Kategorie
Wyróżnione

Kobieta, która żyje dla innych – cień archetypu Demeter

Słowem wstępu

W pracy z kobietami coraz częściej zauważam, że język mitów pomaga opowiedzieć o doświadczeniach, które trudno uchwycić samą psychologią czy biochemią.Wiele moich klientek, kiedy zaczynamy rozmawiać o archetypach bogiń, nagle zaczyna rozpoznawać w tych historiach fragmenty własnego życia. Okazuje się, że opowieści sprzed tysięcy lat potrafią niezwykle trafnie opisać współczesne emocje, konflikty wewnętrzne i relacje.  Jestem wdzięczna Jungowi i jego następczyniom, za ten kierunek, który łączy kilka moich pasji, a który pomógł mi pare lat temu w ogóle przyjrzeć się swojej własnej historii i temu kim jestem, choć jeszcze wtedy robiłam to z głowy i analizy.

Niemniej warto podkreślić, że archetypy to jedynie narzędzie, inspiracja czy bezpieczna „bajka”, która może pomóc rozpocząć samopoznanie. Nie stanowią one jednak wyroczni ani diagnozy. Mogą być formą zabawy i próbą nazwania tego, co trudne do wypowiedzenia wprost, ale niosą też pewne ryzyko. Bo archetypy również łatwo sprowadzić do kolejnej intelektualnej etykiety. Gdy zaczynamy mówić o sobie 'jestem Ateną’, 'jestem Persefoną’ czy 'Demeter’, często uciekamy z ciała do głowy. Tworzymy nowy konsept na swój temat zamiast naprawdę poczuć, co się w nas dzieje. Archetyp na pewno może pomóc coś zauważyć, ale niech nie stanowi nowej maski czy kostiumu, w który się przebieramy. Prawdziwe samopoznanie nigdy nie odbywa się na poziomie analizy i dopasowywania się do mitu, ale w połączeniu ze sobą -tam zaczyna się prawdziwe, czyste doświadczenie tego, kim naprawdę jestem.

Ten wstęp pojawił się tu nie przypadkowo. Archetyp Demeter w cieniu – polega właśnie na nieustannym zasilaniu świata zewnętrznego – skupieniem uwagi na zewnątrz – czy to w kierunku dzieci, relacji, projektów, Domu. W konsekwencji wszystko wokół Demeter rozkwita, ale ona sama może pozostać pusta, jeśli cała jej uwaga wycieknie na zewnątrz.

Warto pamiętać, że nasza uwaga jest jak woda- to, co nią zasilamy, zaczyna rosnąć. Demeter jest mistrzynią nawożenia zewnętrznego ogrodu, ale w tym procesie naprawdę łatwo zapomnieć o własnym korzeniu i mówię to z totalnego doświadczenia. Kiedy cała Twoja uwaga wędruje na zewnątrz, zaczynamy istnieć tylko poprzez funkcje, które pełni się dla innych.

Najważniejsze jest więc pytanie: gdzie płynie Twoja energia/uwaga? 

Czy zasilasz swoją uwagą wyhodowane przez siebie role i oczekiwania innych, czy potrafisz skierować ten strumień do wewnątrz?

Gdy przestajesz definować się przez to „kogo karmisz”, a zaczynasz odkrywać, kim jesteś, gdy zapada zima i zostajesz tylko ze sobą – bez roli matki, partnerki, córki czy opiekunki – to możemy mówić o prawdziwej dorosłości.

Każda z nas nosi w sobie różne jakości i wzorce i możemy rozpoznawać w sobie cechy wielu bogiń, które mogą ujawniać się w różnych momentach życia. Analogicznie jest z mężczyznami – oni również odnajdują w sobie różne archetypy i role, które zmieniają się wraz z doświadczeniem, wiekiem i poziomem świadomości. Archetypy nie są sztywnymi etykietami, nie powinny stanowić ściągi na budowanie tożsamości. To raczej mapa wewnętrznych możliwości i zachowań, które po prostu przez nas przepływają; niektóre z nich silniej odczuwamy w konkretnym momencie życia, często z powodów, które w pełni rozumiemy dopiero z perspektywy czasu. Pomagają nam przede wszystkim wyjść z idealizacji (update sierpień ’26- zerknij na nowy artykuł o Idealizacji). Pozwalają zauważyć, że w nas samych, jak i w całej naszej historii rodowej, działają różne siły, które czasem stanowią dwa przeciwległe bieguny. Trzeba je najpierw dostrzec i zaakceptować, bo nie da się zmienić czegoś, czego nie jesteśmy świadomi. Dopiero gdy coś nazwiemy i staniemy w prawdzie, możemy podjąć dojrzałą decyzję: chcę nad tym popracować, to mi już nie służy.

W przypadku Demeter, o której dziś tu napiszę, następuje przykładowo zatrzymanie rozwoju na poczuciu: „Moim życiem są moje dzieci. Poświęciłam się im, niczego więcej nie potrzebuję, bo one osiągnęły już wszystko”. Znacie to? To moment, w którym rola matki przysłania własny rozwój, a własne „ja” zostaje wstrzymane. Nie musi tu chodzić tylko o dzieci. Po prostu oddanie innym – w pełni.

Ten schemat całościowego oddania i ucieczki od siebie nie jest jednak niczym nowym ani zarezerwowanym tylko dla naszych czasów. To głęboko zakorzeniona historia, którą ludzkość opowiada sobie na setki sposobów od zarania dziejów.

Dlatego historie mitologiczne z różnych kultur tak często brzmią znajomo. Niezależnie od tego, czy sięgamy do mitologii greckiej, rzymskiej, mezopotamskiej, czy do dawnych mitów słowiańskich, nordyckich lub egipskich, odnajdujemy podobne motywy: matkę i córkę, zejście do podziemi, utratę i powrót, przemianę, inicjację. Psychologia analityczna Carla Gustava Junga nazywa te powtarzające się motywy archetypami – uniwersalnymi wzorcami doświadczenia ludzkiego, które pojawiają się w mitach, baśniach i opowieściach na całym świecie. A wielu z nas kocha opowieści, mity i bajki; one często miały swoją ukrytą rolę edukacyjną. Dlaczego mitologia grecka? Okazuje się, że większość z nas ją zna. Smutno jest mi, że mało kto miał mitologie słowiańską w szkole. Ale jak tylko czasu mi starczy, na pewno kiedyś ją przywołam tutaj na blogu.

Można powiedzieć, że mity są symbolicznym językiem, którym ludzkość od wieków opowiada o własnej psychice. Nie chodzi więc o dosłowne personifikacje bogiń i bogów, lecz o pewne wzorce ludzkiego doświadczenia, które powracają w różnych kulturach i epokach. Czasem łatwiej jest je nazwać w taki sposób.

Patrzenie na siebie poprzez archetypy ma jedną ważną zaletę- uczy łagodności wobec własnych sprzeczności. Zamiast oceniać się surowo za swoje emocje czy zachowania, możemy zobaczyć je jako część większej historii, która w każdym z nas może rozgrywać się na różne sposoby.

Dzięki temu łatwiej zaakceptować, że w różnych momentach życia mogą dominować w nas różne jakości. Czasem potrzebujemy energii Ateny – jasności umysłu, strategii i niezależności. Innym razem bliższa jest nam Artemida (Diana)- dzika, wolna i idąca własną drogą, wspierająca kobiety. Zdarza się też, że przez długi czas żyjemy w archetypie Demeter, troszcząc się o innych, czy organizując wokół siebie życie rodziny czy wspólnoty.

Są też kobiety, które przez wiele lat pozostają w archetypie Persefony– młodej dziewczyny poszukującej bezpieczeństwa, przewodnictwa i potwierdzenia swojej wartości. W takiej sytuacji łatwo jest przykładowo szukać „swojej Demeter” (opiekunki, matki) w innych kobietach, np. z „autorytetem”- jak mityczna córka swoją matkę. Do tego wątku wrócę jeszcze poniżej, ponieważ jest on niezwykle ważny w kontekście relacji między kobietami i często pojawia się w historii moich klientek.

