Kategorie
Wyróżnione

Jedzenie emocjonalne- part 2 (brak ukojenia)

Ten tekst jest kontynuacją artykułu o jedzeniu emocjonalnym.
W części 1 (jest dostępna TU). opisałam, jak rozpoznawać głód emocjonalny oraz dlaczego sygnał “muszę coś zjeść” może być w rzeczywistości odpowiedzią układu nerwowego na stres, napięcie i brak regulacji.

W części 2 pokazuję mechanizm od środka: jak ciało migdałowate przejmuje ster, dlaczego “logika” nie działa w stanie alarmu, co robią neuroprzekaźniki (dopamina, endorfiny, GABA, serotonina), oraz jak w tym wszystkim pojawia się GLP-1 – hormon sytości, który łączy jelita, mózg i “food noise”.


Ucieczka od emocji: gdy jedzenie staje się schronieniem

Żyjemy w czasie, w którym mamy bardzo niską tolerancję na dyskomfort; zwłaszcza ten odczuwany w ciele. Nie lubimy napięcia w brzuchu, ucisku w klatce piersiowej, ścisku w gardle, pobudzenia, które nie ma “powodu”, ani emocji, które nie dają się szybko uporządkować. Kultura uczy nas, że trzeba być sprawnym, ogarniętym, produktywnym i logicznym. A to sprawia, że zamiast usiąść z tym, co trudne, próbujemy to jak najszybciej wyłączyć albo skontrolować. 

Wystarczy rozejrzeć się dookoła: “apteczki” pełne tabletek i suplementów na ból głowy, brzucha, napięcie, sen. Kawa na zmęczenie. Cukier na spadek nastroju. Alkohol na rozluźnienie. Ekran na samotność. I jedzenie – jako najszybszy, najłatwiej dostępny sposób na zmianę stanu wewnętrznego. Teraz pytanie nie brzmi: czemu to robimy? Tutaj – już wiem, że logika nie pomoże. Tylko: “przed czym tak naprawdę ucieka tak wielu z nas, że nasz układ nerwowy wybiera ulgę zamiast kontaktu ze sobą?”. 

Może odpowiedzią jest to, że wiele osób nadal żyje jak “grzeczna dziewczynka”: ma działać, nie przeszkadzać, nie czuć za dużo i nie potrzebować. A w świecie, w którym trzeba być ciągle sprawnym, nie ma miejsca na rozpad, smutek i regenerację – więc szukamy szybkiego znieczulenia? Do tego wiele z moich Klientek jest często w roli Ratownika innych, a wtedy ciało “ratuje” je po cichu – jedzeniem.

Z moich obserwacji, zazwyczaj problemem nie jest sama potrzeba ulgi. Problemem jest to, że wielu z nas nigdy nie nauczyło się, po co są emocje i odczucia cielesne. Że one są komunikatem, że mają cel: informują o granicach, potrzebach, przeciążeniu, żalu, złości, samotności, braku bezpieczeństwa. A my zamiast ten komunikat usłyszeć – zagłuszamy go pędem, szybkim rozwiązaniem, odcięciem się od siebie. 

I tu chcę nawiązać do czegoś, co bardzo łączy się z jedzeniem emocjonalnym.

Od jakiegoś czasu porusza mnie w gabinecie powtarzający się obraz: osoby, które w szafkach mają tysiące złotych wydane na kapsułki “na wszystko”, a mimo to nadal czują się źle i nie mogą znaleźć swojej drogi. Nie piszę tego, żeby kogokolwiek zawstydzić, czy wyśmiewać. Próbuję nazwać mechanizm- jako fakt. Bo czasem te kapsułki nie są już tylko suplementacją, a stają się formą regulacji “na zewnątrz” (np lęku). Takiej samej jak jedzenie emocjonalne – tylko społecznie bardziej akceptowalnej, lepiej opakowanej i podszytej poczuciem, że “robię coś dla siebie”. A jednak często dokładane są do tych samych, destrukcyjnych schematów:

Jest mi trudno → w ciele robi się chaos → nie umiem tego znieść → muszę natychmiast coś zrobić → szukam szybkiego rozwiązania.

To daje chwilową ulgę. Poczucie, że wracam do kontroli. Że “działam”. I wiele kobiet nosi w sobie ten program od dawna: ogarniać, radzić sobie, nie przeszkadzać, nie chorować, nie odpadać. Działać, działać, działać. Tylko że w tym oprogramowaniu nie ma miejsca na słuchanie ciała. Jest ciągłe naprawianie – siebie i często też innych.

I wtedy – czy to jedzenie, czy kapsułki – próbują zatkać ten sam deficyt: ukojenia, odpoczynku, bezpieczeństwa w ciele, relacji, wsparcia, prawa do słabości.

Suplementy bywają potrzebne, zwłaszcza u osób silnie rozregulowanych. Widzę to na co dzień, bo takie osoby głównie do mnie trafiają. One często potrzebują czasu, zanim wypracują nowe nawyki i wrócą do podstaw, które naprawdę stabilizują układ nerwowy. A ja słyszę: “Nie ma opcji, żebym miesiącami piła zioła”. Albo: “Poproszę suplementy, ale baza… no leży”. Odpoczynek? “Nie mam czasu”. Sen? “Kiedyś nadrobię”. Relacje? “Nie teraz”. Granice? “Nie umiem, bo wszyscy czegoś ode mnie chcą”.

I właśnie tu opowiadam mity greckie (są już artykuły o archetypie Ateny i Persefony), bo one są dla mnie pomocniczą mapą. Atena – ta część w nas, która wszystko ogarnia, planuje, trzyma fason i działa z głowy. Persefona – ta, która schodzi do cienia, bo w środku jest lęk, wstyd albo samotność i trzeba to jakoś przeżyć. A czasem Demeter – gdy w grę wchodzi macierzyństwo, nadopiekuńczość lub ratowanie innych: karmienie wszystkich dookoła, aż w końcu nie ma już zasobu dla siebie.

Tylko że nie ma kapsułki, która zastąpi sen, regulację stresu, relacje, granice i kontakt z ciałem. To jest fundament. A suplementacja ma sens dopiero wtedy, kiedy fundament jest budowany, a nie wtedy, kiedy ma go przykryć. Suplement może wesprzeć organizm, ale nie wykona za nas najważniejszej pracy: nauczenia się odpoczywać bez poczucia winy, stawiać granice bez lęku i wracać do siebie zamiast odcinać się bodźcem.

Piszę o tym, bo w ostatnim czasie widzę to coraz częściej; ten sam wzór wraca w różnych historiach, u różnych osób, jakby był znakiem naszych czasów. Większość osób nie pozwala sobie na przejście choroby w domu, pod kołdrą, no chyba, że już ich ciało odmówi posłuszeństwa i trafią na SOR. Zastanawiające, prawda? Wymagające uzdrowienia? Jesteśmy w tym świecie wszyscy, ale wpływ mamy tylko na siebie. Co najwyżej możemy innych inspirować swoimi czynami.

