Kategorie
Wyróżnione

Zejście Persefony do podziemia. Post dla dawnych „grzecznych dziewczynek”, które chcą odnaleźć siebie

czyli o Archetypie Persefony oraz zintegrowaniu cienia

Dedykuję ten tekst kobietom, które latami potrafiły zapominać o sobie i swoich podstawowych potrzebach, tj głód, zmęczenie, czułość czy odpoczynek. Tym, które były bardzo długo dzielne; tak bardzo, że w którymś momencie rozpadło się zdrowie. „Grzecznym dziewczynkom”, które miały czerwone paski, podporządkowały się „mamusi”i „tatusiowi”, a których ciało dziś mówi za nie, bo ich własny głos dłuuugo był tłumiony.

To artykuł, który wyrósł z dwóch tematów (z mojego instagrama): grzecznej dziewczynki i integracji cienia. Rozbudowałam je, bo czuję, że mit Persefony może być mapą dla wielu z nas.

Zacznijmy od opowieści

Dawno, dawno temu, gdy bogowie spacerowali po ziemi, żyła matka -Demeter – bogini plonów, opieki i urodzaju. Jej córka, Kora, była niewinną, delikatną dziewczynką, grzeczną i zawsze przy matce. Żyła w świecie kwiatów i ziół, nie znała głodu ani bólu. Demeter kochała ją miłością wielką, ale.. jak to już pewnie się domyślacie – lękową, nadopiekuńczą. Miłością, którą współcześnie nazwano by – miłością typu „zostań blisko”, „świat jest niebezpieczny”, „ja wiem lepiej”, dlatego rób jak mówię. Innymi słowy miłość niby chroniąca, a jednak trudno przy niej stać się dorosłym człowiekiem.

Były miejsca, do których Kora nie mogła iść. I były też inne zakazy, np matka Demeter zakazała jej zrywać .. kwiat narcyza. Choć narcyz, wiadomo, był piękny, intensywny, hipnotyzujący i jak większość osób pewnie się domyśla, jest symbolem ego, indywidualności, spojrzenia na siebie jako na „odrębną istotę„.

Zakaz wynikał z lęku przed odejściem córki. Bo co jeśli spojrzy na siebie i zechce odejść? I matka nie będzie miała dalej kontroli nad nią?
Jeśli poczuje własne pragnienie – może przestać być „córeczką mamusi”. Jeśli zerwie narcyza – świat, który określiła sobie Demeter – przestanie być kompletny.

W tej bajce Kora jest jakby przedłużeniem Demeter (to w realu: relacja matka – córka, gdzie matka często kieruje córką w kierunkach, w których sama się nie zrealizowała; nazywana jest niekiedy „przyjaciółką”, a gdy córka od młodych lat zwierzała się jej- to jej świat budował się mocno wg przekonań i widzenia świata matki).

A jednak… Pewnego dnia Kora zobaczyła kwiat narcyza. Zaciekawiona (życiem), wyciągnęła rękę by go zerwać. Jak to bywa w mitologii, ziemia zadrżała i rozstąpiła się pod jej stopami. Z czeluści wyłonił się.. Hades- bóg Podziemia, mroku (rozpracujemy od razu tą symbolikę: reprezentant tego, co wyparte i niewypowiedziane).
Porwał ją do swojego królestwa; bez jej zgody. Niestety w mitologii mamy kilka kobiet, którym przekraczano granice i Korą Persefona należy właśnie do nich, razem z Demeter i Hestią.

Zobaczcie, mamy tu sytuację, jakby dziewczyna trochę została przekazana z rąk do rąk (!). Od matki do faceta. Nikt nie pytał ją o zdanie. Kojarzycie takie zabawki: lalki szmaciane, które leżą tylko na półce albo ziemi, nie zginają nóżek i rączek, i tak czekają aż ktoś je podniesie pobawi się i odłoży je gdzieś. To – trochę przypomina początkowy los grzecznej dziewczynki. Współuzależnionej od innych i ich opinii co jest dobre a co nie. Co będę dziś robiła? Kim będę? Co odpowiada mamusi?

Okropne? Ale to historia wcale nie małej ilości kobiet w patriarchacie. Serio. Tylko warto to na spokojnie przetrawić, rozpoznać ten aspekt. Polecam też tutaj książkę, z której czerpałam wiedzę jungowską – „Podróż bohaterki” z księgarni Raven.

Tu mamy los jakby nie z własnej decyzji – to kluczowy wątek początku inicjacji, który warto rozpoznać w sobie.

Więc.. Hades porywa biedną Korę, a Demeter z bólu utraty córki – wściekła i przerażona, zatrzymuje na Ziemi wzrost roślin, plonów, wszystko usycha i nastaje wieczna zima. Świat zamarł – jak ona- bo po prostu matka nie potrafiła puścić córki.

A co jeśli było to potrzebne, by w ogóle wyrwać się od matki spod klosza? Nawet taką ceną, którą ponosi bardzo wiele kobiet według opowieści z konsultacji? W Podziemiu Kora Persefona o dziwo zaczęła się zmieniać. Poznała co to głód, tęsknota, samotność. Poznała swoją moc, seksualność, granice. Od tej pory stała się Persefoną. Nie była już dziewczynką, ani tylko córką. Narodziła się Królowa Podziemia, która poznała oba światy: światło i mrok. To ważne i symboliczne. Inicjacja, symboliczne zejście do podziemia okazuje się poznaniem pełni siebie. Od tej pory Persefona wracała do matki tylko na część roku, a wówczas na Ziemi pojawiały się plony i zieleń. Tak powstały pory roku wg mitologii.
Resztę czasu- spędzała żyjąc swoim życiem.

Dlatego w Eleuzyńskich Misteriach (jednym z najważniejszych rytuałów religijnych Grecji) Demeter i Persefona były symbolem odrodzenia, przejścia przez ciemność , nadzieję na „ciąg dalszy” po utracie. W tej historii zstąpienie do Podziemi nigdy nie jest końcem. Jest częścią cyklu.