Archetypy przypominają nam więc o czymś bardzo istotnym: nasze historie nie są stałe. Zmieniamy się, dojrzewamy, przechodzimy przez kolejne etapy życia i świadomości. Nikt nie jest tylko Ateną, tylko Artemidą czy tylko Demeter. Ale każda kobieta jest boginią- to na pewno! 🙂 Każda z nas może w różnych momentach odkrywać w sobie inne jakości- a czasem także ich cień. Nasz rozwój, pomaga nam pewne cechy zbalansować.

I właśnie o jednym z takich archetypów- Demeter, bogini matki i opiekunki -chciałabym opowiedzieć w tym artykule.


Są kobiety, które przez lata żyją tak, jakby ich istnienie miało sens tylko wtedy, gdy ktoś ich potrzebuje. To one pamiętają, przewidują, organizują, wspierają, łagodzą napięcia i podtrzymują życie rodzinne, emocjonalne, a często także zawodowe. Zwykle są odpowiedzialne, empatyczne, wyczulone na potrzeby innych i przyzwyczajone do tego, że to właśnie na nich wiele się opiera. Pamiętają o wizytach lekarskich dzieci, pomagają rodzicom, wspierają partnerów, rozwiązują konflikty i starają się sprostać codziennym obowiązkom, często nie zauważając, jak bardzo oddalają się od samych siebie.

Po pewnym czasie ciało zaczyna jednak wysyłać sygnały, że ten sposób funkcjonowania ma swoją cenę. Pojawia się przewlekłe zmęczenie, zaburzenia snu, problemy hormonalne, choroby autoimmunologiczne, zaburzenia trawienia, lęk albo poczucie przeciążenia. W wielu przypadkach nie będzie to wyłącznie kwestia diety czy stylu życia, lecz głęboko zakorzenionego wzorca psychologicznego, który psychologia jungowska opisuje jako archetyp Demeter – archetyp matki, opiekunki i żywicielki.

Samoświadectwo, ja jako.. matka

Sama przez długi czas czułam opór, gdy ktoś mówił o mnie: „Ty to jesteś taka prawdziwa, dobra Demeter„. Moja pierwsza myśl zawsze brzmiała: „Ale jak to? Przecież nie mam własnych dzieci„. Na poziomie głowy uznałam, że ten archetyp po prostu mnie nie dotyczy. Zakorzenione we mnie wzorce mówiły w głowie: matka ma dzieci, rodziła, a Ty tego nie robiłaś, więc nie masz prawa do tego słowa.

Przełom przyszedł, gdy moja Nauczycielka Grażyna zadała mi jedno proste zadanie: „Posiedź z pytaniem: jaką tak naprawdę jesteś matką?„.

Pamiętam swoją natychmiastową reakcję – automatyczne zaprzeczenie. „Ale przecież nie jestem matką!„. A ona spojrzała na mnie i powiedziała: „Jak możesz tak mówić, po tylu latach pracy nad sobą? A Twoja wewnętrzna matka? A Twoja ciągła pomoc innym? Przecież każdy Twój dzień to dawanie uwagi, troski i wsparcia kilkunastu osobom„Już nie mówiąc o całym Twoim domu.

No ale DOM to Dziecko, Ojciec i Matka – mówię.

A ona spojrzała na mnie spokojnie i odpowiedziała:

  • Prawdziwy Dom nie stoi na fundamentach z cegieł ani na wpisach w urzędzie. Prawdziwy Dom to Twój stan świadomości. Ojciec w Tobie to Twoja struktura, Mądrość i Ochrona. Matka to Twoja Troska, Akceptacja i Karmienie. A Dziecko to Twoja Żywotność, Czystość i Zachwyt. Jeśli nie stworzysz tego Domu w swoim wnętrzu, będziesz go bez końca szukać na zewnątrz, oddając energię wszystkim wokół, tylko nie sobie.

Wtedy coś we mnie pękło. Zobaczyłam, że mam pod opieką setki klientów, zwierzęta w moim domu: psy, koty, kury, kaczki – i że jestem natywnym, ogromnym Dawcą. Społeczeństwo nauczyło nas, że kobieta jest matką tylko wtedy, gdy urodzi własne dziecko. Tymczasem nasz potencjał jest znacznie szerszy. Możesz „matkować” (w pozytywnym znaczeniu- bo to słowo może uchodzić za pejoratywne) projektom, społeczności, zwierzętom, innym ludziom, a przede wszystkim – swojemu własnemu wewnętrznemu dziecku.

Ostatnie 8 lat to dla mnie ciągła nauka tego, jak być prawdziwym Dawcą, który nie daje z pustego. I może ta moja historia będzie dla Ciebie inspiracją do zadania sobie tego samego pytania, bez uciekania w sztywne definicje. Mam takie przemyślenia, że nie musisz mieć dzieci, by nieść w sobie energię Demeter ze wszystkimi jej darami i cierniami. Także ja wracam stale do tego pytania, by się doskonalić jako Matka: jaką matką jesteś na co dzień – dla świata, dla innych i dla samej siebie?

Ta praca może pomóc uzdrowić relację ze swoją wewnętrzną matką. Ja uczę się być życzliwa dla niej. Niezależnie jaka była przez lata.

Dlaczego Demeter?

Demeter w mitologii greckiej była boginią zbóż i płodności, tą, która troszczy się o wzrost i życie. Najważniejszą relacją w jej micie jest jednak więź z córką, Persefoną. Gdy Persefona zostaje porwana do podziemi przez Hadesa, Demeter pogrąża się w rozpaczy i przestaje troszczyć się o ziemię. W efekcie świat obumiera, plony przestają rosnąć, a ziemia pogrąża się w zimie. Ten mit bywa interpretowany jako opowieść o cyklu natury, ale w psychologii często rozumiany jest jako opis pewnego uniwersalnego doświadczenia kobiecego- momentu, w którym kobieta odkrywa, że jej życie zostało całkowicie zbudowane wokół opieki nad innymi.

Matka wielu osób

Demeter jest archetypem kobiety, której naturalną potrzebą jest troska o innych. Jej siłą jest empatia, wrażliwość i zdolność do opieki. Często odnajduje poczucie spełnienia w dawaniu wsparcia, tworzeniu bezpiecznej przestrzeni i dbaniu o tych, którzy są wokół niej. Symbolicznym obrazem tego archetypu jest matka karmiąca dziecko, Matka Natura.

Kobieta o silnym archetypie Demeter często odnajduje się w rolach opiekuńczych – bywa nauczycielką, dietetyczką, przedszkolanką, pielęgniarką, terapeutką, opiekunką czy osobą, do której inni przychodzą po pomoc. Nierzadko staje się kimś w rodzaju „matki wielu osób”, nawet jeśli nie ma własnych dzieci. Jej naturalnym odruchem jest podtrzymywanie życia i troska o dobro innych. To często osoby, które pracują blisko tematów śmierci i życia – jak ja.

Warto też powiedzieć coś, co dziś w Polsce jest bardzo widoczne: archetyp Demeter nie ma łatwej przestrzeni do istnienia. Jest odbierany skrajnie różnie. Z jednej strony wciąż żyjemy w kulturze, która przez pokolenia budowała obraz kobiety jako tej, która ma być opiekunką, strażniczką domu, osobą odpowiedzialną za dobro innych. Z drugiej strony coraz częściej pojawia się reakcja odwrotna – silna potrzeba odcięcia się od wszystkiego, co przypomina poświęcenie, zależność czy rolę matki. W rezultacie Demeter bywa dziś albo idealizowana, albo gwałtownie odrzucana/dewaluowana. Tymczasem archetypy rzadko działają w tak prosty sposób. W rzeczywistości chodzi raczej o równowagę między dawaniem, a zachowaniem własnej tożsamości– o czym będzie ten artykuł.

W rezultacie Demeter bywa dziś albo idealizowana, albo gwałtownie odrzucana. Tymczasem archetypy rzadko działają w czarno-biały sposób. Prawdziwa sztuka polega na odnalezieniu równowagi między dawaniem a zachowaniem własnej tożsamości – i to jest główny temat tego wpisu.

Demeter wnosi jakość dawcy, przynosi życie i wzrost. Problemy zaczynają się w momencie, gdy ta energia zastyga w skrajnościach: bezgranicznym poświęceniu siebie lub kompletnym odcięciu od relacji. Ale do tego wątku jeszcze wrócimy.