Gabor Maté często podkreśla, że uzależnienie (wszelkiej formy) nie jest pytaniem ‘dlaczego nałóg?’, tylko ‘dlaczego ból?’ – i że zachowania uzależnieniowe odsłaniają pęknięcia nie tylko w jednostce, ale też w środowisku i kulturze, w której żyjemy.

Scroll na znieczulenie

Kiedy uczymy się regulować życie przez “szybkie zewnętrzne rozwiązania”, to jedzenie emocjonalne, scroll, kawa, zakupoholizm, kolejne protokoły, diety cud – mogą stać się różnymi maskami tego samego wzoru. I dopiero gdy zaczynamy widzieć ten wzór, możemy go zmieniać (w swoim tempie): z kontroli na regulację, z przymusu na wybór, z ucieczki na kontakt ze sobą. Pęd robi swoje, a scroll działa jak znieczulenie. 

Social media są kolejnym “regulatorem”: krótkie bodźce, szybka dopamina, natychmiastowa zmiana nastroju. To jest temat, o którym pisałam już sporo w postach o uzależnieniu na Instagramie (po jednym z nich dostałam shadowbana. Ciekawe, prawda?). Mózg w stresie kocha takie rozwiązania, bo są szybkie, przewidywalne i nie wymagają kontaktu z tym, co trudne. Jedno przesunięcie palcem, jeden odcinek, jedna przekąska – i na moment napięcie spada. Problem w tym, że im częściej uczymy układ nerwowy ucieczki w natychmiastową nagrodę, tym trudniej potem wytrzymać w ciszy, w sobie i uczuciu. Coraz więcej osób mówi mi w gabinecie: “czuję, że coś jest nie tak, kiedy po prostu jestem sama ze sobą”. Jakby sama obecność ze sobą była czymś nie do zniesienia. I wtedy znów wracają do bodźca: social media, telewizja, ciągłe sprawdzanie telefonu, byle nie zostać sam na sam z własnym wnętrzem. Ale da się to zmienić. I ja mam na to dowody nie z teorii, tylko z życia. Jedna z moich klientek przykładowo, osoba z PTSD (równolegle w terapii psychologicznej i osteopatycznej), napisała mi ostatnio z radością: “Karola, zasnęłam sama, bez szumu telewizora”. Dla kogoś z boku to może brzmieć jak drobiazg. Dla układu nerwowego to jest ogromny krok: znak, że ciało zaczyna czuć bezpieczeństwo w ciszy.

Pamiętam jedną rozmowę, kiedy zaproponowałam klientce praktykę świadomego bycia w samotności, choćby w domu ze słuchawkami zdejmującymi szum (żyje w mieście koło lotniska, jest przebodźcowana, ale nie ma lęków, które są np przeciwskazaniem do komór deprywacyjnych/float). Sama byłam w zeszłym roku w maju na osamotnieniu w klasztorze, mój układ nerwowy za to mi podziękował, weszłam też w stan głębokiego odprężenia. Klientka odpowiedziała jednak, że nie ma takiej opcji. Bo ktoś może w domu zachorować. Bo ona nie lubi być sama. Bo nie wyobraża sobie odcięcia od telefonu, swojego IG i rodziny. I wiecie, to jest dla mnie zrozumiałe, ale mam masę świadectw, że stopniowo można z tego programu ma trix wyjść. To jest właśnie ten mechanizm: nie chodzi o brak czasu, tylko o brak poczucia bezpieczeństwa w ciszy. To jakby lęk, który natychmiast domaga się bodźca.

Widzicie, jak to się łączy? Jedzenie emocjonalne, scroll, perfekcjonizm, ratowanie innych, ciągłe działanie – często są różnymi wersjami tej samej strategii: nie czuć, nie zwolnić, nie zostać ze sobą. 

A kiedy do tego dochodzi jeszcze temat “słabości” ..o boziu, haha (mam do tego dystans, bo to też zawsze był mój problem) – i to, że każdy ma zupełnie inną definicję słabości w swoim słowniku – robi się jeszcze trudniej. Dla jednej osoby słabością jest płacz. Dla innej proszenie o pomoc. Dla kolejnej -odpoczynek. Dla wielu kobiet słabością bywa nawet chorowanie, odpuszczenie, powiedzenie “nie dam rady”.

Ja znam ten mechanizm bardzo dobrze. I właśnie dlatego naprawdę mnie nie dziwi, że powstał zawód psychodietetyka. Bo w pewnym momencie przestaje chodzić o to, co leży na talerzu. Zaczyna chodzić o to, co dzieje się pod spodem: o regulację układu nerwowego, o przekonania, o wstyd, o potrzebę kontroli, o głód ukojenia i o to, czy w ogóle umiemy być dla siebie człowiekiem, kiedy nie jesteśmy w formie.

Ja nie stosuję za często terapii szokowej w artykułach; na konsultacjach – jest już inaczej, ale tam jestem razem z drugą osobą i mogę ją współodczuwać. Tutaj wolę zostawiać “ziarenka” – czasem małe wglądy, czasem jedno zdanie, które na chwilę zatrzyma automatyzm. I jeśli to ziarenko trafi w odpowiedni moment, może zacząć kiełkować w swoim czasie. A potem, krok po kroku, każdy może wyhodować własne plony – z tego, co jest jego i w jego glebie naprawdę ma szansę urosnąć: nowe nawyki regulacji, większą tolerancję na emocje, zdolność bycia w ciszy bez ucieczki

Lecimy dalej

Tu warto zadać sobie kilka ważnych pytań, które mogą być pomocne i prowadzić do źródła mechanizmu:

Czego uczono mnie w dzieciństwie o emocjach i odczuciach z ciała?
Czy ktoś pomagał mi rozpoznawać sygnały z wnętrza i nazywać je słowami?
Czy twoje uczucia były wysłuchane i potwierdzane, czy raczej pomniejszane, zbywane albo zawstydzane?
Czy czułaś/czułeś się bezpiecznie, kiedy pojawiał się gniew, rozczarowanie, smutek?
Czy było miejsce na emocje, czy raczej była presja, by być dzielnym, spokojnym, grzecznym?

Bo jeśli w domu wyrażanie emocji nie było bezpieczne, układ nerwowy uczy się jednego: ucieczki. Dziecko przecież nie przestaje czuć, po prostu szuka sposobu, żeby nie czuć tak.. intensywnie. I wtedy pojawiają się strategie przetrwania: odcinanie się, rozpraszanie, uspokajanie się bodźcem.

U małych dzieci to często dzieje się w ciele: moczenie nocne, ssanie kciuka, bujanie się, kompulsywne skubanie, przywieranie. U starszych może przybierać formę huśtawek nastroju, wybuchów, zachowań ryzykownych, sięgania po substancje, ucieczki w ekran. U wielu z nas – w jedzenie. Zwłaszcza to łatwo dostępne, wysoko przetworzone, zaprojektowane tak, by maksymalnie “trafiać” w układ nagrody: słodko-słone, tłusto-chrupiące, z tym laboratoryjnie wycelowanym punktem, który daje natychmiastowy strzał ulgi.