Tak zaczyna się mit, który symbolicznie pokazuje historię części kobiet w Polsce – i który dziś chcę Ci opowiedzieć. Znam wiele takich kobiet, a sama również byłam TĄ przykładną „grzeczną dziewczynką” wygrywającą konkursy z czerwonymi paskami. Przykładna starsza siostra, która musiała być .. „idealna” i można było się nią pochwalić przed innymi. To jeden z moich aspektów, które odkryłam pare lat temu i uzdrawiam. Dużo fajniej jest być sobą ze wszystkimi swoimi nawet -na początku wydającymi się – dziwnymi cechami, niż tą, która spełnia oczekiwania innych :). Droga Persefony to właśnie droga poznania siebie prawdziwej. Tzw. zrzucanie masek przybranych dla innych, by odkryć kim naprawdę jestem. Dla mężczyzn (dla kobiet zresztą też) polecam rownież książkę Campbella Podróż bohatera.

Dezaprobata rodzicielska i narodziny „grzecznej dziewczynki”

Zanim opowiem więcej o Persefonie, chcę nazwać coś, co bardzo często jest pierwszym progiem tej historii, chociaż rzadko mówimy o tym wprost.

Dziecko buduje obraz siebie w relacji, a nie w próżni, dlatego emocje rodziców i opiekunów potrafią być przeżywane przez dziecko tak, jakby były jego własnymi, zwłaszcza wtedy, gdy jest małe i całkowicie zależne od dorosłych. Jeśli w domu występuje napięcie, nieprzewidywalność, lęk, wstyd, tłumiona złość albo wieczne „trzeba”, dziecko nie ma jeszcze narzędzi, by rozpoznać, że to są emocje dorosłych, których źródło leży w ich historii, przeciążeniu czy braku regulacji. Dziecko przeżywa to totalnie inaczej; on nie rozumie, że: „rodzic ma trudność”, tylko często odczytuje to jako sygnał o tym, czy ono jest bezpieczne w więzi.

W tym miejscu pojawia się temat aprobaty, bo dla dziecka aprobata nie jest sprawą wizerunku czy ambicji, tylko sprawą przetrwania. Dziecko potrzebuje pożywienia i opieki, ale równie mocno potrzebuje sygnału, że jest przyjmowane, widziane i akceptowane takie, jakie po prostu jest. Kiedy ten sygnał jest chwiejny albo pojawia się głównie wtedy, gdy dziecko zachowuje się w określony sposób, zaczyna uczyć się miłości warunkowej. Uczy się tego, że na czułość, spokój i zainteresowanie trzeba zasłużyć, a ceną za bycie sobą może być: chłód, krytyka, zawstydzanie albo bierna przemoc w postaci milczenia.

I wtedy właśnie zaczyna budować się „JA przetrwania”, które nazywam tu potocznie „grzeczną dziewczynką” (u kobiet). Dziecko, które doświadcza dezaprobaty, często nie widzi opłacalności bycia głośnym, agresywnym; dużo częściej uczy się przewidywać oczekiwania, uczy się być miłe i jak nie sprawiać kłopotu. Uczy się zgadywać nastroje, czy kontrolować emocje. Uczy się również, przy okazji, wstydzić się potrzeb albo rezygnować z własnej spontaniczności, bo niestety ta dziecięca, radosna spontaniczność bywała karana. W praktyce może to oznaczać, że dziecko zaczyna czuć, że jest kochane nie za to, kim jest naprawdę, tylko za to, jak dobrze potrafi się dopasować. A najgorsze to słyszeć jeszcze, że się jest nader dorosłym.. mając 5 czy 6 lat.

W wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ten mechanizm utrwala się wyjątkowo mocno, ponieważ w tym czasie dziecko tworzy podstawowe schematy na temat siebie, relacji i świata, a negatywne osądy dorosłych przyjmuje jak niepodważalne prawdy.

Jeśli słyszy, że jest „zbyt wrażliwe”, „zbyt głośne”, „trudne”, „niegrzeczne”, „leniwe”, „nie takie”, „znowu ryczysz”, albo jeśli doświadcza zawstydzania i porównywania, to nie filtruje tego jak dorosły, który potrafi oddzielić opinię od faktu. Dziecko buduje z tego samoocenę, a później dokłada do niej kolejne przekonania, które wyglądają jak jego charakter, chociaż często są jedynie wdrukowanym sposobem adaptacji. Stąd biorą się zdania, które człowiek powtarza potem latami, jakby były obiektywną prawdą: że nie ma uzdolnień, że nie może popełniać błędów, że musi się starać bardziej niż inni, że nie ma prawa prosić, że nie wypada odmawiać.

Jeśli dezaprobata była codziennością, organizm dziecka zwykle wybiera jeden z dwóch stylów przetrwania, chociaż te style czasem się mieszają. Jedne dzieci uczą się uległości i dopasowania, bo wierzą, że dzięki temu utrzymają więź i unikną kary, więc później w dorosłości mogą mieć trudność z granicami, mogą przepraszać za swoje potrzeby, brać na siebie zbyt wiele i uzależniać się od oceny innych, a nawet całkowicie uzależniać się od ..innych osób. Często początkowo wybierają też partnerów na wzór relacji z domu. Przynajmniej tak to wynika z opowieści moich Klientek, które nie rzadko są już w swojej drodze terapeutycznej poznawania siebie.

Inne dzieci wybierają bunt, ponieważ zauważają, że grzeczność i tak nie zapewnia bezpieczeństwa, więc zaczynają przyciągać uwagę oporem, prowokacją albo ryzykiem, a w dorosłości może to skutkować impulsywnością, trudnością w utrzymaniu stabilnych relacji i poczuciem, że życie składa się z ciągłych starć.

Niezależnie jednak od tego, czy dominuje uległość czy bunt, w obu przypadkach rdzeń pozostaje ten sam: wewnętrzny kompas zostaje ustawiony „na zewnątrz”, bo człowiek przyzwyczaja się do tego, że o jego wartości i bezpieczeństwie decyduje reakcja innych ludzi. Może wystąpić tzw zewnątrzsterowność.

Ten schemat potrafi bardzo mocno odcisnąć się w ciele, ponieważ życie w trybie „muszę być odpowiednia” często oznacza przewlekłą czujność, napięcie i brak prawdziwego odpoczynku. Do tego dochodzi kontrola wszystkiego co na zewnątrz. To szaleństwo, ale to program wielu. Organizm uczy się „nie mówić wprost”; uczy się trzymać emocje w sobie oraz funkcjonować w mobilizacji. Dlatego niektóre kobiety mówią mi, że nawet kiedy „nic się nie dzieje”, one i tak są w środku spięte, jakby nadal czekały na ocenę lub zbliżające się niebezpieczeństwo.