Matka ..Natura

Demeter to także archetyp kobiety, która karmi i daje poczucie bezpieczeństwa. Symbolicznie reprezentuje Matkę Naturę – tę część świata, która pozwala życiu rosnąć, dojrzewać i odnawiać się w cyklach.

W szerszym sensie Demeter jest energią podtrzymywania życia. To ona zasiewa, pielęgnuje, chroni i pozwala roślinom wzrastać. Dlatego w wielu kulturach archetyp ten był łączony z płodnością ziemi, rytmem pór roku i cyklem narodzin oraz dojrzewania. Można powiedzieć, że Demeter symbolizuje także zdolność kobiety do tworzenia przestrzeni, w której inni mogą rosnąć; fizycznie, emocjonalnie i duchowo.

Często to właśnie takie kobiety instynktownie czują, że:

  • jedzenie jest formą troski
  • dom może być miejscem regeneracji
  • wspólny stół buduje więzi.

W ich obecności inni ludzie często doświadczają czegoś bardzo pierwotnego: poczucia, że ktoś się nimi opiekuje i że mają gdzie wrócić. Bo w naj naj najgłębszym sensie archetyp Demeter przypomina nam o czymś bardzo prostym, ale fundamentalnym – że życie rozwija się najlepiej tam, gdzie jest pokarm, ciepło, rytm i troska.

Matka nieugięta

Kiedy chodzi o dobro dziecka, Demeter potrafi być niezwykle silna i nieustępliwa. Ten archetyp daje kobietom ogromną determinację, cierpliwość, wytrwałość i zdolność do bezkompromisowej walki. Przykładem są matki, które walczą jak lwice o zdrowie czy prawa swoich dzieci, nawet przeciwko bezdusznym instytucjom czy całemu systemowi. Znam takie kobiety i to, co robią, za każdym razem głęboko mnie porusza.

Warto jednak zauważyć, że ta konfrontacyjna waleczność jest w nas ostatecznością. Z natury archetyp ten rozbraja napięcia i obłaskawia trudne emocje – tylko swoją obecnością. Prawdziwa energia Demeter najczęściej rozprawia się z zewnętrzną agresją po prostu parząc herbatę z życzliwością, tworząc bezpieczną przestrzeń i dając spokój. Ale gdy ten spokój zostaje zagrożony, w tej samej ciepłej i opiekuńczej kobiecie budzi się potężna siła, która nie cofnie się przed niczym, by chronić to, co zostało jej powierzone. Tak widzę zdrowy wzorzec Demeter, do którego sama dążę.

Cień archetypu – nadopiekuńczość

Cieniem archetypu Demeter jest zazwyczaj nadmierne poświęcenie i często utrata własnej tożsamości. U takich osób, gdy dzieci dorastają i odchodzą, pojawia się pustka egzystencjalna. Badania pokazują, że szczególnie podatne na depresję są kobiety, które: całkowicie poświęciły się dzieciom, nie rozwijały własnych pasji, nie miały własnej drogi.

Najbardziej dramatycznym aspektem archetypu jest żałoba matki po utracie dziecka lub po utracie roli, która przez lata była centrum jej życia. W takich sytuacjach kobieta może pogrążyć się w głębokim smutku, a czasem wręcz utracić poczucie sensu istnienia. To psychologiczny odpowiednik mitu o Demeter, która w rozpaczy przestaje troszczyć się o ziemię, a świat pogrąża się ..w zimie.

W gabinecie często przyciągam kobiety, które przez wiele lat funkcjonowały wyłącznie w roli opiekunki, matki, osoby odpowiedzialnej za wszystkich wokół. Kiedy ta rola nagle się zmienia – ciało, układ nerwowy – reagują bardzo silnie. Niektóre z tych kobiet trafiają do mnie już po wielu latach leczenia farmakologicznego. Zazwyczaj mają powyżej 50 lat. Zdarza się, że od dziesięciu czy piętnastu lat przyjmują leki z grupy SSRI lub inne preparaty przeciwdepresyjne. Często nie podejmują się terapii ani samopoznania. Ten mit pomaga mi opowiedzieć historię, w której te kobiety mogą wreszcie zobaczyć siebie jako kogoś, kto po prostu utknął w nieprzeżytej zimie. Pomaga im zauważyć, że to, co brały za koniec życia, jest tak naprawdę zaproszeniem do odnalezienia siebie pod warstwą dotychczasowych obowiązków.

Niezwykle trafnie ujął to Nisargadatta Maharaj:

„Porzuć wszystkie wyobrażenia o sobie i po prostu BĄDŹ. Zobacz, co zostaje, gdy przestajesz udawać kogoś, kim nie jesteś.”

Praca z tym mitem ma pomóc im przejść od rozpaczy po stracie roli do zachwytu nad odkryciem własnego, nieprzemijającego źródła. Dać inspirację do własnego samorozwoju.

Taki wzorzec Demeter głęboko może wpływać na psychikę i ciało. Wśród najczęstszych obserwowanych przeze mnie trudności pojawiają się między innymi:

  • przewlekłe zmęczenie i poczucie wyczerpania
  • zaburzenia snu
  • obniżony nastrój lub depresja
  • zaburzenia lękowe
  • utrata poczucia sensu życia
  • poczucie pustki, gdy nie ma już kogo ratować lub wspierać
  • trudność w podejmowaniu decyzji dotyczących siebie; czasem niestety – we mnie poszukiwanie córki, albo matki
  • zaburzenia hormonalne
  • choroby autoimmunologiczne
  • problemy trawienne i jelitowe
  • napięcie w ciele i chroniczny stres, migreny i zawroty głowy.

Czasem te osoby – sens życia – przekierowują na wnuków. Co pomaga im funkcjonować „jako tako” w starym wzorcu. W takich momentach cień Demeter staje się bardzo wyraźny; zwłaszcza kiedy całe życie zostało zbudowane wokół opieki nad innymi. Gdy Rodzice tych demeterowych wnuków nie stawiają granic Babci, pomagają zasilać cień tego archetypu.

Współuzależnienie + Demeter

W gabinecie obserwuję też drugą, niezwykle trudną stronę tego archetypu – sytuację, w której cieniowa energia Demeter staje się paliwem dla współuzależnienia i międzypokoleniowego nałogu.

Ostatnio słuchałam samo świadectwa kobiety z problemem alkoholowym, której dzieci od lat znajdują się pod stałą opieką jej matki. Z punktu widzenia mitu mamy tu podręcznikowy układ: matka (Demeter) zatrzymuje w ten sposób swoją córkę w stanie wiecznej Kory – dziewczynki, która nigdy nie musiała naprawdę wejść w dorosłość i wziąć odpowiedzialności za własne życie. Córka miała ogromny „komfort” picia, bo świat zewnętrzny rozgrzeszał ją z matczynej roli: przecież dzieci są bezpieczne, najedzone i pod opieką babci.

Z perspektywy psychologii trauma i uzależnienie karmią się właśnie brakiem konsekwencji. Matka w energii Demeter, myśląc, że „ratuje wnuki” i poświęca się dla rodziny, nieświadomie staje się enablerem – osobą utrwalającą chorobę alkoholową własnego dziecka. Wnuki stają się dla babci nową Persefoną – paliwem, które pozwala jej bez końca odgrywać jedyną rolę, jaką zna: potrzebnej, niezastąpionej opiekunki.

To tragiczny mechanizm. Dopóki taka Demeter nie wycofa swojej nadmiernej kontroli i nie przestanie osłaniać Kory przed dorosłością, doputy nie powstanie przestrzeń na pęknięcie, zderzenie z dnem i realne leczenie. Przerwanie tego międzypokoleniowego wzorca wymaga ogromnej odwagi: uznania, że nadopiekuńczość bywa formą przemocy, a puszczenie kogoś w jego własny los – jedynym prawdziwym aktem miłości.

Dobre wiadomości

Najbardziej spektakularną zmianę widziałam u osoby, która przez około piętnaście lat przyjmowała leki z grupy SSRI. Schodziłyśmy z nich bardzo powoli, etapami, z dużą uważnością na ciało, emocje i gotowość układu nerwowego. Cały czas w kontakcie z psychiatrą. Tutaj – z mojej strony – ważną rolę odegrało wsparcie wątroby i woreczka żółciowego, poruszenie zastoju gorzkimi ziołami. W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej to właśnie ten układ magazynuje nierozładowaną złość – zazwyczaj tą nagromadzoną przez lata frustrację wynikającą z ciągłego przekraczania własnych granic i stawiania potrzeb innych ponad swoje. Ucząc ciało bezpiecznego uwalniania tego nagromadzonego „żółciowego” napięcia, dawałyśmy układowi nerwowemu sygnał, że reakcja obronna wreszcie może dobiec końca.