Jedzenie emocjonalne 

Właśnie tak rodzi się jedzenie emocjonalne – jako wyuczony sposób na przeżycie dyskomfortu w ciele, którego jako dziecko nie dało się samemu unieść, bez pomocy dorosłych opiekunów. Większości z nas trudno jest tolerować emocje przez dłuższy czas. Zwłaszcza te “ciężkie” jak smutek, złość, lęk, samotność czy wstyd. Emocja można powiedzieć, że to ruch w ciele, zmiana w układzie nerwowym. A my często nie mamy zgody na ten ruch.

Zostaliśmy wychowani w kulturze, która premiuje kontrolę i bycie bio-robotem: szybkie przechodzenie do logiki, dystansowanie się, racjonalizowanie. Wiele osób ma świetnie wytrenowaną umiejętność myślenia o emocjach zamiast ich czucia. To pozornie daje przewagę: “nie przesadzam, ogarniam”, “jestem rozsądna”. Kiedy nie umiemy tolerować emocji, naturalnie szukamy czegoś, co zmieni stan wewnętrzny szybko. I to jest punkt, w którym jedzenie wchodzi jak lekarstwo: ma zadziałać natychmiast, ma odciąć, ma ukoić, ma odwrócić uwagę, ma dać przyjemność. A teraz zmień słowo ‘jedzenie’, na ‘suplement’, to zobaczysz – z czym się mierzę w gabinecie, bo takie prośby dostaję, po pytaniu “W czym potrzebujesz wsparcia?”, poproszę suplement na mój lęk i zdenerwowanie (nie żartuje, a czasem czuję się nawet jak Pani z apteki, gdy to słyszę). To jest ta sama logika układu nerwowego: jest mi niekomfortowo → potrzebuję ulgi natychmiast.

Czy to wynika z najstarszego „okablowania” przetrwania: jeśli jest dyskomfort, trzeba go zmniejszyć? Możliwe. W każdym razie mechanizm jest podobny – różni się tylko nośnik ulgi. Dla jednych będzie to jedzenie, dla innych scroll, dla innych praca, alkohol, zakupy, kolejne protokoły. A pod spodem często leży ta sama potrzeba: ukojenia, którego nikt nas nie nauczył dawać sobie od środka.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ta strategia staje się jedyną strategią.

Na szczęście w gabinecie taka odpowiedź rzadko jest “końcem rozmowy” – częściej bywa świetnym drogowskazem. Bo bardzo często prowadzi nas do kolejnych punktów biochemicznych i do równoległej prawdy: o przeciążeniu, o braku jakościowego snu, o rozchwianej glikemii, o niedojadaniu w dzień i nadrabianiu wieczorem. A równolegle: o braku granic, o życiu w alarmie, o niewypowiedzianych emocjach i o tym, że ciało od dawna próbuje coś powiedzieć, tylko nie było przestrzeni, żeby to usłyszeć.

Emocje nie znikają, kiedy je ignorujesz. One tylko schodzą głębiej

Emocje i odczucia cielesne są jak znaki drogowe. Wskazują kierunek naszych potrzeb: odpoczynku, granic, kontaktu, bezpieczeństwa, uznania, ruchu, bliskości. Jeśli je ignorujemy, wiadomka, nie znikają. Działają “za kulisami”, np. w napięciu mięśni, w ścisku w brzuchu, w bólu głowy, w bezsenności, w drażliwości, w kompulsywnych impulsach. 

Dlatego jedzenie emocjonalne często zaczyna się od sygnału, którego nie umiemy odczytać albo którego nie uznajemy za “ważny”. To jak ten zapracowany rodzic, do którego podchodziłeś jako dziecko z czymś baaaaaaardzo ale to bardzo bardzo istotnym; tak samo teraz ciało daje komunikat, a Ty odpowiadasz mu jak ten rodzic: “nie teraz”.

Tylko że ciało – tak jak dziecko – nie znika, kiedy je zbywasz. Ono wraca i w końcu staje się “przymusem”: “zrób coś natychmiast”. I wtedy łatwo pomylić tę pilność z głodem. I często w tym miejscu spotykam się z Klientami ..proszącymi o suplement.

Znaczenie dzieciństwa i wczesnej opieki: ale bez obwiniania

To nie jest tekst o oskarżaniu rodziców. Rodzicielstwo to jedna z najtrudniejszych ról na świecie, a opiekunowie sami często działają w ograniczeniach: przeciążenia, samotności, własnych ran, braku wsparcia, stresu finansowego, chorób. Łatwo ocenić kogoś, ale często nie znamy jego historii. Pracuje z ludźmi już ponad 15 lat, a jako dietetyk – ponad 10 lat. I jest to moja największa praktyka uczenia się miłości bezwarunkowej. 

Czasem ludzie kochają i mają dobre intencje, ale nie potrafią dać dziecku tego, czego sami nigdy nie dostali. Nawet najlepsi rodzice mogą nie dostrzec wszystkich potrzeb dziecka; mogą nie mieć złej woli, tylko działać z własnych ograniczeń, zmęczenia, braku zasobów, braku wzorca.

Coraz częściej myślę, że częścią naszej “lekcji” tu na ziemi może być właśnie to: nauczyć się dawać sobie to, czego kiedyś nie było. Z życzliwością, z czułością, ale też z odpowiedzialnością. Nauczyć się być dla siebie opiekunką, której zabrakło. Uczyć się dostrojenia do własnego ciała, emocji i granic – zamiast udowadniać, że nic nie potrzebuję. Oczywiście w tym wszystkim nie chodzi o to by przeskakiwać swój ból, odwrotnie – by wręcz go w końcu dojrzeć – ten ból ukryty w cieniu, często przykryty działaniem, kontrolą i “ogarnięciem” (pisałam o tym w artykule o Persefonie). Dojrzeć go, nazwać, oświetlić życzliwością. A potem leczyć. Powoli i realnie, tak jak leczy się tkanki: przez troskę, obecność, cierpliwość i powtarzalność.

Nic nie usprawiedliwi zaniedbań. Ale nie każdy miał emocjonalnie dojrzałych rodziców, wielu z nas jest DDA/DDD. I w pewnym momencie pojawia się wybór: nie nieść dalej tej samej rany, tylko poprosić o wsparcie w jej uleczeniu – zwłaszcza jeśli czujemy bezsilność i utknięcie. Jako osoba dorosła – masz już na to wpływ.

To jest też wybór, by przestać szukać ukojenia wyłącznie na zewnątrz – i zacząć budować je w sobie, krok po kroku, tak jak buduje się dom. Bez pośpiechu. Ale na fundamencie, który zostaje na całe życie. Kto wie, może niektóre osoby przyszły tu z misją uzdrowienia rodu, poprzez uzdrowienie siebie?

Regulacja w relacji

Warto jednak nazwać jedną prawdę: nasz mózg i układ nerwowy uczą się regulacji w relacji. Dziecko nie rodzi się z gotową umiejętnością uspokajania się. Jego spokój gruntuje dorosły poprzez ton głosu, dotyk, obecność, przewidywalność, cierpliwość. Tysiące małych interakcji tworzą w mózgu połączenia odpowiedzialne za samoregulację.