Mogę zdradzić Wam: nie da się żyć w tej roli bez końca. Prędzej czy później przyjdzie rachunek od ciała. Najczęściej obserwuje u takich osób: tężyczkę, auto immunologię, czy inne napięcia w ciele. Na ile to to na to wpływa, nie wiem. Ale widziałam to setki razy.

Uwolnienie się spod układu „aprobata-dezaprobata” jest bardzo ważne, a wtedy człowiek przestaje budować siebie na cudzych reakcjach. Takie osoby mogą być początkowo bardzo wrażliwe na krytykę. Praca nad tym wymaga czasu i warto być dla siebie łagodnym. Ale warto podjąć to wyzwanie. Z czasem odzyskuje się zaufanie do własnych odczuć, uczy się granic bez poczucia winy, oddziela fakty od oceny i od starych schematów. Bardzo pomocna jest tu terapia ze specjalistą, rozpoznanie ról w jakie wchodzimy. Tu pomocny może się okazać ostatni post o Trójkącie Karpmana.

I w tym miejscu zaczyna się opowieść o Persefonie, bo mit o zejściu do Podziemia można czytać jako opis tego momentu, w którym kobieta przestaje żyć jako „grzeczna dziewczynka” i zaczyna schodzić do prawdy o sobie, do swoich potrzeb, pragnień. Do.. złości – to ważny wątek u kobiet w Polsce. Bo ile razy ktoś przekraczał Ciebie no i gdzie ta złość cała się schowała? To cała podróż do odkrywania siebie, tego co nieświadome i co przez lata było wyparte. Tak naprawdę wyparte po to, żeby w ogóle dało się przetrwać. Bo to normalny mechanizm obronny, który opisywał już dawno temu dupek Freud.

Kobiecy rozwój prowadzi w dół!

Myślisz sobie, co ta Kocięda znów wymyśliła?

Jednak coraz bliżej mi do prawdy, którą potwierdza TCM, medycyna czakralna i intuicja, że my kobiety mamy łączność z Ziemią (Matką Ziemią), a nasza archetypiczna mapa -przestała mieścić się już w męskim modelu rozwoju (patriarchat) – i nasza droga nie prowadzi tylko na szczyt, ale głęboko do środka, wnętrza, do przywrócenia połączenia z Ziemią i Naturą. Siła męska często jest na zewnątrz, a my kobiety – często, prędzej czy później, odkrywamy, że dobrze jest inwestować w siłę wewnętrzną- bo to jest nasza prawdziwa MOC. Kobieta może siedzieć i tylko spojrzeć, a już posadzka drży haha. Ale taka prawda, tylko nie chodzi o to by ta siła była budowana na lęku, czy mafijności. Wiecie czego najbardziej ktoś się obawia, bo często tego na początku nie zna? Gdy ktoś jest życzliwy i akceptuje każdego, niezależnie od jego wszystkich przywar. Serio. Kojarzy mi się to z serialem Ethos, polecam Wam.


Wiele z nas, kobiet, które siedzą często w głowie, analizie, odkrywa w sobie archetyp Ateny, a wtedy warto sobie przypomnieć, że naszą drogą nie jest tylko zdobywanie świata na zewnątrz, a odkrywanie siebie/powrót do siebie- do wewnątrz.


To, że schodzisz w cień, nie znaczy, że tracisz drogę. To znaczy, że przestajesz iść po cudzym świetle i zaczynasz iść po swoje. Jeśli teraz jest ciemniej, to nie koniecznie dlatego, że coś się popsuło. Tylko dlatego, że wreszcie przestałaś żyć w iluzji. I może już szukasz autentyczności, życia w prawdzie.

Karolo Kociędo

Maureen Murdock, w swojej książce „Podróż bohaterki” (objęta patronatem Polskiego Towarzystwa Psychoanalizy Jungowskiej) nazwała to wprost:
„Kobieca podróż nie polega na wspinaniu się na górę.
Polega na zejściu: do podziemi duszy (do swoich ran, do swojej autentyczności)”. Na końcu zamieściłam skrót na bazie jej doświadczeń, jak często wygląda taka droga inicjacyjna u współczesnej kobiety, ciekawa jestem czy się w niej odnajdziecie. Bo ja – bardzo.

Manifest do kobiet

Mało znam mężczyzn, którzy sami z siebie zaglądają do własnego cienia i potrafią powiedzieć na głos: „boję się”, „jest mi wstyd”, „nie radzę sobie”. Często pierwszy impuls przychodzi od kobiety albo z relacji, która ich do tego doprowadza. I ja to rozumiem, bo to jest trudne dla każdego człowieka. Przyznanie się do bezsilności nie bez powodu jest pierwszym krokiem w programach zdrowienia z uzależnień, bo dopiero wtedy przestaje działać mechanizm zaprzeczania i można w ogóle zacząć leczyć to, co boli naprawdę. Tylko że jeśli my, kobiety, też będziemy omijać swój cień, to co właściwie będziemy budować? Zamki na ruchomych piaskach?? A tymczasem poznaje często kobiety, które właściwie to nie chcą się zmieniać, za to mają gotowe scenariusze zmian dla swoich mężów, koleżanek i dzieci- często dorosłych dzieci. No bo jeśli co konsultację słyszę, ze wszystko zależy od męża, dzieci, szefa.. i kobieta ciągle próbuje ich wysyłać do psychoterapeuty, podrzuca książki, a sama nie czyta i nie idzie po pomoc.. to jak to inaczej nazwać?

Nie mamy pełnej kontroli nad tym, czy ktoś inny zejdzie do swojego cienia. Mamy wpływ przede wszystkim na siebie, na swoje wybory, na to, czy my same przestaniemy żyć w zaprzeczeniu.

Ale jednocześnie mamy coś jeszcze: możemy być inspiracją. Nie przez „naprawianie” kogokolwiek, tylko przez sposób, w jaki żyjemy w prawdzie, jak stawiamy granice, jak mówimy o wstydzie i lęku bez uciekania w maski. Często mamy wypracowane w dzieciństwie- bycie wzorem, tylko teraz trzeba ten wzór samemu napisać i inspirować tym pisaniem nowej ścieżki. Nie tej deptanej na wzór kobiet rodowych, czy oczekiwań tychże.