W tym procesie kluczowe okazało się połączenie biologii, psychiki i pracy duchowej. Ta osoba przez lata żyła wyłącznie dla innych, była skrajnie przeciążona, jakby całkowicie odcięta od własnego centrum. Dopiero tak wielopoziomowe podejście pozwoliło jej bez lęku poczuć swój własny, zdrowy gniew, postawić granice i zacząć powoli wracać do siebie. Odkryła, że zeszła z leków nie po to, by stać się idealnie spokojną (Idealizacja siebie u Demeter jest częsta), ale po to, by wreszcie stać się PRAWDIWĄ; czującą pełną paletę emocji i mającą odwagę żyć własnym życiem.

Dzieciństwo Demeter

Archetyp Demeter może objawić się bardzo wcześnie, czasem już u małej dziewczynki – nawet w wieku 9-10 lat. Jedna z moich klientek, dodatkowo mama mojej innej klientki, opowiadała mi kiedyś, że jej córka od najmłodszych lat mówiła, że chce mieć dużo dzieci. Nie była to jedynie dziecięca fantazja, lecz bardzo silne, powracające pragnienie bycia mamą. Co ciekawe, wiele lat później trafiła do mnie już jako dorosła kobieta z ogromną potrzebą macierzyństwa, która była widoczna nie tylko w jej słowach… ale także w wynikach badań. Można by powiedzieć pół żartem, pół serio, że jej gospodarka hormonalna wyglądała niemal tak, jakby ciało przygotowywało się do ciąży JUŻ. Progesteron był podwyższony w sposób, który przypominał stan gotowości organizmu na przyjęcie życia. A jednak w tamtym czasie ciąża nie była możliwa, co dla kobiety z tak silnym pragnieniem macierzyństwa musiało być doświadczeniem niezwykle trudnym. Ciało wysyłało jeden sygnał, ale równolegle obecny był też inny konflikt: wysokie androgeny, podwyższona beta-glukuronidaza i słabsza detoksyfikacja wątrobowa. Jakby jedna część organizmu mówiła „jestem gotowa”, a druga wciąż pozostawała w biologicznym napięciu i braku równowagi. Z czasem jednak, kiedy udało się wesprzeć te obszary, przyszła także ciąża.

To fascynujące, jak silnie nasza biochemia potrafi być powiązana z naszymi wewnętrznymi wzorcami psychicznymi, narracją o sobie i głębokimi pragnieniami, które często wykraczają poza świadome decyzje. I to właśnie jest ten archetyp; w przypadku Demeter – jest to ta energia opiekowania się życiem, karmienie innych. Czasem pojawia się ona bardzo wcześnie i staje się jednym z centralnych motywów tożsamości.

Z perspektywy biologii nie jest to wcale tak zaskakujące, jak mogłoby się wydawać. Nasze ciało nie funkcjonuje w oderwaniu od psychiki. Układ hormonalny, układ nerwowy i emocje tworzą jeden wspólny system regulacji. To, co przeżywamy psychicznie, często znajduje swoje odbicie w fizjologii – a to, co dzieje się w ciele, wpływa z kolei na nasze odczucia i wybory. Dużo o tym piszę na moim blogu. Dzięki konsultacjom, ludziom – to wszystko obserwuję i doświadczam. A że kocham ludzi – to jest to dla mnie niezwykle interesujące. Każdy ze swoim „zlepkiem” archetypów – jest po prostu wyjątkowy i taki jaki ma być.

Relacja z Rodzicami

Archetyp Demeter jest silnie związany z relacją z matką. W micie: Demeter jest córką Rei, wnuczką Gai, czyli Matki Ziemi. Symbolizuje więc linię kobiecej płodności i opieki.

Jednocześnie w micie pojawia się ważny motyw: mężczyźni (Zeus, Kronos) nie chronią dzieci. To może tworzyć w psychice kobiety: silną identyfikację z matką, słabszą więź z ojcem, poczucie, że to matka musi chronić dzieci przed światem. Często małe Demeter doświadczają obrazów, które to przekonanie wzmacnia.

Z takiego układu bardzo łatwo rodzi się pewien psychologiczny wzorzec. Jeśli kobieta od wczesnych lat uczy się, że bezpieczeństwo zależy przede wszystkim od kobiety – matki, może stopniowo przejmować coraz więcej odpowiedzialności za innych. Troska staje się wtedy nie tylko naturalnym odruchem serca, lecz także sposobem regulowania lęku i utrzymywania kontroli nad rzeczywistością.

Właśnie w tym miejscu archetyp Demeter zaczyna ujawniać swój cień.

Na konsultacjach często słyszę historie kobiet wyrosłych w domach, gdzie zabrakło męskiej energii wsparcia i ochrony. W tych historiach matka zostaje sama z dziećmi; czy to przez rozwód, czy przez emocjonalną nieobecność partnera, co buduje w córce bardzo konkretny zapis rzeczywistości. Widzi ona matkę funkcjonującą na skraju wytrzymałości: skrajnie przeciążoną, pozbawioną oparcia z zewnątrz, a w konsekwencji – niebędącą w stanie dać głębokiego, bezpiecznego wsparcia swoim dzieciom. Często w takich domach pojawia się też współuzależnienie, zamrożenie emocjonalne i brak gotowości do pracy nad sobą.

Gdy dorastasz w takim świecie, w Twoim ciele zapisuje się cichy skrypt: Mężczyźni nie chronią. Jeśli sama o wszystko nie zadbam, świat się zawali. Muszę być samowystarczalna, nawet za cenę własnego wycieńczenia.

Z takiego układu rodzi się podwójny ciężar. Z jednej strony przejmuje się roszczeniową samowystarczalność i nadkontrolę, z drugiej – nosi się w sobie ogromny, głodny brak matczynego i ojcowskiego oparcia. I tu pojawia się kluczowe pytanie: jak dać sobie wsparcie, kiedy nigdy w życiu się go nie doświadczyło?

Przecież nikt nie zmusi siebie do zaufania światu z poziomu głowy. Ja mogę się podzielić swoim doświadczeniem, co mi najbardziej pomogło, ale chce to podkreślić, byłam w tym procesie prowadzona i trwał on kilka lat. U każdego może to wyglądać inaczej. U mnie wymagało to przejścia przez trzy kluczowe etapy, które opiszę tak jak umiem:

  1. Uznanie i opłakanie braku. Dopóki udawałam, że daję sobie radę ze wszystkim i „niczego nie potrzebuję”, wciąż karmiłam stary mechanizm obronny. Pierwszym krokiem do odzyskania siebie było pozwolenie sobie na smutek – uznanie, że jako dziecko i młoda kobieta zasługiwałam na wsparcie, ochronę i beztroskę, których nie dostawałam. Przeżycie tej żałoby pomogło jakby uwolnić zamrożoną w ciele energię. I stopniowo uczyłam się prosić o wsparcie. A nie wszystko sama.
  2. Odnalezienie Ojca i Matki w swoim własnym wnętrzu. Oparcie – można odbudować wewnętrz siebie. Nie mogę przecież stale żyć przeszłością i tym, że wiele razy tego oparcia nie miałam. Ojciec w naszej psychice to umiejętność stawiania twardych granic, wycofywania się z sytuacji, które niszczą, oraz poczucie, że jest się bezpieczną sama ze sobą. Matka w nas to z kolei czułość dla własnego zmęczenia – głos, który nie biczuje za chwile słabości, ale potrafi powiedzieć: Dobra, dzisiaj odpuszczamy, wystarczy już tej walki.
  3. Nauka przyjmowania ze świata. Kobiety utknięte w cieniu Demeter umieją genialnie dawać, ale paraliżuje je myśl o przyjmowaniu. Przełamaniem schematu jest nauka wpuszczania małych dawek wsparcia z zewnątrz: przyjęcie pomocy w prostych, codziennych sprawach, delegowanie zadań, odważenie się na wypowiedzenie słów: Nie daję rady, potrzebuję Cię.

