięcie- nie bójmy się tego, że napięcie jest czymś przeciw nam (nie, to sygnał od najmądrzejszego ciała, na który trzeba zareagować – by poczuć odprężenie). Także po napięciu jest oddech, oś, skupienie, kierunek, wypuszcza strzałę.

Mitologiczna Artemida bywa surowa i karząca, ale na poziomie archetypicznym nie trzeba brać z niej przykładu odwetu, można trzymać łuk i strzały osobno, jak ja. Można wziąć z niej zgodę na to, że gniew bywa sygnałem naruszenia, że ciało rozpoznaje przemoc szybciej niż umysł, że granica nie jest brakiem miłości, lecz formą prawdy. Można czuć współczucie wobec historii drugiego człowieka, a jednocześnie nie zgadzać się na przekraczanie siebie.

Zrozumienie, empatia nie oznacza zgody. Miłość bezwarunkowa nie oznacza braku granic.

To szczególnie ważne dla mnie, bo pracuję z kobietami również po przemocy, gwałtach, wykorzystaniu różnorakim, relacjach opartych na dominacji czy syndromie sztokholmskim. W świecie patronką ich jest właśnie Artemida. Nie jestem psychologiem, psychoterapeutą, a jednak to wpływa na naszą współpracę i przede wszystkim ciało tych kobiet ..”mówi” bardzo mocnymi sygnałami. To są często osoby w ciągłym napięciu ciała, gdzie najlepsza suplementacja świata nie chce działąć. Pomagam im budować chęć do zmiany również na innych płaszczyznach, np. do podjęcia współpracy psychologicznej. Trochę jestem takim pomostem między dwoma dziedzinami.

Relacja pomocowa

To naturalne, że kobieta, która przez lata nie miała bezpiecznej bazy, szuka jej tam, gdzie po raz pierwszy doświadcza szacunku, uważności, regulacji i zrozumienia. Pojawia się tu często silna potrzeba oparcia na kimś z zewnątrz (w psychologii jest to tzw przeniesienie, ale to nie ważne). Jest to uruchomienie dawnych wzorców przywiązania, o tendencji do budowania relacji kompensacyjnej, w której specjalistka zaczyna nieświadomie zajmować miejsce figury opiekuńczej, przewodniczki, wybawicielki, idealnej matki lub bezpiecznego autorytetu. I właśnie tutaj granice relacji pomocowej stają się formą etycznej troski. Prawdziwa pomoc nie polega na tworzeniu zależności. Gdy klientka coraz częściej wiąże decyzje, sprawczość i sens życia z obecnością specjalistki/albo innego Autorytetu (to cień Demeter i Persefony) pomoc polega na czymś odwrotnym: na stopniowym wzmacnianiu jej wewnętrznej autonomii, zdolności do kontaktu ze sobą i do samoregulacji, odczuwania własnych granic. Do podejmowania decyzji z własnego centrum. Także zobaczcie jak złożony jest proces wracania do siebie. Dziś tylko zaczepię ten temat, jako ziarenko do kiełkowania. I tak powstał długi artykuł.

Ale jest to dodatkowo mój wkład do wsparcia kobiet i odzyskania własnego centrum. Niech nigdy nikt inny nie będzie Twoim centrum uwagi – zamiast Ciebie samej, tego Ci życzę. I sobie.

„Kiedy kobieta przestaje żyć według oczekiwań innych, zaczyna odkrywać, kim naprawdę jest”

(„Boginie w każdej kobiecie”)

Dodatkowe fakty – nie takie odległe

  • 1811-1820 (Anglia, epoka regencji) Kobiety z wyższych warstw społecznych wychowywano przede wszystkim do roli „odpowiedniej żony” – liczyły się reputacja, małżeństwo, posag i podporządkowanie normom obyczajowym. To właśnie ten czas pokazują Bridgertonowie
  • Polska – prawa wyborcze dla kobiet: 1918 (ale realna równość społeczna przyszła dużo później)
  • Francja – prawo do pracy bez zgody męża: 1965
  • USA – Equal Credit Opportunity Act (karty kredytowe): 1974
  • Szwajcaria – prawa wyborcze kobiet: 1971 (pełne wdrożenie 1991)
  • Włochy – zniesienie „małżeństwa naprawczego”: 1981
  • Wielka Brytania – uznanie gwałtu w małżeństwie: 1991
  • Irlandia – zakaz pracy zamężnych kobiet w sektorze publicznym zniesiony: 1973
  • Hiszpania – zniesienie konieczności zgody męża na pracę/podróż: 1975
  • Portugalia – podobne ograniczenia: do 1969-1976
  • USA – maratony dla kobiet oficjalnie dopuszczone: 1972 (Boston) / 1984

Przez stulecia kobiecość nie była przestrzenią wolności, lecz przestrzenią kontroli, oceny i warunkowania.


Inspiracje i źródła:

  • Clarissa Pinkola Estés  Biegnąca z wilkami
  • Jean Shinoda Bolen  Boginie w każdej kobiecie
  • Joseph Campbell  Bohater o tysiącu twarzy
  • Wojciech Eichelberger  Kobieta bez winy i wstydu
  • Marion Woodman  Uzależnienie od doskonałości


About The Author