Gdy tego zabrakło (nawet bez przemocy, czasem “tylko” przez chaos, rozproszenie, brak czasu, emocjonalną niedostępność), ciało dziecka może nauczyć się żyć w napięciu. A napięcie zawsze domaga się ujścia, a wówczas w dorosłości często szukamy ukojenia na zewnątrz. Dochodzi do tego temat dezaprobaty rodzicielskiej- wspomniałam o tym w poprzednim artykule o Persefonie.

I obwinianie tutaj niczego nie naprawia. Rozumienie za to – daje mapę.

“Grzeczna dziewczynka”: adaptacja, która kosztuje ciało

Jeśli emocje spotykały się z krytyką, wyśmianiem, zawstydzeniem albo zniecierpliwieniem, dziecko szybko podejmuje decyzję adaptacyjną: “lepiej nie czuć za dużo”, “lepiej nie przeszkadzać”, “lepiej być wygodną i pożyteczną”. Tak powstaje “grzeczna dziewczynka” opisana również w artykule o Persefonie.

Grzeczna dziewczynka skanuje otoczenie, wyłapuje nastroje dorosłych, przewiduje, co trzeba zrobić, żeby było spokojnie. Jej spokój bywa jednak kupowany kosztem siebie: emocje schodzą do ciała, potrzeby idą w cień, napięcie rośnie i co więcej.. nie ma języka, żeby je wyrazić.

Jedzenie jest dostępne, przewidywalne, działa szybko- staje się regulatorem. Daje ukojenie, które kiedyś powinno przyjść przez relację z opiekunem.

Ciało migdałowate ..tego nie naprawisz logiką

Kiedy pojawia się silna potrzeba: ukojenia, odwrócenia uwagi, uciszenia myśli, zgaszenia wstydu albo napięcia w ciele – to często nie jest “zachcianka”- jak często się słyszy. To raczej sygnał alarmowy, bo w tym momencie ster przejmuje część mózgu, która nie dyskutuje z argumentami:). 

Ciało migdałowate działa jak centralny system alarmowy. Skanuje otoczenie i wnętrze w poszukiwaniu zagrożenia: krytyki, odrzucenia, konfliktu, przeciążenia, samotności. “Zagrożenie” wg ciała migdałowatego to np. stan wewnętrzny ciała: szybkie bicie serca, ścisk w brzuchu, napięcie w gardle, pobudzenie albo pustka. Jeśli uzna, że jest niebezpiecznie, uruchamia tryb przetrwania: walcz, uciekaj, zastygnij.

W trybie przetrwania mózg nie wybiera tego, co “mądre długoterminowo”, tylko to, co najszybciej obniża napięcie. Kiedy organizm odczytuje zagrożenie (zewnętrzne lub wewnętrzne: przeciążenie, konflikt, lęk, wstyd ..samotność), uruchamia się kaskada stresowa. Wzrasta aktywacja układu współczulnego i osi HPA, rosną poziomy noradrenaliny, dopaminy i kortyzolu. Te substancje są oczywiście po coś: mają zwiększyć czujność, zmobilizować ciało do działania, przygotować je do “walki/ucieczki/zamrożenia”. Tylko że w tym samym czasie zmieniają sposób działania mózgu.

Wysokie pobudzenie osłabia funkcje kory przedczołowej (PFC) – tej części mózgu, która odpowiada za tzw. kontrolę wykonawczą: planowanie, przewidywanie konsekwencji, pamięć roboczą, hamowanie impulsu i elastyczność myślenia. Nie chodzi o to, że “logika się wyłącza”, tylko że jej możliwości spadają w warunkach stresu, szczególnie gdy pobudzenie jest duże lub przewlekłe. W praktyce oznacza to mniej “hamulca” i mniej dostępu do strategii, które wymagają czasu, refleksji i tolerowania dyskomfortu (Arnsten, 2009Arnsten, 2015).

Równolegle rośnie wpływ szybszych systemów: układów limbicznych (w tym ciała migdałowatego, które – jak już wiemy- odpowiada za wykrywanie zagrożenia i nadawanie priorytetów emocjom) oraz obwodów nawykowych w jądrach podstawy. Mózg w stresie preferuje automatyzm: zachowania wyuczone i przewidywalne, które wcześniej przynosiły ulgę. To dlatego w stanie alarmu częściej wracamy do “sprawdzonych regulatorów”- scrollowania, palenia, alkoholu, kompulsywnego działania albo jedzenia. (Arnsten, 2009)

Jedzenie działa tu jak szybki lek, bo wysoko smakowite produkty  silnie aktywują układ nagrody. Dają natychmiastową zmianę stanu: na moment obniżają napięcie, dają wrażenie ukojenia lub “odcięcia” od trudnych emocji. To ulga krótkoterminowa, ale neurobiologicznie bardzo wzmacniająca: mózg zapamiętuje, że to zadziałało, więc następnym razem sięga po to szybciej. I właśnie tak powstaje pętla: stres → ulga → wzmocnienie nawyku → jeszcze większa podatność na ten sam regulator w kolejnym stresie.

Dlatego w tym stanie próby “rozwiązania problemu na logikę” często zawodzą. Bo w momencie alarmu zasoby kontroli wykonawczej są ograniczone, a pierwszeństwo przejmują mechanizmy nastawione na natychmiastowe obniżenie napięcia i przetrwanie.

Mikropraktyka 30 sekund: “zanim sięgnę”

Możemy regularnie uczyć się budować minimalną przestrzeń między bodźcem, a automatem. Za każdym razem, gdy przyjdzie chęć sięgnięcia po coś ..smakowitego.

Przykładowa lista, z której korzystam:

  1. Nazwij stan jednym słowem: lęk / wstyd / przeciążenie / samotność / złość / pustka
  2. Sprawdź ciało: gdzie to czujesz? brzuch, klatka, gardło, głowa?
  3. Może spróbuj odpowiedzieć na pytanie: czego teraz naprawdę potrzebuję: ukojenia, ciepła, odpoczynku, kontaktu, granicy?
  4. Jeśli nadal chcesz jeść – zjedz. Ale już nie w transie, tylko z wyborem.

Praktyka czyni mistrza, a budowanie nawyków – takich jak te – pomagają stopniowo odzyskać wewnętrzną sprawczość. 

W pewnym momencie naprawdę też warto poprosić o wsparcie specjalisty. Te mechanizmy często są starsze od nas, głębsze od samej diety i dużo łatwiej je rozplątać w relacji niż w samotnej walce. Dobra terapia, konsultacje psychodietetyczne albo praca z regulacją układu nerwowego pomagają zobaczyć, co uruchamia automat: jakie emocje, jakie sytuacje, jakie przekonania i jakie strategie przetrwania.