Dopiero gdy zrobi się przestrzeń na to, by przestać być jedynym filarem utrzymującym cały świat, wewnętrzna Demeter odpocznie. Prawdziwa siła nie leży w tym, ile jesteśmy w stanie znieść bez niczyjej pomocy, ale w odwadze do wpuszczenia do swojego życia miękkości i oparcia.

Nadopiekuńczość

Współczesna psychologia opisuje cień Demeter poprzez pojęcia nadopiekuńczości i współuzależnienia. W takim układzie poczucie własnej wartości zaczyna być zależne od tego, czy ktoś nas potrzebuje. Pomaganie staje się sposobem regulowania emocji i utrzymywania relacji, a jednocześnie trudno jest stawiać granice lub wyrażać złość, ponieważ zagrażałoby to obrazowi „dobrej osoby”. Wiele kobiet funkcjonujących w tym schemacie ma ogromną trudność z odmową, bierze na siebie zbyt wiele obowiązków i tłumi własne potrzeby, często nie zdając sobie sprawy, że z czasem prowadzi to do przeciążenia psychicznego i fizycznego.

Co ciekawe, psychologia zwraca uwagę na jeszcze jeden element tego wzorca – tłumioną złość. Kobiety wychowywane w przekonaniu, że powinny być dobre, pomocne i wyrozumiałe, często nie pozwalają sobie na otwarte wyrażanie gniewu. Zamiast tego pojawia się napięcie, zmęczenie, wycofanie, a czasem zachowania określane jako bierna agresja. Niektóre nurty psychologiczne mówią wręcz, że depresja bywa złością skierowaną do środka, szczególnie wtedy, gdy przez lata nie było przestrzeni na jej świadome wyrażenie. To bardzo ciekawe i kto wie, może to tłumaczy w pewien sposób samopoczucie moich Klientek, tutaj by musiał nam podpowiedzieć ktoś kto w tym się specjalizuje. W każdym razie mamy pewien wzorzec:

Demeter = troska
cień Demeter = nadopiekuńczość + tłumiony gniew

Dawać, dawać i dawać.. ale jak nie bierzesz, to z czego dajesz?

W swojej pracy często spotykam kobiety, które przez wiele lat funkcjonowały właśnie w taki sposób. Tak, jak już wiemy, ich codzienność wypełniana jest troską o innych. A z czasem przychodzi rachunek. Pojawia się zmęczenie, spadek energii, napięcie w ciele, problemy zdrowotne. W takich historiach często wraca pytanie: co właściwie daje osoba, która przez lata żyje ponad siebie, i komu naprawdę służy jej energia? Dopiero z czasem można zobaczyć, że cena takiego funkcjonowania bywa bardzo wysoka: zmęczenie, tłumiona złość, poczucie niesprawiedliwości i niewypowiedziane oczekiwanie, że inni w końcu sami zauważą nasze potrzeby. Nadmierne dawanie rzadko jest bowiem czystą troską; często splata się także z potrzebą bycia potrzebną, z lękiem przed odrzuceniem albo z nadzieją, że miłość wróci do nas w formie domyślności i wdzięczności.

To można zmienić. Ale wymaga odwagi by to zobaczyć i dzień po dniu uczyć się innego sposobu kochania, dawania i chronienia własnej energii <3.

Jeden z nauczycieli buddyzmu tybetańskiego powiedział kiedyś, że kiedy funkcja jest właściwa, działanie staje się właściwe. Kiedy coś jest na swoim miejscu, nie trzeba już niczego na siłę kontrolować.

W naukach Rinpocze bywa to tłumaczone tak:

  • gdy umysł jest na właściwym miejscu, działanie staje się właściwe
  • gdy rola jest zgodna z naturą, nie trzeba wymuszać działania
  • kiedy energia nie jest pomieszana, rzeczy działają same.

Gdy Demeter próbuje być wszystkim naraz: matką, strażniczką, organizatorką i kontrolującą – pojawia się napięcie. Kiedy jednak każdy aspekt psychiki wraca na swoje miejsce, życie i zdrowie zaczyna znów płynąć naturalnie.

Dawca i biorca- ciemne i jasne strony

Demeter daje, bo w dawaniu czuje sens, wpływ, potrzebność i miłość. Biorca bierze, bo system już go tego nauczył: że obok tej osoby może mniej, wolniej, mniej odpowiedzialnie. Z czasem obie strony zaczynają podtrzymywać ten sam układ.

„Potrzeba bycia potrzebnym może stać się silnym uzależnieniem” (Gabor Mate)

W psychologii rodzinnej Bowena istnieje na to trafne pojęcie: overfunctioning / underfunctioning reciprocity, czyli wzajemność, w której jedna osoba „funkcjonuje za bardzo”, a druga „za mało”. Im bardziej jedna strona przejmuje odpowiedzialność, tym bardziej druga może oddawać sprawczość. W ten sposób powstaje układ, który chce przetrwać dokładnie w tej samej formie: z jedną osobą silną, czującą za wszystkich, i z innymi, którzy mniej lub bardziej świadomie ustawiają się wokół niej jak wokół źródła zasilania.

Widać to nie tylko w rodzinach, ale też w instytucjach, środowiskach zawodowych czy marketingu. Co ciekawe, im więcej jedna osoba bierze na siebie, tym łatwiej całemu systemowi wycofać się z własnej odpowiedzialności. Dlatego ratownik (więcej pisałam o Ratowniku w poście o Trójkącie Karpmana) bywa figurą paradoksalną: ocala to, co ważne, ale jeśli działa bez pytania, bez współpracy, bez słuchania i bez zrozumienia drugiej strony, może nieświadomie utrwalać układ, który bez jego interwencji musiałby się rozpaść albo dojrzeć do zmiany.

Dawca daje, ale nie jest studnią bez dna. Jeśli nie nauczy się brać świadomie – odpoczynku, wsparcia, granic, czasu i wzajemności – zacznie brać nieświadomie: przez pretensję, zmęczenie, chorobę, bierną agresję albo potrzebę bycia niezastąpioną. Z kolei biorca również nie jest w takim układzie bierny. Jeśli relacja ma pozostać żywa, musi pojawić się odpowiedzialność, wdzięczność, inicjatywa i gotowość do własnego wzrostu. Inaczej więź zamienia się w układ podtrzymywanej zależności.

Moja mentorka powiedziała mi kiedyś coś, co długo we mnie pracowało: świadomy dawca może być nieświadomym biorcą, a świadomy biorca – nieświadomym dawcą. Dziś widzę, jak bardzo to prawdziwe. Dawca, oprócz tego, co daje na zewnątrz, może brać z relacji uwagę, wpływ, wdzięczność, kontrolę i potwierdzenie własnej wartości. Biorca natomiast może dawać coś równie cennego: uwagę, zależność, lojalność, a nawet władzę nad sobą. Oddając odpowiedzialność za swoje decyzje, oddaje też część własnej dorosłości.

Dlatego w wielu relacjach nie mamy do czynienia z prostym podziałem na tego, kto tylko daje, i tego, kto tylko bierze. Częściej jest to złożony układ wymiany, w którym obie strony -mniej lub bardziej świadomie – karmią system na różne sposoby.

Świadomość tych zależności była dla mnie momentem przełomowym. Pomogła mi zrozumieć, jak ważne jest chronienie własnej energii, szczególnie w pracy z ludźmi. Ale też jak ważne jest dawanie – z chęci, własnej chęci, a nie przymusu. Z czasem nauczyłam się rozróżniać czym jest dawanie z wewnętrznej obfitości a dawanie, które jest próbą udowodnienia czegoś sobie albo światu.

Saint Germain mówił, że prawdziwa duchowa dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy człowiek zaczyna świadomie wybierać, gdzie oddaje swoją energię życiową. Zdrowa relacja zatem opiera się na przepływie energii w obie strony. Ja zawsze do tego dążę. Ja chcę nadal dawać, ale też przyjmować. I zazwyczaj zauważam, że jak daję z czystego serca, to zawsze przychodzi do mnie zwrot, nie tylko z tego samego źródła. I ja to teraz przyjmuję i się cieszę z tego.