Widzę to (powtórzę się), że wiele kobiet idzie drogą Ateny, czyli drogą bardzo liniową: cel, plan, działanie, wynik (znam to, też tak robiłam i pewnie dlatego świat mi przyprowadza kobiety z podobnym schematem). To bywa potrzebne, bo daje sprawczość, ale czasem staje się próbą życia według męskiego wzorca rozwoju, jakbyśmy miały udowodnić, że umiemy funkcjonować w świecie bez czucia, bez cyklu, bez odpoczynku. I wtedy tracimy kontakt z tym, co w nas lunarne, miękkie, intuicyjne, a to właśnie tam często mieszka prawda kobiet.

Ja wierzę, że energia męska i żeńska naprawdę mogą się uzupełniać, a zasada yin i yang działa w relacjach nie jako podział ról na zawsze, tylko jako ruch, taniec, naturalna potrzeba równowagi. Jeśli jedna strona zbyt długo idzie tylko „w górę” i „na zewnątrz”, a druga zbyt długo tylko „w dół” i „do środka”, to system prędzej czy później i tak będzie szukał kompensacji. Pytanie brzmi, czy my tę równowagę budujemy świadomie, czy ona przychodzi przez kryzys?

Czasem czuję, że energia żeńska i męska porządkują dwa różne obszary życia.

Energia żeńska jest bardziej związana ze światem wewnętrznym: z czuciem, intuicją, znaczeniem, relacją ;pomaga człowiekowi wrócić do siebie, odnaleźć własną oś, spokój, czułość i sens.

Energia męska częściej kieruje się na zewnątrz. Nadaje strukturę, wyznacza kierunek, chroni granice i przekłada zamiar na działanie. To energia: „wybieram, decyduję, idę i robię”.

Kobiecość przypomina mi wodę. Jest żywa, zmienna, twórcza i pełna możliwości. Może płynąć w wielu kierunkach naraz. W gimnastyce słowiańskiej usłyszałam porównanie, że mężczyzna jest jak koryto rzeki: nie zatrzymuje wody i nie odbiera jej natury, ale pomaga jej płynąć w określonym kierunku, zamiast rozlewać się i rozpraszać. Taką relację – ja najbardziej cenię, i do takiej stale dążę.

Nie oznacza to jednak, że kobieta ma być wyłącznie wodą, a mężczyzna wyłącznie strukturą. Każdy człowiek nosi w sobie oba te pierwiastki.

W języku Junga anima oznacza wewnętrzny pierwiastek żeński w mężczyźnie, a animus – wewnętrzny pierwiastek męski w kobiecie. Animus może pomagać kobiecie budować własne granice, samodzielnie podejmować decyzje, działać i nadawać swojej twórczej energii konkretny kształt. Często jest związany z naszą relacją z ojcem (pierwszym mężczyzną). Anima może otwierać mężczyznę na uczucia, intuicję, bliskość i kontakt z własnym wnętrzem. Dodam tu przy okazji tematu Persefony; dojrzałość relacji totalnie nie polega na szukaniu drugiej osoby, która ma uzupełnić wszystkie nasze braki. Dla mnie to rozwój własny obu osób, by móc żyć ze sobą – każdy w swojej pełni.

Kobieta może doceniać własną płynność, zdolność tworzenia i wielość możliwości, a jednocześnie budować w sobie wewnętrzną strukturę. Mężczyzna może być zdecydowany, sprawczy i chroniący, a zarazem pozostawać w kontakcie z emocjami, czułością i intuicją.

Wtedy relacja nie jest spotkaniem dwóch połówek, ale dwóch pełniejszych osób. Każda z nich ma własne źródło, własne brzegi i własny kierunek, a mimo to mogą wspólnie tworzyć przestrzeń, w której jedno nie tłumi drugiego, tylko pomaga mu pełniej wyrazić jego naturę.

W języku energii/czakralnym można powiedzieć, że w relacji spotyka się siła skierowana do wewnątrz z siłą skierowaną na zewnątrz. U wielu kobiet łatwiej płynie energia serca i ziemi (łona), a u wielu mężczyzn energia działania, kierunku i nieba. Nie jest to jednak sztywny podział. Te jakości mieszają się, a czasem układają zupełnie odwrotnie.

Współcześnie coraz częściej mówi się też o zjawisku: odwrócenia ról. Być może jest to reakcja na wiele pokoleń patriarchatu. Odpowiedzią nie musi być jednak matriarchat, gdzie mężczyzna buduje królestwo kobiety kosztem siebie, ale szukanie równowagi i drogi środka, zaczynając od siebie.

Kobieta nie może być też tylko źródłem inspiracji, spokoju i siły, z którego druga osoba bez końca czerpie. Mężczyzna nie może samotnie dźwigać całej odpowiedzialności, bezpieczeństwa i działania. W zdrowej relacji obie strony dają, przyjmują, mówią o swoich potrzebach i mają prawo do oparcia.

Kiedy kobieta czuje bezpieczeństwo i stabilność, jej układ nerwowy może wyjść z trybu przetrwania. Pojawia się więcej miejsca na tworzenie, rozwijanie pomysłów i wnoszenie życia do wspólnej przestrzeni. Z kolei mężczyzna, który nie musi wszystkiego ciągnąć sam, może działać bez ciągłej presji i pozostawać w kontakcie z własnym wnętrzem.

Najpiękniej działa to wtedy, gdy relacja nie opiera się na kontroli ani zależności, ale na współpracy. Jedna osoba daje oparcie tam, gdzie druga go potrzebuje, a jednocześnie sama również może się oprzeć. Oboje wnoszą swoją siłę i oboje mają przestrzeń, żeby rosnąć.

Dlaczego Persefona

Piszę o Korze- Persefonie, bo to archetyp, który jest mi bliski. Potrzebowałam zejść do podziemia, żeby stać się naprawdę dorosła i odpowiedzialna przede wszystkim. Persefona nadal we mnie jest: odzywa się w mojej wrażliwości, w skłonności do „bycia miłą”, ale też w spontanicznych pomysłach, w zachwycie światem i ludźmi, w tym, że wciąż potrafię czuć dużo. A jednocześnie jest we mnie też to drugie: bolesne doświadczenia, które były mi potrzebne, żebym przestała żyć wyłącznie jako czyjaś córka, „przekazywana z rąk do rąk” (zewnątrz-sterowność), czyjeś „wzorowe dziecko na pokaz z wysokim IQ, które przedwcześnie zaczęło czytać” (to ścieżka, co ciekawe, w mojej rodzinie powtarzająca się, zwłaszcza od strony mamy, wszystkich drugich córek; z doświadczeń ciotek widzę, że najgorszą decyzją było dać dziecko wcześniej do szkoły ze starszymi rocznikami- te córki- często nie poradziły sobie z presją).