Jeśli miałabym podpowiedzieć jedno narzędzie, które bywa bardzo pomocne przy uzależnieniu od jedzenia i kompulsywnym jedzeniu, to są to grupy Anonimowych Jedzenioholików pracujące w oparciu o program 12 Kroków. Działają w całej Polsce (i na świecie), spotkania są bezpłatne, a największą wartością jest to, że nie jesteś z tym sam/a: możesz usłyszeć historie podobne do Twojej, dostać strukturę pracy i realne wsparcie grupy (mam takie poczucie, że przy uzależnieniach- praca w grupie przyspiesza zdrowienie). To oczywiście nie jest jedyna droga i nie dla każdego. U części osób najlepiej działa połączenie: grupa + terapia indywidualna (zwłaszcza gdy w tle jest trauma, zaburzenia lękowe/depresyjne albo epizody zaburzeń odżywiania). Ale jeśli czujesz, że jedzenie przejęło ster, a Ty masz już dość samotnej walki – warto spróbować sięgnąć po pomoc, która jest dostępna tu i teraz, 

.. uwaga na program “nie teraz” (prokrastynację względem siebie).

Neurochemia jedzenia emocjonalnego

Już wiemy, że jedzenie emocjonalne jest często próbą regulacji neurochemii: uspokojenia alarmu, podniesienia napędu albo znieczulenia bólu. Oto najważniejsze układy – będę pisać skrótowo, bo zapewne każdy je zna.

Dopamina (napęd i uczenie się nagrody)
Wzmacnia zachowania, które przyniosły ulgę lub przyjemność. W stresie mózg szybciej wybiera “sprawdzone” bodźce (słodkie/tłuste/chrupiące), bo dopamina uczy: “to działało wcześniej”..mniam mniam mniam mniam.

Endogenne opioidy/endorfiny (znieczulenie i ukojenie)
Łagodzą ból i napięcie. Dlatego jedzenie potrafi działać jak kołdra: przytępia stres, daje miękką ulgę, czasem odcina.

Serotonina (stabilność nastroju i poczucie dobrostanu)
Powiązana z jelitami i rytmem dobowym. Kiedy człowiek jest rozchwiany, podminowany, w niepokoju – często szuka odciążenia, które daje comfort food.

GABA (hamulec układu nerwowego)
Pomaga zwolnić. Przy niskim hamowaniu (stres, niedosypianie, przebodźcowanie) rośnie jednak napięcie i trudność w zatrzymaniu impulsu. 

Glutaminian (gaz i pobudzenie)
Potrzebny do uczenia się, ale gdy system jest stale na gazie, organizm szuka hamulca (GABA/ulga), często przez jedzenie.

Noradrenalina i oś stresu (czujność, alarm, przymus)
W przewlekłym stresie rośnie impulsywność i skłonność do kompulsji, bo mózg działa w trybie “szybko”, a nie zawsze: “mądrze”.

Wniosek: sama dyscyplina często nie wystarcza, bo problemem jest regulacja, nie sama w sobie wiedza. 

Ciało pamięta: AUN, interocepcja i chroniczny stres

Autonomiczny układ nerwowy działa jak skrzynia biegów: część współczulna to gaz (walcz/uciekaj), przywspółczulna to hamulec (regeneracja, trawienie, rozluźnienie).

Jeśli ktoś długo żył w napięciu (zwłaszcza od wczesnych lat), alarm odpala łatwiej i trudniej go wygasić. Wtedy rośnie potrzeba szybkiej ulgi. Jedzenie jest jedną z najszybszych dróg zmiany biegu.

Interocepcja to zdolność mózgu do odbierania i interpretowania sygnałów z wnętrza ciała: głodu, sytości, pragnienia, napięcia, bólu, kołatania serca, duszności, temperatury czy zmęczenia. To dzięki niej wiemy nie tylko co czuję, ale też co się dzieje we mnie. (nature.com)

I tutaj jest ważny punkt: wiele osób jest od tego odciętych. Gdy autonomiczny układ nerwowy zbyt często działa na gazie (tryb mobilizacji), ciało staje się tłem, a nie kompasem. Sygnały są ignorowane, minimalizowane albo zagłuszane bodźcem. Z czasem człowiek przestaje rozróżniać, czy to głód, czy lęk; czy to zmęczenie, czy adrenalina; czy to potrzeba odpoczynku, czy ..”muszę jeszcze dać radę”. Wtedy regulacja przenosi się na zewnątrz: jedzenie, ekran, kawa, ciągłe działanie.

Czyli w skrócie: AUN ustawia tryb (gaz/hamulec), a interocepcja mówi, co naprawdę dzieje się w środku. Jeśli jedno jest rozregulowane, a drugie przytłumione, łatwo o życie w automacie i o jedzenie emocjonalne jako najszybszy regulator. Na szczęście – można to zmienić, a komunikacja wewnętrzna z czasem zaczyna działać sprawniej, a my łatwiej i adekwatnie odczytujemy te sygnały i na nie odpowiadamy. 

Co robi hormon GLP-1 i dlaczego ma znaczenie w jedzeniu emocjonalnym

GLP-1 to nie tylko hormon od glikemii – wspominałam o nim w ostatnim artykule o insulinooporności. To jeden z najważniejszych biologicznych sygnałów sytości, który łączy jelita z mózgiem. Kiedy działa dobrze, ciało dostaje informację: “wystarczy”, a mózg wówczas może przestać krążyć wokół jedzenia.

Ja nazywam to food noise. To bardzo konkretne odczucia: natrętne myśli o jedzeniu, “ciągły szum” w tle, wysoka reaktywność na bodźce (zapach, obraz, reklama, stres, zmęczenie) oraz czasem poczucie, że jedzenie “woła” pomimo braku głodu.

Jak GLP-1 wpływa na “food noise”

GLP-1 działa jak biologiczny hamulec na kilku poziomach jednocześnie:

  1. Sytość w jelitach i żołądku
    GLP-1 spowalnia opróżnianie żołądka i wzmacnia sygnały poposiłkowe. Dzięki temu sytość jest bardziej stabilna, a “dojadanie” mniej natarczywe.
  2. Sytość w mózgu (oś jelito-mózg)
    Sygnał GLP-1 dociera do ośrodków kontrolujących apetyt. W uproszczeniu: mózg łatwiej uznaje, że jedzenia było dość, a temat może się domknąć
  3. Mniejsza reaktywność na bodźce
    Kiedy sygnał sytości jest czytelny, bodźce jedzeniowe (widok, zapach, myśl) mniej “hakują” (czy ..smyrają) układ nagrody. 

Dlatego w kontekście jedzenia emocjonalnego to ważne: jeżeli biologia sytości jest rozchwiana (nieregularne posiłki, duże wahania glikemii, przewlekły stres, niedosypianie, życie na kawie), łatwiej o stan, w którym mózg stale szuka ulgi i bodźca. 

Jeśli sytość jest biologicznie osłabiona, układ nerwowy ma więcej “szumu” i więcej wewnętrznego nacisku. Jak widać- to błędne koło, ale od strony zewnętrznej, biochemicznej- możemy tutaj skorzystać z dóbr natury- by się wesprzeć. Wzmacnianie naturalnych sygnałów sytości (w tym GLP-1) może więc być jednym z elementów wspierających drogę wychodzenia z jedzenia emocjonalnego, obok regulacji stresu, snu, relacji i uczenia się bycia z emocją bez ucieczki.