Dlatego w pracy z archetypem Demeter ważne jest pytanie o granice i o świadomość własnej energii. Troska o innych jest piękną jakością, ale dopiero wtedy, gdy nie odbywa się kosztem własnego zdrowia, autonomii i życiowej równowagi. Tam gdzie dawanie nie przykrywa złości czy pretensji do świata i ludzi, za to jacy są.

Ostatnio jedna z moich Klientek zadała mi takie ciekawe pytanie? (Sama mierzyła się z tym, że często zamiast słuchać siebie, szukała Autorytetów na zewnątrz).

Czy Persefony szukają matki Demeter w innych kobietach?

Bardzo często tak. To tak jak ta Babcia, która we wnukach szuka przestrzeni do podtrzymywania swojego starego wzorca – cienia Demeter. Tak samo Kory/Persefony – zwłaszcza te, które dopiero uczą się brać odpowiedzialność za siebie i budować swoje własne Królestwa, przechodzą tego typu lekcje .

Carl Jung zapewne by dodał, że ten mechanizm uruchamia się z ogromną siłą zwłaszcza wtedy, gdy relacja z własną matką była nadopiekuńcza, chłodna emocjonalnie, ale podszyta dużą kontrolą. Problem pojawia się, gdy taka Persefona nie szuka zdrowej relacji czy partnerstwa, lecz substytutu matki. Łatwo wchodzi wówczas w układy, w których w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa oddaje własną autonomię – trochę jak w historii o Matce Chrzestnej: ktoś daje ochronę, ale ceną staje się pełna zależność i bezwzględna lojalność. Gdy do tego dochodzi idealizacja, znika przestrzeń na robienie błędów, prób i własny wzrost. (Więcej o Persefonie pisałam TU. ).

Przez długi czas sama doświadczałam tego mechanizmu na własnej skórze. I czasem nadal to się zdarza. Na co dzień bowiem daje z siebie bardzo dużo i jestem tego świadoma: wnoszę troskę, uważność na drugą osobę i czułą obecność. Niezwykle długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego niektóre klientki nieświadomie projektują na mnie archetyp wielkiej, wszechogarniającej Demeter.

Zaczynało się dość niepozornie, a z czasem przeradzało w dziwną zależność. Niektóre Klientki oczekiwały ode mnie coraz więcej i więcej, paraliżowane lękiem przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji bez mojego zielonego światła. Nigdy nie narzucałam takiego stylu współpracy; to była raczej dynamika, która płynęła całkowicie z ich strony. Ale w pełnej odpowiedzialności za to, co przyciągam, zaczęłam zastanawiać się, gdzie sama nie stawiam granicy, że w ogóle taka sytuacja się dzieje.

Co więcej, wymagania niektórych osób zaczynały eskalować: pomimo dwugodzinnej konsultacji i nawet trzydziestostronicowych, szczegółowych zaleceń, wciąż słyszałam, że to „za mało”. Szybko zrozumiałam, że to ciągłe żądanie „jeszcze większej ilości opisów” było zakamuflowaną formą kontroli i głębokiego braku zaufania do świata, swojego procesu, a także pewną formą strachu przed swoją zmianą. Ta niekończąca się roszczeniowość stawała się wygodną blokadą: dana osoba miała idealną wymówkę, by nie zrobić pierwszego, realnego kroku i nie wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Co ciekawe, przy dokładnie takim samym nakładzie mojej pracy i analogicznie przygotowanych materiałach, od innych osób słyszałam coś zupełnie odwrotnego: „Rany, ile tu jest wiedzy, to za dużo, muszę to dawkowac!„, albo: „Te zalecenia są niesamowicie obszerne, mam tu wszystko, czego potrzebuję„.

Dopiero ten kontrast otworzył mi oczy. Potrzebowałam zauważyć, że każda z tych osób nie mówiła wcale o mnie ani o moich zaleceniach –każda mówiła wyłącznie z perspektywy własnego wnętrza, swoich własnych lęków, potrzeb i mechanizmów obronnych. Jedna osoba w obfitości widziała dar i inspirację, inna – przytłoczenie, a jeszcze inna używała jej jako tarczy, byle tylko nie zacząć działać. Praca z drugim człowiekiem to nauka prawdziwej współpracy, odczytywania intencji i przyglądania się autentycznym potrzebom, a nie tylko reakcjom obronnym. Piszę o tym tak otwarcie, bo w mojej pracy to moment niezwykle trudny i delikatny. Często pojawiają się osoby, które na odmowę dokarmiania ich bezradności reagują obrazą i obarczają pełną odpowiedzialnością za swoje niepowodzenie. Gdy nie dajesz się wciągnąć w rolę idealnej matki, w ułamku sekundy stajesz się w ich oczach „ta zła, która zawiodła”.

Dziś wiem, że ta obraza i próba przerzucenia odpowiedzialności to nic innego jak krzyk lęku przed własną sprawczością. Dopóki winna jest mentorka/dietetyczka/terapeuta/lekarz, zalecenia czy cały świat wokół, dopóty można trwać w bezpiecznym status quo i nie podejmować ryzyka żywego, własnego działania.

Gdy dochodzi do tego idealizacja, znika przestrzeń na ludzką zwyczajność i popełnianie błędów, a pojawia się milion nierealnych oczekiwań. Ale to zawsze działa w dwie strony. Dlatego w żaden sposób nie oceniam tego, że ktoś ma w sobie taki mechanizm. Każdy z nas ma własną drogę, własne zranienia i swój własny czas na dojrzewanie.

Zrozumiałam jednak, że moją rolą jako osoby pomocowej nie jest chronienie nikogo przed jego własnym dojrzewaniem ani zamykanie ust czyjemuś lękowi kolejnymi stronami instrukcji. Gdy to do mnie dotarło, całkowicie zeszła ze mnie potrzeba dokarmiania czyjegoś oporu ciągłym dopisywaniem pod oczekiwania. Nauczyłam się stawiać jasną granicę tam, gdzie czułe dawanie zamienia się w krzywdzące wyręczanie.

Dziś potrafię ze spokojem stająć w prawdzie i powiedzieć: „Materiały są. Wsparcie jest. Teraz ruch należy do Ciebie”.

Idealizacja błyskawicznie może zamienić się wtedy i w dewaluację. Zdarzało się, że gdy odmawiałam bycia na każde zawołanie, w oczach nie do końca dojrzałej Persefony w ułamku sekundy stawałam się z „cudownej, ratującej opiekunki” – tą „złą, niewystarczająco dającą matką”.

Ta rozbudowa świetnie pokazuje, że nadmiar oczekiwań to tak naprawdę obrona przed dorosłością i lęk przed pójściem w swoje własne działanie.

Szybko zrozumiałam, że potrzebuję nauki, jak błyskawicznie rozpoznawać ten wzorzec i nie zasilać kogoś bezradności. Te lata pracy z ludźmi naprawdę nie bez powodu mnie popchnęły w stronę psychodietetyki. Teraz zamiast dawać gotowe odpowiedzi i rozpiski na każde wahanie, zaczęłam przekierowywać uwagę na własną sprawczość, którą mogą rozwijać, tak jak ja rozwijam swoją. Wolę być bezpiecznym lustrem, w którym mogą zobaczyć, że własne Królestwo buduje się samemu – na własnych nogach, a nie na plecach drugiej osoby.

Sama niejednokrotnie współpracowałam z wieloma specjalistami, również z mojej własnej branży. Zawsze wchodziłam w tę relację z szacunkiem do ich wiedzy i sposobu pracy. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by próbować zmieniać ich samych, dopasowywać pod swoje arbitralne żądania czy oczekiwać, że staną się kimś innym, niż są.

Istnieje fundamentalna różnica między potrzebami a oczekiwaniami:

  • Potrzeba płynie z ciała i serca. Jest autentyczna, dojrzała i szuka wsparcia, pozostawiając drugiej stronie przestrzeń na wolność i granice.
  • Oczekiwanie płynie z kontrolującego umysłu i lęku. Buduje presję, żąda natychmiastowego spełnienia, a gdy natrafia na opór – reaguje roszczeniowością, obrazą lub próbą ukształtowania kogoś według własnego widzimisię.

Dopóki mylimy te dwie rzeczy, będziemy wchodzić w relacje z pozycji roszczeniowego dziecka, które zamiast brać odpowiedzialność za swój proces, szuka idealnego rodzica i wymaga, by ten dostosował się do jego lęków. I znów uwaga, zamiast na siebie i własny rozwój – wędruje na zewnątrz.