Dzisiaj umiem już dużo lepiej mówić o swoich słabościach bez poczucia winy i wstydu, umiem przyznać, że nie zawsze wiem, nie zawsze mam siłę, nie zawsze mam gotową odpowiedź. Nie próbuję już udawać kogoś, kim nie jestem, a do wielu swoich cech i dawnych wzorców mam więcej dystansu, bo rozumiem, skąd się wzięły i czemu kiedyś uruchamiały we mnie mechanizmy obronne; od wojowniczki po cierpiętnicę. Nie ma sensu się pałować za coś co doświadcza bardzo duża ilość osób. Normalizujmy to! Często nie mówimy o tym co większość z nas czuje podobnie! A poczucie winy i wstydu zapisuje się często w napięciach ciała – powiem tak w skrócie.

Wiadomo, to proces na całe życie. To nie są rzeczy, które się odhacza i pozamiatane. Ale, w moim odczuciu, to znaczy, że znam już wiele mechanizmów, mam narzędzia, potrafię wracać do siebie, kiedy odpływam w stare schematy (albo ..czasem je dopiero nazywam po fakcie:D), i wiem, że ten proces wymaga czasu, cierpliwości i łagodności. Nie kolejnej presji, żeby być „naprawioną”, albo taką jaką ktoś oczekuje, albo mi się wydaje, że oczekuje. I super przy tym mieć drugą osobę, z którą możesz o tym pogadać jak Dorosły z Dorosłym.. ja mam to szczęście, że takie osoby- pracujące nad sobą- otaczają mnie od lat. I wzajemnie się inspirujemy i wspieramy; też rozmowami o naszych cieniach- bo to najlepsze rozmowy… przy ciastku, choć czasem wtedy je ciężko przełknąć. Albo przy naparze z tulsi.

Kora w nas: grzeczna dziewczynka

Kora to etap zależności. Wiele kobiet przechodzi go naturalnie, zanim dokona wyborów, zanim dojrzeje i stanie się symbolicznie Persefoną. Bywa jednak, że ta przemiana nie przychodzi przez spokojne dojrzewanie, tylko przez doświadczenie przekroczenia granic, czyli przez „porwanie do Hadesu”, które w życiu wielu kobiet ma bardzo konkretny wymiar. I mówię o tym ostrożnie, ale wprost, bo wiem to z rozmów i z pracy z kobietami: przekraczanie granic zdarza się często (nadal!), zarówno cieleśnie, jak i słownie, w relacjach, które z zewnątrz potrafią wyglądać „normalnie i wysoko-funkcjonująco”.

Będę jeszcze o tym pisać, bo temat przemocy i przekraczania granic nie jest dodatkiem do mitu, tylko jednym z jego najboleśniejszych punktów, z którym wiele kobiet konfrontuje się w realnym świecie. Na co dzień pracuję głównie z kobietami z domów przemocowych i z kobietami po gwałtach, dlatego część osób zna mój aspekt Artemidy, ten, który reaguje natychmiastową niezgodą na krzywdę kobiet i ma odruch ochrony. I mam wdzięczność do tego, że przez lata pracy nad sobą nauczyłam się trzymać tę siłę w granicy, a nie w odwecie (może dobrze, że porzuciłam łucznictwo;) Kto wie, może kiedyś wrócę do kyudo). Bo niektóre historie budzą we mnie skrajne emocje, a jednocześnie wymagają obecności, uważności i troski, która nie zamienia się w przemoc w drugą stronę.

I właśnie dlatego ten etap Kory jest tak ważny, bo nie chodzi tylko o młodość i niewinność, ale o to, czy w którymś momencie dostajemy prawo, narzędzia i bezpieczne warunki, żeby stać się sobą. Problem jest wtedy, kiedy Kora staje się stałą tożsamością.

Współczesna Kora (od razu uprzedzę: nie oceniam niczego, tylko podaje fakty; wszystko jest normalne i występuje na świecie, nie ma co tego porównywać, to są historie stare jak świat – i każdego dusza chciała je przeżyć, i ma do tego prawo):

  • jest uprzejma, ale niestety nieautentyczna, zawsze nienaganna, uśmiechnięta, zawsze jest wszystko dobrze, a ja czuję jej ogromny ból wewnątrz,
  • jest empatyczna, jednak zazwyczaj giga kosztem siebie
  • jest zależna, choć pozornie czuje się wolna, bo przykładowo: ma pieniądze, zewnętrznie- może wszystko, często jednak warunkowo, bo np. mamy układ: pieniądze są męża, a on jej nie traktuje na równi, tylko wykorzystuje ten fakt do manipulacji,
  • dopasowuje się, bo to daje jej złudne poczucie bezpieczeństwa
  • czeka, aż ktoś „odmieni jej los” (nie ma sprawczości wewnętrznej) – co ciekawe (sorki dygresja) to często osoby po CC. ,ale nie tylko; te osoby często również chcą za wszelką cenę udowodnić niezależność, by właśnie uzupełnić to poczucie braku sprawczości przy porodzie, z drugiej strony w bardzo kryzysowych momentach – potrafią czegoś nie dokończyć z takim przekonaniem, ze i tak ktoś to za nich uratuje
  • nie zna swoich potrzeb albo ma do nich wstyd

Kora nie jest tylko ładnym imieniem w micie. To słowo znaczy po prostu Dziewczyna / Córka / Panna i już w samym brzmieniu niesie rolę: bycie czyjąś. Bo kto jest poza tymi wszystkimi rolami? Dopiero Persefona staje się kimś „z siebie”, z własnym królestwem i własną władzą, bo przechodzi przez doświadczenie, które oddziela ją od samego bycia córką.

Mitologia/archetypy jako pomost do mówienia wprost

I uwaga: to jest mechanizm przetrwania, a nie wada charakteru. A kiedy mówię o archetypach, nie mam na myśli etykietek, które mają nam powiedzieć „jaka jesteś”, tylko język, który pomaga opisać to, co w nas żyje. Taki pomost, zanim zacznie się mówić wprost. Każda z nas nosi w sobie wiele jakości i wiele postaci, ale są etapy życia, w których pewne cechy dominują, bo właśnie one były potrzebne, żeby przejść przez dany czas.