Naturalna regulacja GLP-1 jest możliwa. A jej fundamentem jest oś jelito-żółć-mikrobiota-układ nerwowy.

Co naturalnie wspiera GLP-1 

Kwasy żółciowe → receptory (TGR5) → więcej GLP-1
Dobra praca żółci wspiera sygnał sytości. Zastój żółci, SIBO, leki, chroniczny stres- mogą tę oś osłabiać.

Błonnik rozpuszczalny i SCFA (maślan) → więcej GLP-1
Mikrobiota fermentuje błonnik, powstają krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe (np. maślan), które wspierają komórki jelitowe i sygnały sytości.

Ruch po posiłku (10-15 min) → poprawa poposiłkowej regulacji
To prosta interwencja, która potrafi znacząco zmienić glikemię i sytość.

GLP-1, a powrót do prostoty

Tu chcę powiedzieć coś uczciwie i spokojnie: zioła i jedzenie mogą mieć realny wpływ na fizjologię sytości (GLP-1), stabilność glikemii i na to, jak głośno mózg domaga się bodźca. Mogą wspierać jelita, żółć, mikrobiotę, apetyt i rytm posiłków. Ale to zazwyczaj część pracy z jedzeniem emocjonalnym (jak zresztą nazwa wskazuje). Natomiast to też ważna część – do tego jakby manifestacja, że zaczynamy dbać o siebie, uczyć się na nowo słuchać. 

Bo jedzenie emocjonalne ma zwykle dwie warstwy:

  • warstwę biologiczną (glikemia, sytość, “szum” głodu, zmęczenie, niedojedzenie),
  • i warstwę regulacyjną (stres, brak ukojenia, mechanizmy przetrwania).

Zioła i dieta mogą pięknie uspokoić tę pierwszą warstwę i tym samym ułatwić pracę z drugą. Ale nie zastąpią fundamentu.

Baza: mój kompas, zanim pójdziemy w protokoły

Ja często mówię o bazie/domu, bo wierzę, że zawsze bezpieczniej jest błądzić, kiedy wiemy, gdzie jest nasz dom. Osobny wpis o bazie- czym dla mnie jest- jeszcze napiszę, ale dziś zróbmy jej prostą, grubą definicję:

Baza to rzeczy mądre i proste, znane od setek, a czasem tysięcy lat; takie, które regulują układ nerwowy i metabolizm codziennie, nawet jeśli nie robisz nic więcej. To jest ten fundament, który działa cicho, konsekwentnie. To jak siła wewnętrzna, która nie potrzebuje być głośna na zewnątrz, by wiedzieć, że ona po prostu w kimś jest. 

I czasem, kiedy mamy mętlik w głowie od chaosu informacyjnego (no tak, żyjemy w takim matri xie, to fakt), kiedy jeszcze nie mamy zaufania do siebie i do bycia w ciszy – warto zrobić coś przewrotnego: zamiast szukać kolejnego bodźca, sięgnąć do czegoś starego. Do książki zielarskiej sprzed kilkudziesięciu lat. Do prostych zasad, które nie reklamują się i nie obiecują cudów. Tam zwykle jest wszystko, czego potrzebujemy: rytm dnia, ciepło, jedzenie, sen, ruch, zioła gorzkie na trawienie, zioła łagodne na ukojenie, praca z naturą, księżycem i sezonem.

Paradoks polega na tym, że wiele osób dziś to już “WIE”. I właśnie dlatego szuka jeszcze więcej: więcej porad, więcej protokołów, więcej suplementów, więcej filmów, więcej postów. Bo WIĘCEJ daje chwilowe poczucie kontroli. A baza daje coś trudniejszego i prawdziwszego: powrót do siebie.

No ale już wiecie, że logiką się nie uzdrawia.

“WIEM”

Jest jedno słowo, które potrafi zrobić w głowie zatrzaśnięcie. Takie ciche: klik- klik (zamknięte). To słowo to: WIEM.

“Wiem, że trzeba spać”
“Przecież wiem, że regularność jest ważna”

“WIEM, słyszałam, ale to nie dla mnie, nie mam czasu na to”

WIEM brzmi jak rozsądek, ale bywa też mechanizmem obronnym. Daje natychmiastowe poczucie kontroli, a jednocześnie zamyka temat. Bo jeśli ‘wiem’, to nie muszę już słuchać, czuć, sprawdzać, co naprawdę działa u mnie. 

…Nie muszę wracać do podstaw.

WIEM potrafi odcinać i od nowego, i od starego. Od nowego – bo nie dopuszcza ciekawości i eksperymentu. Od starego- bo nie pozwala wrócić do mądrości prostych rzeczy, które znamy od dawna, ale których nie praktykujemy.

W pracy z jedzeniem emocjonalnym to jest kluczowe: sama wiedza rzadko zmienia zachowanie- jak wspominałam. Zmienia je dopiero doświadczenie, powtarzalność, małe rytuały. Innymi słowami: ciało, które dostaje dowód, że jest bezpiecznie.

Czasem to dla mnie sygnał – brak zaufania do innych/kobiety (mechanizm obronny), bo chęć współpracy to: oo ciekawe, sprawdzę, spróbuję, 
“wrócę do bazy na 2 tygodnie i zobaczę, jak reaguje moje ciało”. 

To jest też pokora, która leczy. Sama jak miałam 25-30 lat miałam poczucie, że wszystko wiem najlepiej:). Teraz się uśmiecham na to wspomnienie i jestem wdzięczna mentorce za cierpliwość do mnie, bo jak Wam pisałam, że archetyp Ateny był we mnie silnym aspektem; byłam bardzo w głowie i analizie, nauce. Ale, gdy przestajesz udowadniać wszystkim, że wiesz, tak naprawdę zaczynasz być w relacji ze sobą. 

BAZA

1) Sen
Nie ma terapii głodu i sytości bez snu. Dobry sen to też unormowany hormon sytości, to tolerancja na emocje, to naprawa układu nagrody. Jeśli śpisz źle, lub naświetlasz się niebieskim światłem – to może mieć to wpływ na Twoją gospodarkę hormonalną i układ nerwowy. Jeśli Twoja praca tego wymaga na ten moment, by pracować po zachodzie słońca przy monitorze, kup z czasem okulary blokujące niebieskie światło np. eyeshield od Sebastiana. Ale to już dodatek do bazy; ale też odpowiedź na nasze czasy i inny tryb życia, którego zmiany nie zawsze są możliwe od razu. 

2) Regularność jedzenia
Przy jedzeniu emocjonalnym rozwiązaniem nie są modne diety. Tutaj warto postawić w pierwszej kolejności na regularność. GLP-1, insulina i sytość lubią rytm.

3) Nawodnienie (prawdziwe, nie kawa)
Dzisiaj wiele kobiet praktycznie nie pije wody poza litrami kawy. A odwodnienie potrafi udawać głód, podkręcać napięcie i zmęczenie. Zacznij od tego, co banalne: woda + szczypta soli/elektrolity, jeśli trzeba.