Nauczyłam się, że można z całego serca chcieć kogoś wspierać, ale jeśli ta osoba woli pozostać w swoim dotychczasowym miejscu i nie jest gotowa na zmianę, to ja po prostu nie mam już na to wpływu.

Gdy ktoś projektuje na mnie rolę wyidealizowanej matki – a chwilę później „złej, niewystarczającej opiekunki” – moją jedyną dojrzałą odpowiedzią jest niepodnoszenie tej rękawicy. Nie muszę udowadniać swojej wartości kolejnymi gestami poświęcenia ani tłumaczyć się ze swoich granic. Wyjście z cienia Demeter oznacza pozwolenie drugiemu człowiekowi na jego własny opór, jego własny czas i jego własne konsekwencje – bez próby ratowania go na siłę.

Gniew Demeter

Kiedy uczymy się odróżniać własne potrzeby od roszczeniowych oczekiwań i stawiamy jasne granice, po raz pierwszy dotykamy tematu, który dla archetypowej „Demeter” bywa najbardziej zagrażający – własnej tłumionej złości.

W micie gniew Demeter jest ogromny; tak wielki, że „ziemia przestaje rodzić plony”. Ten obraz można odczytać także psychologicznie: tłumiona przez lata złość kobiety, która zawsze była tą odpowiedzialną, wyrozumiałą i opiekuńczą, w końcu zamraża jej wnętrze i zatrzymuje naturalny przepływ życia w ciele.

W medycynie naturalnej i holistycznej bardzo wyraźnie widzimy wtedy głębokie napięcie w obszarze wątroby i pęcherzyka żółciowego. To właśnie tam magazynuje się cichutka, nierozładowana frustracja wynikająca z ciągłego przekraczania samej siebie na rzecz innych. Dlatego w powrocie do równowagi tak kluczowe staje się wspieranie ich pracy: poprzez ruch, odważne i bezpieczne wyrażanie emocji oraz zioła żółciopędne, takie jak mniszek, karczoch czy krwawnik. Więcej o woreczku poczytasz TU.

Być może dlatego tak wiele kobiet mówi mi w gabinecie coś zaskakującego: że w jakiś sposób boją się swojej własnej matki, która nosi w sobie silny archetyp Demeter i zupełnie nie pracuje nad sobą.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne; jak można bać się kogoś, kto całe życie poświęcił dla rodziny i troszczył się o każdy drobiazg? A jednak pod tą fasadą absolutnego poświęcenia często kryje się ogromna, nieuświadomiona siła rażenia.

Kobiety boją się matki-Demeter, ponieważ jej miłość bywa w największym cieniu – więzieniem. To lęk przed:

  • Obwinianiem i poczuciem winy – dewastującym przekazem:Ja dla ciebie oddałam swoje życie, a ty teraz chcesz żyć po swojemu?
  • Pasywną agresją i cieniem cierpiętnicy – matka czasem nie krzyczy nawet, ale cierpi na oczach dzieci, gdy te próbują postawić granicę, zamieniając wolność dziecka w poczucie zdrady. Czasem pojawia się forma przemocy – karanie milczeniem.
  • Emocjonalnym „pożarciem” (matka pożerająca” wg Junga)- brakiem jakichkolwiek granic, gdzie matka musi wiedzieć wszystko, przeżywać wszystko za dziecko i nie pozwala mu na własny, odrębny los. Nieświadoma, niepracująca nad sobą matka pod maską nieskończonej troski i poświęcenia w rzeczywistości „pożera” autonomię dziecka, nie pozwalając mu psychicznie odciąć pępowiny i dojrzeć.

Taka matka – nie pracując nad swoim cieniem i nierozładowaną frustracją – zamienia swoją troskę w narzędzie pełnej kontroli. A dziecko podświadomie czuje, że ceną za przyjęcie tej „troski” jest oddanie własnej autonomii.

Obecność nieprzepracowanej Demeter w naszym życiu – czy to w postaci własnej matki, mentorki, czy naszych własnych nawyków – przypomina o potężnej sile, z którą każda z nas musi się w końcu skonfrontować. Bez tej konfrontacji i bez odważnego odcięcia emocjonalnej pępowiny nie da się stać w pełni sobą. Bo prawda jest taka, że większość z nas nosi w sobie jakąś cząstkę Demeter.

Warto przyglądać się sobie z empatią i wiedzieć, kiedy ta energia w nas dochodzi do głosu. W jakich momentach troska przestaje być czystym odruchem serca, a zaczyna być sposobem na kontrolowanie otoczenia? Kiedy znowu łapiemy się na tym, że dajemy za dużo, wyręczamy innych, a potem czujemy cichą, nagromadzoną w wątrobie żal i złość, że nikt tego nie docenia?

Uaktywnienie się cienia Demeter to zawsze sygnał ostrzegawczy z ciała i ducha. Mówi o tym, że po raz kolejny opuściło się swoje własne centrum, by budować swoje poczucie wartości na czyjejś zależności.

Demeter = troska
cień Demeter = nadopiekuńczość + tłumiony gniew

Jak przywrócić równowagę?

Postawienie granic przez Demeter, nie jest jeszcze końcem tej drogi, lecz dopiero jej początkiem. Kobieta, która przez lata żyła głównie w roli tej, która daje, podtrzymuje, przewiduje i czuje za innych, może czuć, że samo wycofanie nadmiarowej energii z relacji bywa doświadczeniem niepokojącym.

Pojawia się wtedy pytanie: kim jestem, jeśli nie jestem już tylko potrzebna?

Właśnie w tym miejscu zaczyna się proces odzyskiwania siebie i własnej tożsamości; własnych potrzeb i własnego prawa do życia, które nie polega wyłącznie na opiece nad innymi.

Z moich obserwacji – taka osoba może potrzebować wsparcia innych kobiet, terapeuty lub innego Nauczyciela.

Separacja i różnicowanie

Najpierw pojawia się zmęczenie dotychczasowym sposobem funkcjonowania, potem potrzeba zmiany, dalej – sama CHĘĆ DO ZMIANY (którą zawsze traktuję jako osobny, przełomowy krok), a w końcu powolne odzyskiwanie przestrzeni dla siebie.

Psychologia głębi opisuje ten etap jako proces separacji i indywidualizacji – moment, w którym kobieta zaczyna budować swoją tożsamość niezależnie od roli, którą dotąd pełniła wobec innych.

W opowieści o Demeter pięknie ilustruje to druga część mitu: czas, gdy jej córka Persefona powraca z podziemi, ziemia znów zaczyna rodzić plony, a świat powoli, ale nieuchronnie wychodzi z zimy. W sensie symbolicznym – jak zauważa Jean Shinoda Bolen – oznacza to moment, w którym kobieta odzyskuje kontakt z tą częścią siebie, która wcześniej była zamrożona, ukryta lub pomijana: z własnymi autentycznymi potrzebami, tłumioną ciekawością świata i apetytem na życie.

Jednak aby ta wiosna mogła nadejść, zmiana musi zaszukać po obu stronach. Persefona musi przestać być tylko bezradną „córeczką swojej matki” – musi przejść przez ciemność podziemi, doświadczyć oddzielenia i stać się odrębną, w pełni odpowiedzialną za siebie kobietą. A Demeter musi jej na to pozwolić. Dopiero wtedy możliwy jest powrót, otwarcie nowego rozdziału i głęboka, dojrzała przemiana całej relacji.

Właśnie wtedy ziemia zaczyna znowu rodzić.

Bez tego momentu oddzielenia świat pozostaje w zimie. W micie, Demeter w swojej rozpaczy zatrzymuje cykl życia, a ziemia przestaje wydawać plony. Nadopiekuńczość może więc paradoksalnie prowadzić do czegoś bardzo podobnego- do ciągłego działania, troski i czuwania, które jednak nie przynoszą prawdziwej obfitości. Powstaje coś na kształt ugoru, bo nie ma przestrzeni na rozwój.