Zauważyłam też coś bardzo ważnego: wielu kobietom trudno jest mówić o sobie wprost, nazwać swoje mechanizmy i potrzeby własnymi słowami, zwłaszcza jeśli przez lata uczyły się milczeć, dopasowywać albo „nie robić problemu”. I wtedy ogromnym wsparciem stają się mitologie, symbole i historie bogiń, bo pozwalają zobaczyć siebie bez wstydu i bez poczucia, że „ze mną jest coś nie tak”. Moim Klientkom łatwiej powiedzieć czasem: „we mnie żyje Kora” albo „odezwała się Artemida”, niż od razu wejść w najtrudniejsze zdania o lęku, zależności, gniewie czy samotności.

Dlatego wprowadzam Was do mojego świata pasji. Nie po to, żeby uciekać w metafory, tylko po to, żeby mieć mapę, kiedy brakuje słów. A ta mapa nie jest napisana przez moje widzimisię, tylko to są już wytarte ścieżki przez psychologów jungowskich. Powielam ta wiedzę + doświadczenie własne, bo okazuje się, że nie każdy zna te historie. Ten język bardzo mi pomógł i widzę, że pomaga też innym kobietom odzyskiwać siebie, kawałek po kawałku.

Matka przyjaciółka i powierniczka

Kora często rośnie w relacji, w której „mama wie najlepiej”, a matka jest jednocześnie „przyjaciółką” i powierniczką. Córka oddaje jej swoje decyzje: relacje, ubrania, wybory, poglądy, a nawet sposób przeżywania świata. Z zewnątrz wygląda to jak bliskość, ale w środku często jest to brak separacji, bo bez psychicznego oddzielenia nie ma miejsca na własną tożsamość. I mówię tu o wczesnym dzieciństwie, bo później mogą to przysłonić inne aspekty, np jak u mnie archetyp Ateny, parentyfikacja itd. To jest tak złożone, że nie wiem jak nawet opisać skrótowo fakt, że czasem może temu towarzyszyć pogarda i mieszać się ze strachem do takiej matki. Jest to tzw walka o władzę z Demeter. Jednak z pozycji Kory to będzie z reguły walka z lęku i pogardy. Dopiero Persefona jest w stanie uznać matkę i zaakceptować pomimo wszystkiego co przeżyły razem. Persefona bierze odpowiedzialność, Kora nie. Kora odpowiedzialnością obarczy Demeter. Czyli może być etap – odkrywania cienia i szukania winnych. Akceptacja każdego niezależnie od jego świadomości, procesów – jest trudna. Ale nie wykluczajmy siebie nawzajem.

W relacji podobnej do zależności Demeter – Korą jest jeden mechanizm: matka staje się pierwszym i najważniejszym autorytetem, a potem ten wzorzec bywa przenoszony dalej, już na innych ludzi. Dziewczyna zaczyna projektować „wiedzącą mamę” na terapeutę, szefową, mentorkę, nauczyciela, „autorytet z Instagrama”, czasem nawet na przyjaciółkę. Zamiast budować własne decyzje od środka, zaczyna szukać ich na zewnątrz. Wtedy pojawiają się zdania, które brzmią niewinnie, ale pokazują zależność: „Boże, co ja bym bez ciebie zrobiła”, „Ja sama nie umiem”, „Potrzebuje Ciebie”.. I jeśli ktoś jest tego nieświadomy, nawet dobrymi chęciami może wybrukować piekło, bo zamiast wzmacniać w drugim człowieku sprawczość, zaczyna ją przejmować, a to bardzo łatwo myli się z troską.

Warto sobie wtedy zadać proste pytanie, które jest dla mnie papierkiem lakmusowym zdrowej relacji: kiedy ktoś mówi „pokażę ci drogę, jak żyć”, to czy traktuje cię jak dorosłą osobę, która ma własny kompas, czy jak dziecko, które trzeba poprowadzić za rękę. Bo czyż wsparcie w dorosłości nie polega na tym, że ktoś nie daje Ci gotową instrukcję, tylko na tym, że pomaga ci usłyszeć siebie, nazwać potrzeby i zobaczyć konsekwencje, a decyzję zostawia w twoich rękach??

Takie zależności są stare jak świat i wiele osób do dziś buduje na nich wpływ, a nawet całe strategie marketingowe. To działa, bo dotyka bardzo pierwotnej potrzeby: jeśli w środku czuję się niepewnie, to naturalnie szukam kogoś, kto da mi prostą odpowiedź, jasną mapę i obietnicę bezpieczeństwa. I to jest w pełni zrozumiałe, bo kiedy ktoś dorastał w przekazie, że samodzielność jest ryzykowna, a własne zdanie może oznaczać utratę miłości, to późniejsze dorosłe JA potrzebuje czasu, żeby nauczyć się ufać sobie, zamiast oddawać władzę na zewnątrz.

A zobaczcie, w jakim świecie żyjemy teraz. Mamy chaos informacyjny, nadmiar „prawd”, sprzeczne zalecenia, tysiące autorytetów, którzy mówią zupełnie różne rzeczy, a każdy brzmi pewnie i każdy obiecuje, że ma odpowiedź. I czasem myślę, że to jest jedna z największych lekcji samodzielności dla nas wszystkich: nie tyle znaleźć kolejną osobę, która „powie, jak żyć”, tylko nauczyć się weryfikować, czuć, rozróżniać, zadawać pytania i wracać do własnego kompasu. Bo trochę otacza nas teraz świat krzyczących ludzi: ja mam racje! ja mam racje! W moim odczuciu dojrzałość zaczyna się od tego: czy umiesz usłyszeć siebie w świecie chaosu.

Jeśli nie zrobimy separacji, będziemy przenosić obraz „wiedzącej mamy” na kolejnych autorytetów, a wtedy zawsze ktoś będzie nam mówił, kim jesteśmy i co mamy robić. Separacja nie jest odcięciem miłości, tylko wyjściem z potrzeby pozwolenia. To jest moment, w którym ster wraca do rąk. I wtedy możesz budować już własne, a nie tylko cudze królestwo – zamek na stabilnym gruncie.