4) Gęstość odżywcza
Jedzenie, które karmi, a nie tylko zapycha. Produkty, które rosną na drzewie albo w ziemi. Warzywa i owoce sezonowe, dobre białko, tłuszcze, minerały. Posiłki, po których ciało ma informację: jest bezpiecznie, dostałam paliwo. Zatroszczyłam się o siebie.

5) Ciepło i prostota
Talerz zupy ugotowany z miłością. Ciepły posiłek, który rozlewa ciepło po całym ciele. Kiszonki, kiełki, warzywa z własnego ogrodu albo od rolnika (aplikacja Food Farmer), z kooperatywy, z mądrych źródeł. Jedzenie przygotowane z miłością, bez perfekcjonizmu. W zaufaniu, że nasz organizm jest niesamowity, będąc częścią natury. Czasem myślę, że ugotowana z troski zupa w domu może być bardziej odżywcza niż niejeden suplement. 

To są fundamenty. Proste, ale nie zawsze łatwe. I często właśnie do nich trzeba wrócić. 

Lęk o jedzenie

Widzę, że dziś w temacie jakości żywności jest dużo strachu: pestycydy, dodatki, zubożenie gleby, etykiety, “czystość”, “toksyczność”. Świadomość różnych zjawisk jest okej, na szczęście mamy wybór. Oczywiście, staram się wybierać mądrzej i zdroworozsądkowo. Szukam lepszych źródeł, wspieram lokalnych rolników, korzystam z tego, co mam dostępne. Ale nie wierzę w życie, w którym jedzenie ma być polem walki i nieustannej czujności. 

Moja praca bardzo mnie tego nauczyła, bo czasem trafiają do mnie osoby, które wchodzą w grę totalnej kontroli: czytanie każdej etykiety, analizowanie każdego składnika, lęk przed “złym” jedzeniem, poczucie winy po najmniejszym odstępstwie. Tutaj też wkrada się znów temat suplementacji- bo dla wielu osób to już jest jedzenie, stąd dziś go przywołuje. To już nie jest w moim odczuciu zdrowie. A stres i perfekcjonizm potrafi zrobić z ciała większy chaos niż niedoskonały obiad. 

I ja mówię to z troską: w pewnym momencie ta kontrola zaczyna przypominać ortoreksję- relację z jedzeniem, która wygląda jak dbanie o zdrowie, ale tak naprawdę jest napędzana lękiem. I tu się powtórzę, moja zasada brzmi: nie podejmować decyzji z lęku. Ale mi też zajęło trochę czasu, zanim zrozumiałam parę lat temu, że ciało potrzebuje głównie: regularności, ciepła, gęstości odżywczej i spokoju.

I jeszcze jedna rzecz: wiele problemów nie zaczyna się w dniu, w którym pojawia się pierwszy objaw. W medycynie chińskiej często mówi się o tym, że to, co widzimy na powierzchni, jest finałem procesu, który toczył się dużo wcześniej – mówi się, że minimum 90 dni przed pierwszym objawem. Do tego dochodzą zastoje w przepływie emocji; jak pisałam wcześniej – jakby program tworzył lęk przed ruchem tej emocji.

I dlatego tak często wracam do prostoty.

Moje wybory życiowe, które obserwujecie u mnie na Instagramie, są ukierunkowane na prostotę. To nie znaczy, że żyję jak .. Amisz. Prosto u mnie oznacza: blisko, prawdziwie, do utrzymania w odpowiedzialności, w trosce o drugą duszę.

Dla mnie prostota to to, że wstaję i idę do kur robić swoje rytuały. To też dyna psyk, o którym pisałam w artykule Myśli mają moc. To gotowanie dla bliskich i moich zwierzaków, ale też wspólne chwile. Praca z ludźmi w realu, bycie z nimi tu i teraz, słuchanie ich potrzeb. Trzymanie relacji z sąsiadami. To też moje własne jajka z soczysto-żółtym żółtkiem, warzywa- które rosną od ziarenka w permakulturowym duchu, czasem coś od sąsiadki kupimy- zazwyczaj twaróg, masło i słomę dla kur. Czasem na wsi kupimy mięso, a jak nie, to kupujemy w sklepie. I nie robię z tego dramatu. Cenniejsze jest dla mnie bycie i życie w uważności, szukanie swojego środka, niż skrajne podejście do tematu jedzenia. 

I jeszcze jedno: myśli mają moc. Jeśli karmisz się przekazem, że świat jest skażony, jedzenie jest niebezpieczne, a Ty musisz wszystko kontrolować, to układ nerwowy zaczyna żyć w alarmie. A my już wiemy, że alarm nie sprzyja trzeźwieniu z kompulsji i uzależnień – bo wtedy nie ma miejsca na ciekawość, regulację i realny wybór. Jest już tylko przymus. Żyjemy w świecie radykalnych narracji. Czuję to mocno. I wiem, że w takim hałasie trudno usłyszeć siebie: własny głód, własną sytość, własne “tak i nie”. Czasem naprawdę najprostsza interwencja jest najskuteczniejsza: kliknąć OFF w aplikacji, odłożyć telefon, zrobić sobie ciszę. To dla mnie pójście w stronę siebie. Nie trzeba się też obrażać na nowy świat, ale czasem odcięcie się od tego, wobec czego czujemy się bezsilni, będzie dobrym krokiem, zanim przyjdzie równowaga.

Moje przejście na bloga też jest formą odpoczynku od Instagrama. On bardzo się zmienił – chyba razem z “potrzebami” ludzi; potrzebami szybkich bodźców, natychmiastowych reakcji, krótkiej ulgi. A ja chcę tworzyć przestrzeń, w której można zwolnić i wrócić do siebie. Na Instagramie jest dziś inny język komunikacji. To nie jest już przestrzeń, która naturalnie sprzyja ciszy, pogłębieniu i złożoności. To jest walka o uwagę: krótkie bodźce, szybkie emocje, natychmiastowa nagroda. I ja to rozumiem – takie są mechanizmy platformy, też z niej jeszcze korzystam. Ale właśnie dlatego coraz bardziej cenię miejsca, w których można mówić wolniej, pełniej i prawdziwiej. 

Mi na ten moment najbardziej pomaga droga środka: zioła, baza zamiast obsesji wiedzy i nowości, i ruch: w dół i w głąb.

W dół, czyli do ciała: do oddechu, snu, jedzenia, rytmu dnia, prostych rytuałów.
W głąb, czyli do prawdy o sobie: co jest moje, co jest cudzym lękiem; co jest hałasem, a co jest sygnałem.

Ziołowe wsparcie- na dobry początek

Jeśli baza już jest chociaż w budowie, wtedy zioła mogą być pięknym wsparciem. W kontekście GLP-1 często działają pośrednio: przez wsparcie trawienia, żółci, sytości i poposiłkowej stabilizacji.