Demeter w cieniu próbuje prowadzić, podpowiadać, a czasem także mówić, jak należy żyć. I dopóki droga dziecka jest zgodna z jej wizją, relacja może wydawać się spokojna i harmonijna. Problem pojawia się wtedy, gdy Persefona chce pójść gdzie indziej. Kiedy wybiera inną ścieżkę, inny sposób życia, inne wartości. Wtedy zamiast wsparcia często pojawia się dezaprobata – subtelna lub bardzo wyraźna. Ten dobrze znany wielu ludziom moment, który psychologia nazywa dezaprobatą rodzicielską. To chwila, w której dziecko odkrywa, że bycie sobą może oznaczać utratę części akceptacji. A jednak właśnie przez ten moment przechodzi droga do dojrzałości.

Jakiś czas temu jedna z moich klientek, bardzo młoda kobieta 25lat, powiedziała mi coś, co było dla mnie wielkim szokiem poznawczym. Brała leki z grupy SSRI od kilku lat i powiedziała: „Przynajmniej moja mama mówi, że teraz da się ze mną pogadać”. Uderzyło mnie nie tylko to zdanie, ale wszystko, co było ..pod nim.

Jakby miarą zdrowienia nie było to, czy ona mniej cierpi, czy lepiej czuje siebie, czy odzyskuje spokój, lecz to, czy stała się mniej trudna dla drugiej osoby. To był dla mnie ważny moment zatrzymania. Bo czasem właśnie tak wygląda cień Demeter: troska, która nieświadomie bardziej pragnie regulować, łagodzić napięcie w systemie i utrzymać więź, niż naprawdę spotkać się z odrębnością drugiego człowieka. Między prawdziwą wolnością, a emocjonalnym dopasowaniem do oczekiwań otoczenia bywa ogromna różnica. Gdy utrzymanie więzi wymaga dopasowania się, własne potrzeby bardzo łatwo schodzą na dalszy plan.

Miłość warunkowa i nauka miłości bezwarunkowej

Właśnie tak działa miłość warunkowa: kocham cię, jeśli… jesteś spokojna, jeśli .. mnie nie ranisz swoją odrębnością, jeśli … nie komplikujesz mojego świata, jeśli …pozostajesz blisko w takiej formie, która jest dla mnie wygodna.

Dojrzewanie Demeter polega na uczeniu się miłości, która nie odbiera drugiej osobie prawa do bycia sobą. I nie chodzi o obojętność, lecz o taką formę kochania, w której nadal jest ciepło, opieka i obecność, ale nie ma już przymusu kontrolowania, prowadzenia i zatrzymywania. Być może właśnie na tym polega najgłębsza przemiana tego archetypu: przejść od miłości, która chce chronić za wszelką cenę, do miłości, która potrafi także pozwolić żyć.

Bycie życzliwym dla każdego, niezależnie od tego, kim jest i w jakim miejscu się znajduje – to mój cel. Co nie znaczy, że nie stawiam granic i nie jestem stanowcza. Te dwie rzeczy zupełnie się nie wykluczają.

Bycie życzliwym dla każdego, niezależnie od tego, kim jest i w jakim miejscu się znajduje — to mój cel. Co nie znaczy, że nie stawiam granic i nie jestem stanowcza. Te dwie rzeczy zupełnie się nie wykluczają.

W pewnej grupie, do której należę od siedmiu lat, miałam kiedyś poruszającą dyskusję na ten temat. Zauważyłam, że starzy członkowie powoli przestawali trzymać się kluczowych zasad, które wcześniej razem ustaliliśmy dla bezpieczeństwa całej wspólnoty. To był dla mnie ogromny szok. Wyglądało to jak traktowanie nowo przybyłych osób jak szklanych jajek – nadmierne osłanianie ich i nieświadomy powrót do starych, nadopiekuńczych mechanizmów.

Zasady i struktura, które stworzyliśmy, miały dawać bezpieczne ramy do realnego wzrostu; nie były po to by kogoś karać. Jedną z najważniejszych reguł było niedawanie rad, nieocenianie i mówienie wyłącznie o własnych odczuciach i doświadczeniach. W pewnym momencie nowe osoby stale naruszały te ramy, a ponieważ starzy członkowie z milczącej „pobłażliwości” nie zwracali na to uwagi, zjawisko tylko się pogłębiało. Chaos zaczął wypierać bezpieczeństwo.

Można – a wręcz trzeba – z głęboką życzliwością i szacunkiem przypominać o granicach i przestrzeganiu zasad. Życzliwość nigdy nie oznacza pobłażliwości ani przyzwolenia na przekraczanie ramy.

Można powiedzieć komuś z czystego serca: Widzę Twój ból i jestem tu z Tobą, ale w tej przestrzeni mówimy wyłącznie o sobie i swoim doświadczeniu – bo tylko tak możesz odzyskać swoją własną siłę. Prawdziwa życzliwość nie boi się prawdy, a jasne granice dają poczucie bezwzględnego bezpieczeństwa, którego wielu z nas w domu rodzinnym tak bardzo brakowało.

Miłość nie jest pragnieniem posiadania drugiej osoby, lecz radością z jej istnienia.

-Anthony de Mello

Stać się swoją dobrą matką

Gdy nasza wewnętrzna bogini przestaje być wyłącznie opiekunką innych, a staje się również opiekunką własnego wnętrza i zdrowia – rozpoczyna się uzdrowienie tego archetypu.

Demeter potrzebuje nauczyć się nowego rodzaju troski. Takiej, która pyta najpierw o siebie: czy naprawdę chcę się tym zająć, czy mam na to siłę, czas, przestrzeń, zasoby? Czy mogę poprosić kogoś o pomoc? To początek odzyskiwania wewnętrznej równowagi.

Podobnie dzieje się wtedy, gdy ktoś przekracza jej granice, rani ją lub przyzwyczaja się do tego, że ona zawsze wytrzyma więcej. Zdrowa Demeter nie przestaje być dobra, ale przestaje mylić dobroć z brakiem granic. Zaczyna rozumieć, że nikt nie ma prawa odbierać jej godności, spokoju ani życiowej energii, a aktem uzdrowienia bywa nie tylko rozpoznanie tej prawdy, lecz także odwaga, by ją wypowiedzieć. Powiedzieć w końcu co czuje.

Dojrzałość Demeter w moim odczuciu polega na tym, by przestała istnieć wyłącznie poprzez swoje funkcje.

Poznałam wiele osób z dominującym archetypem Demeter i wiele z nich naprawdę mnie inspiruje – zwłaszcza swoją konsekwencją, wytrwałością i zdolnością do działania mimo trudności. Warto brać z inspiracji Demeter to, co nam służy: zdrową troskę o drugą osobę, świadome dawanie, odpowiedzialność, cierpliwość i umiejętność tworzenia rzeczy trwałych.

Wpływ mamy tylko na siebie. Zmiany zaczynamy od siebie. Każda osoba, która naprawdę chce żyć w prawdzie, potrzebuje w pewnym momencie odważyć się zobaczyć siebie w całości; wraz ze swoim cieniem, uznać jego koszt i dojść do miejsca, w którym będzie autentycznie gotowa coś zmienić. Potrzebna jest do tego postawa Dorosłego: kogoś, kto chce współpracować z innymi na równych prawach, będzie pracować nad idealizowaniem (siebie lub/ innych), bez narzucania im swoich oczekiwań (bo pod tym często kryje się po prostu pycha).

Przemiana ma swoje własne tempo; może zacząć się jutro, a może nie nadejść nigdy. Ale to nie znaczy, że kogoś z tego powodu należy skreślać. Nie.

Dlatego niezależnie od tego, z czym przychodzi ktoś do mnie i na jakim etapie drogi jest – gdy staje przede mną drugi człowiek, najważniejsza jest dla mnie po prostu życzliwość, głęboka troska i autentyczna obecność. Jestem tylko człowiekiem, też mam swoje potknięcia i własne lekcje do przerobienia. Nie stoję wyżej od nikogo.

Dojrzała relacja i prawdziwe uzdrowienie wymagają jednak zaangażowania obu stron, budowania współpracy oraz stałej pracy nad otwartą komunikacją.

Możemy iść razem tylko wtedy, gdy oboje wybieramy dorosłość i akceptujemy siebie w pełni. Wybieramy prawdę i chęć usłyszenia siebie nawzajem.


Polecajka książkowa:

„Odkrywanie wewnętrznej matki” Webster

„Boginie w każdej z nas” Jean Shinoda Bolen

About The Author