Podziemie: czym jest cień

Persefona jest wyjątkowa, bo nie należy w całości ani do świata matki, ani do świata Podziemia. Jest mostem. To dlatego jako archetyp tak często rezonuje z kobietami, które uczą się żyć bez skrajności: bez udawania światła, ale też bez utknięcia w mroku. Ona umie właściwie schodzić i wracać.

U Junga „podziemie” można spokojnie nazwać obrazem nieświadomości, czyli tej części psychiki, do której ego nie ma na co dzień dostępu, a która i tak wpływa na nasze wybory, emocje, relacje i ciało (pisałam o tym więcej w artykule Myśli mają moc). To nie jest.. nie wiem, „czyste zło”, jak mnie pytają Klientki „a co jeśli okaże się, że jestem zła?”, tylko obszar wyparcia, konfliktów i niewyrażonych treści, które zostały odsunięte w głęboką czeluść nieświadomości. Tam zazwyczaj są rzeczy znane też innym.

Nie jest to „ciemna strona mocy” w sensie moralnym, tylko psychiczna przestrzeń, w której leży to, czego nie wolno było czuć, mówić i chcieć, a także to, czym nie wolno było być. Leżą tam emocje, które zostały ukarane, potrzeby, które zostały zawstydzone, impulsy, które nazwano „złe”, oraz części osobowości, które musiały zamilknąć, żeby utrzymać więź i przetrwać. Jung nazwałby sporą część tych treści CIENIEM, czyli tym, co zostało odłączone od obrazu siebie, bo nie pasowało do tego, kim „powinnam” być.

I najważniejsze: to, co trafia do podziemia, nie znika. To zaczyna działać pośrednio, zza kulis. Choćby przez kompulsje, projekcje, powtarzające się schematy, lęk, napięcie w ciele albo nagłe reakcje, których „nie rozumiem”. Zejście do podziemia w ujęciu jungowskim jest więc ruchem ku integracji, czyli odzyskaniu tych odłączonych części i poszerzeniu świadomości o to, co dotąd było wyparte.

Dwa moje ulubione cytaty- a raczej parafrazy Junga, bo brzmiały mniej więcej tak:

„Dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomości, będzie kierować twoim życiem, a ty nazwiesz to losem”

„Nie stajemy się oświeceni, wyobrażając sobie światło, lecz czyniąc ciemność świadomą”.

— Carl Gustav Jung

Gdy cień mówi za pomocą ciała

Nie chcę pisać o chorobach tak, jakby były karą za „złe emocje” albo jakby dało się je wytłumaczyć jednym zdaniem w stylu: „masz X, bo nie umiesz Y”. To byłoby nieuczciwe i krzywdzące. Zdrowie jest złożone: geny, infekcje, środowisko, hormony, mikrobiota, historia życia, dostęp do wsparcia, kto wie- może też lekcje wybrane przez duszę?:) To wszystko ma znaczenie.

Jednakże w gabinecie widzę coś powtarzalnego: kiedy latami nie ma miejsca na prawdę, granice i emocje, ciało zaczyna przejmować funkcję sygnalizacji. Tak jakby organizm nie był już w stanie bez końca utrzymywać trybu przetrwania bez kosztów. I gdy tutaj inwestujemy tylko w zewnętrzne narzędzia typu suplementy, treningi, lampy, okulary, maszyny, bez zaglądania głębiej.. to zdarza się, ze zamek prędzej czy później zacznie się chybotać na ruchomym piasku.. tak jakby jego fundamenty jeszcze nie zostały zasilone i ustabilizowane.

Mechanizmy obronne, emocje i ciało (mapa robocza)

Ważne: to nie jest tabela diagnostyczna ani „choroba = emocja”. To skrótowy model do refleksji nad tym, jak przewlekły stres, napięcie i mechanizmy obronne mogą współwystępować z objawami oraz utrudniać regenerację.

Choroby i obszary zdrowia a najczęściej towarzyszące cechy

Obszar / chorobaNajczęściej opisywane cechy towarzyszące (psychologia zdrowia)
Nowotworytłumienie emocji, osobowość typu C, bezradność
Choroby autoimmunologiczneneurotyczność, perfekcjonizm, wysoka wrażliwość
Choroby sercowo-naczynioweimpulsywność, wrogość (osobowość typu A), tłumiony gniew
IBS, SIBOneurotyczność, lęk, nadmierna kontrola
Choroby skóry (AZS, łuszczyca)stres, tłumienie emocji, niska samoocena
Bezsennośćperfekcjonizm, lęk, potrzeba kontroli
Depresjapesymizm, neurotyczność, introwersja
Zaburzenia odżywianiaperfekcjonizm, potrzeba kontroli, niska samoocena

Cień – jak wcześniej pisałam- został odsunięty poza świadomość, bo kiedyś nie było na to przestrzeni. Jako osoba dorosła, możesz to zmienić. Jeśli przez lata tłumisz złość, nie mówisz „nie”, żyjesz w ciągłym dopasowaniu, w napięciu, w byciu miłą, w chronicznej mobilizacji, to układ nerwowy uczy się czujności.

A czujność to też więcej napięcia mięśniowego, gorszy sen, trudniejsza regeneracja, większa reaktywność na bodźce, wahania apetytu, większa wrażliwość trzewna, częstsze stany zapalne, rozjechany rytm odpoczynku i działania.

Dlatego wzniośle brzmiąca: Integracja cienia- w praktyce oznacza coś bardzo przyziemnego: że zaczynam zauważać: w którym momencie siebie przekraczam, gdzie się zdradzam, gdzie mówię „tak” wbrew sobie, gdzie zaciska mi się szczęka, a gdzie udaję, że nie czuję. I przede wszystkim…zaczynam to korygować małymi krokami. Nikt tego inny nie zrobi za mnie. Persefona staje na własnych nogach. Może prosić o wsparcie, może delegować zadania, ale nikt za nią nie będzie oddychał, pił wody, odpoczywał, nie może też oddać komuś swoich decyzji czy swojej prawdy.

A kiedy słuchamy swojego ciała, to ono jakby .. coraz mniej krzyczy bólem, napięciem, tężyczką, alergią.

Granat Persefony: punkt bez powrotu

W micie Persefona zjada ziarna granatu. To symbol decyzji: już nie wrócę do niewiedzy o sobie. Do bycia niewiastą (niewiedzącą; wiedźma= wie.. więc jest niebezpieczna?).

Granat jest tu genialnym symbolem, bo to owoc pełen ziaren ukrytych za grubą skórką; jakby obietnica życia ukrytego w środku, w ciemności, zanim cokolwiek pokaże się na zewnątrz. W micie zjedzenie ziaren oznaczało przynależność do Podziemia, czyli do części siebie, której nie da się już cofnąć do niewinności.

To jest moment, kiedy grzeczna dziewczynka pęka. Ma to różnorodne przebiegi: koniec relacji, choroba itd.To swoista inicjacja- zejście do Podziemia to tzw integracje z cieniem, że w końcu widzimy siebie w całości.

Zanim więc pójdziemy dalej, chcę zostawić tu prostą mapę tej drogi, bo wiele kobiet myli ten „moment pęknięcia” z porażką. A często jest dokładnie odwrotnie: kryzys bywa bramą, przez którą wchodzimy w dorosłość. Często uświadomienie swoich słabych cech i przyznanie się do słabości przed sobą, może zapoczątkować chęć do zmiany.

Ten poniższy schemat nie jest diagnozą ani przepisem na życie, tylko orientacyjnym obrazem tego, co często dzieje się w psychice, kiedy przez lata funkcjonujemy „na zewnątrz” i w masce, a potem ciało, relacja albo życie mówi: dość tego. To jest droga, którą nazywam: z głowy do czucia, z przetrwania do autentyczności czy prawdy Zobacz, gdzie jesteś dzisiaj, i pamiętaj, że to nie jest ścieżka liniowa ani także rywalizacja-kto szybciej i gdzie jest. Co więcej czasem wraca się do wcześniejszych etapów, ale zazwyczaj wracamy już z większą świadomością i mądrością.

Jak wracać z Podziemia: praktyka małych kroków

Wyjście z grzecznej dziewczynki to dla mnie stopniowe odzyskiwanie kontaktu ze sobą, a potem budowanie życia tak, żeby ono mnie wspierało, zamiast mnie zużywać. I właśnie dlatego lubię tę prostą grafikę w czterech polach, którą kiedyś robiłam z mentorką, bo ona pokazuje czarno na białym, gdzie jest mój ruch w stronę duszy.

I teraz najważniejsze: praca z tym wykresem nie polega na tym, żeby natychmiast „naprawić” dół i wejść na górę. To byłaby kolejna presja. Można małymi ruchami przesuwać życie w stronę zgodności ze sobą. Można postawić sobie cel i dążyć do niego, ale też to wykres do sprawdzania co jakiś czas, przypominania sobie.

Co może pomagać, w duchu psychodietetyki i higieny układu nerwowego:

  • Zaczynanie od mikro-potrzeb, bo ciało i tak zawsze mówi pierwsze: sen, głód, ciepło, nawodnienie, rytm dnia. Grzeczna dziewczynka często pomija podstawy, bo „jeszcze tylko zrobię…” (albo.. nie mam czasu (czytaj dla siebie) bo..)
  • Łagodność w języku do siebie, czyli zauważanie, kiedy pojawia się wewnętrzny krytyk („powinnam”, „muszę”, „przesadzam”) i zamiana go na język faktów i troski („jest mi trudno”, „potrzebuję przerwy”, „nie mam zasobów”)
  • Praca z przekonaniami poprzez praktykę- tutaj pomoże artykuł Myśli mają moc
  • Odpoczynek jako plan, a nie nagroda. Dla wielu moich Klientek to jest największy przełom: uznać, że regeneracja jest warunkiem życia, a nie czymś, na co trzeba zasłużyć
  • Ciepły napar jako rytuał powrotu do siebie
  • Praca oddechowa, ja lubię sesje górno szczytowe na koniec dnia
  • Jedzenie jako akt dbania o siebie: regularność, ciepły posiłek, porcja białka, prostota. Wiele kobiet w neurozie je „w biegu” albo „na karze”, a to tylko dokłada chaosu w środku, pojawia się jedzenie emocjonalne
  • Minimalna, ale stała dawka ruchu regulującego: spacer po posiłku, rozciąganie, kołysanie, spontaniczny intuicyjny taniec w kuchni
  • Prośba o pomoc specjalisty wtedy, kiedy sama już widzisz, że utknęłaś i czujesz bezsilność.

Zintegrowana Persefona: kobieta, która zna dwa światy

Według mnie zintegrowana Persefona to kobieta, która jest prawdziwa. Potrafi poczuć złość i nie robi z niej winy ani wstydu, tylko traktuje ją jak barometr, który pokazuje, gdzie została przekroczona i gdzie czas wrócić do granic. Poznaje swoje potrzeby, uczy się swojego środka i przestaje oddawać ster zewnętrznym autorytetom. 
Zna w sobie:

  • dziewczynkę, która kiedyś musiała przetrwać, ale i ..
  • kobietę, która dziś może już wybierać,mówić prawdę i budować życie w zgodzie ze sobą.

Kiedyś napisałam na IG: „Nie myl mojej łagodności z naiwnością. Widzę więcej, niż mówię. Moja siła wewnętrzna nie musi być głośna, bo nie wynika z potrzeby udowadniania; jest cicha, spokojna i trzyma granice wtedy, kiedy trzeba”.

A co jeśli transformacja kobiety nie zachodzi przez przełamywanie siebie, jakby jedyną drogą rozwoju była droga „kucia stali”. Ciągłe działanie, liniowy marsz do celu, rywalizacja, dyscyplina bez czułości, zimno jako kolejny stresor, surowe reżimy żywieniowe, medytacja odklejona od ciała, mocne protokoły zamiast prostego ciepła.

A co jeśli kobieca transformacja częściej polega na rozpuszczaniu tego, co już nie służy, niż na łamaniu siebie. Na zdejmowaniu warstw, które były przystosowaniem.

I nawet jeśli żyjemy w kulturze, która promuje patriarchalny wzorzec wartościowania człowieka przez wynik, to ja wierzę, że kobieta nie musi przechodzić inicjacji przez kolejne formy przemocy wobec siebie. Może przechodzić ją przez powrót do siebie. Przez wybór tego, co buduje, a nie tego, co tylko wzmacnia pancerz. Więcej napiszę w Artemidzie.


źródła i polecajki (znacie je z Instagrama): „Podróż bohaterki” Murdock, „Boginie w każdej z nas” J.S.Bolen, a dla mężczyzn: „Bohater o tysięcu twarzy” Campbell, oraz „Bogowie w każdym mężczyźnie” Bolen

About The Author