1. Napar – przepis

Skład;

  • dziurawiec (ziele) 1 część (a dla osób przyjmujących leki, czy mające przeciwskazania do dziurawca- zamiennik: owoc kopru) 
  • krwawnik (ziele) 1 część
  • mniszek (korzeń lub ziele) 1 część
  • melisa 1 część (dla łagodności i nerwu błędnego)

Przygotowanie

  • 1 łyżka mieszanki na 300 ml gorącej wody
  • gotować w garnku do zawrzenia i po tym jeszcze ok 5 minut, pod przykryciem
  • pić 1-2 razy dziennie: 15-20 min przed większym posiłkiem (np. obiadem i/lub kolacją)

Działanie

  • gorzkie + żółciopędne: wspierają wydzielanie żółci i trawienie
  • krwawnik i mniszek: klasyka na żółć i dyspepsję
  • melisa: uspokaja napięcie w brzuchu i wspiera trawienie

Ważne przeciwwskazania 

  • Dziurawiec: nie łącz przy stałych lekach (zwłaszcza antykoncepcja hormonalna, leki psychiatryczne, przeciwpadaczkowe, immunosupresyjne i wiele innych) – ma liczne interakcje.
  • Żółciopędne (mniszek/krwawnik + gorzkie): ostrożnie przy kamicy i silnych kolkach żółciowych; przy nasilonych objawach lepiej konsultacja. Gdy stan zapalny żołądka- można zrezygnować z mniszka; obserwacja i po posiłku raczej

2.Kozieradka

  • 1 łyżeczka nasion dziennie przez kilka dni
  • potem 1 łyżeczka 2x dziennie

Jak:

  • można zmielić i dodać do jogurtu/owsianki/warzywnej zupy
  • albo zalać wieczorem wodą (moczenie), rano wypić wodę i zjeść nasiona

3.Gymnema 

Gymnema jest bardziej celowana w apetyt na słodkie i odpowiedź glikemiczną. 

Najczęstsza praktyczna forma: ekstrakt w kapsułkach- zwykle 200 -400 mg ekstraktu 1-2x dziennie lub liście. Obie formy znajdziecie w magicznyogrod.pl (mam tu kod rabatowy: kocieda6) 

Napar i wsparcie powyższych roślin ma być sygnałem dla układu nerwowego: zwalniamy, trawimy, wracamy do siebie. Jest to swoisty rytuał dla ciała, żeby wesprzeć ciało w regulacji, kiedy uczysz się nie uciekać.

Lista kontrolna: czy Twoje jedzenie ma komponent emocjonalny

Jeśli rozpoznajesz w sobie kilka z poniższych punktów, Twoje jedzenie prawdopodobnie ma komponent emocjonalny.

Możesz zaznaczyć te stwierdzenia, które pasują do Ciebie:

A. Jedzenie jako ukojenie i znieczulenie

  • Sięgam po jedzenie, kiedy czuję napięcie, niepokój albo wewnętrzny chaos.
  • Jem, żeby uciszyć trudne emocje (złość, smutek, bezradność, wstyd, samotność).
  • Jedzenie pomaga mi, kiedy czuję pobudzenie w ciele (ścisk, spięcie, gonitwę myśli).
  • Jem, żeby “przestać czuć” albo żeby nie myśleć.
  • Właściwie to nawet nie wiem co jem, co jadłam wczoraj i po co.

B. Jedzenie jako nagroda i bodziec

  • Jem, bo chcę poczuć coś przyjemnego, kiedy dzień był trudny albo monotonny.
  • Jedzenie jest dla mnie formą nagrody albo “chwili tylko dla mnie”.

C. Jedzenie jako wypełnianie pustki

  • Jem, kiedy czuję pustkę, odrętwienie albo brak sensu.
  • Jem, kiedy mam wrażenie, że nie dostaję w życiu tego, czego potrzebuję.

D. Jedzenie jako kontrola i bunt

  • Jem, żeby odzyskać poczucie kontroli, kiedy wszystko inne wymyka mi się z rąk.
  • Jem na przekór: zasadom, oczekiwaniom, presji.
  • Jem, żeby się ukarać.
  • Po jedzeniu – czuję poczucie winy

E. Jedzenie jako tarcza

  • Sytość daje mi poczucie bezpieczeństwa.
  • Skupienie na wadze i jedzeniu odciąga mnie od innych ważnych spraw.

F. Jedzenie jako ucieczka od działania

  • Jem, gdy jestem przeciążona, sparaliżowana albo odkładam rzeczy na później.
  • Po jedzeniu czuję chwilową ulgę, a potem wraca wstyd albo ciężkość.
  • Jem na koniec dnia, bo odpuszcza napięcie, ale wtedy mogę zjeść konia z kopytami, wpadną też chipsy, czekolada, kieliszek wina. Dla tej chwili żyję. A później znów wracam do “życia”.

Im więcej zaznaczeń, tym bardziej jedzenie pełni funkcję regulacji. I tym bardziej w pracy liczy się: regulacja układu nerwowego + stabilizacja fizjologii + budowanie wewnętrznej opiekunki, zamiast kolejnych zakazów.

Na koniec

Jedzenie emocjonalne rzadko jest “słabością”. Częściej jest strategią przetrwania: próbą regulacji alarmu, bólu, pustki, przeciążenia, braku ukojenia. Wstyd tylko dokłada napięcia, a napięcie karmi kompulsję.

Punkt zwrotny to często zwolnienie, odpuszczenie, powrót do prostoty, do bazy. 

I tu jest dobra wiadomość: mózg jest plastyczny. Neuroplastyczność oznacza, że przez całe życie tworzymy i wzmacniamy połączenia neuronalne na podstawie tego, co powtarzamy – myśli, reakcji, nawyków, sposobów regulacji. Układ nerwowy uczy się tego, co działa najszybciej, dlatego strategie przetrwania tak łatwo się utrwalają: bodziec → napięcie → ulga → wzmocnienie.

Jeśli w dzieciństwie emocje nie były bezpieczne, mózg mógł nauczyć się ucieczki: w działanie, w kontrolę, w jedzenie, w bodziec, w bycie “grzeczną” i niewidzialną. To nie znika w dorosłości, bo to nie jest “cecha charakteru”, tylko wydeptana ścieżka w układzie nerwowym.

Ale neuroplastyczność działa w dwie strony. Skoro ścieżka została wydeptana, można zacząć deptać nową, przez powtarzalne mikrodecyzje, które tworzą nowy odruch: pauza zamiast automatu, kontakt z ciałem zamiast odcięcia, regulacja zamiast ucieczki. Na początku to bywa sztuczne i trudne, bo stara ścieżka jest autostradą. Nowa jest ścieżką w trawie. Ale każda powtórka ją poszerza.

Dlatego ta praca nie polega na tym, żeby nigdy nie uciec. Polega na tym, żeby coraz częściej wracać. I z czasem zauważyć, że ulga nie musi przychodzić z zewnątrz. Może powstawać w środku.

To jest sedno tej pracy: nauczyć się sytości w sobie, w ciele bez alarmu. To moment, w którym ciało czuje bezpieczeństwo, więc nie musi domagać się natychmiastowej ulgi. Ale daj sobie na to czas, a często trzeba zacząć od praktyki odpuszczania i powrotu do prostoty.

..będzie część 3 , o miłości

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *