Idealizacja to jeden z najbardziej powszechnych mechanizmów obronnych. Choć można też… idealizować samą idealizację 🙂 Bo na powierzchni wygląda ona dość niegroźnie, a nawet czasem szlachetnie: jak zachwyt, głębokie wielbienie, zachwyt potencjałem czy po prostu szacunek.
Jednak .. w swojej głębokiej psychicznej istocie bywa formą ucieczki przed prawdą, lękiem, chaosem i bezradnością.
Dziś ten indywidualny mechanizm obronny zyskał potężnego, cyfrowego sojusznika. In$tagram przeniósł to, co dawniej było naszą prywatną strategią przetrwania z dzieciństwa, na poziom całego społeczeństwa. To wyrafinowana architektura selektywności: ktoś po drugiej stronie ekranu wybiera jeden estetyczny fragment ze swojego dnia, wycina z niego zmęczenie, złość czy bałagan, nakłada filtr i serwuje nam wyłącznie uśmiech, sukces i spokój. Wszystko jest idealnie wykadrowane.
Zamiast jednak widzieć w tym zaledwie cyfrową dekorację, nasz umysł może traktować ten kadr jak całą prawdę. Konto social media może tworzyć iluzję pełnego dostępu do czyjegoś życia, podczas gdy w rzeczywistości dostajemy zaledwie miniaturowy wycinek; idealną pożywkę dla naszych własnych projekcji, braków i tęsknot.
Podglądając ten wypreparowany świat, bezrefleksyjnie, stawiamy obcych ludzi na piedestale, nie zauważając, że po drugiej stronie ekranu wcale nie ma doskonałości. Jest tylko bardzo starannie ukryty Cień.
Jak pisał psychoterapeuta Stephen Johnson: idealizacja to nie jest nadmiar miłości, ale brak kontaktu z rzeczywistością.
Dzieciństwo w cieniu rygoru: „Grzeczna dziewczynka” i wojskowy dryl
W rodzinach rygorystycznych, często wojskowych (jak trochę u mnie, bo wychowywał mnie po części dziadek półkownik), obowiązuje niepisane prawo: słabość to zagrożenie, brak dyscypliny to chaos, a o błędach i trudnych emocjach się nie rozmawia.
W takim środowisku dziecko otrzymuje jasny przekaz: aby przetrwać i być kochanym, trzeba być „jakimś”- zazwyczaj: silnym, grzecznym, przewidywalnym. Jak to piszę to słyszę głos dziadka. Głos dziadka miał w sobie coś z poligonowej tuby; brzmiał tak, jakby nie wypowiadał słów, tylko wydawał rozkazy z najwyższego szczebla rozkazodawstwa. Żadnych zdrobnień, żadnego wahania. Miał w sobie taką siłę grawitacji, że na samo jego wybrzmienie człowiek instynktownie stawał na baczność, prostował łopatki i poprawiał niewidzialny mundur. Staliśmy do pionu, zanim zdążyliśmy w ogóle pomyśleć, o co chodzi!
U dziecka dorastającego w tym świecie idealizacja staje się nawykiem adaptacyjnym:
- Tworzenie iluzji bezpieczeństwa: Jeśli rodzic jest idealny, autorytatywny i bezbłędny, to znaczy, że świat jest bezpieczny i uporządkowany. U mnie przykładowo była duża idealizacja Dziadka – bohatera narodowego. Dopiero później odkryłam jego pełną naturę, nie zawsze kolorową (jak to …mój Dziadzio?!) oraz też doceniłam Babcię, ze wytrzymała z takim gagatkiem:)
- Obrona moralna (Moral Defence wg W.R.D. Fairbairna): Zamiast pomyśleć: „Mój rodzic jest chłodny, przerażający lub niedostępny„, dziecko przyjmuje przykładowo: „Mama/Tata są wspaniali i nieomylni. Jeśli coś jest nie tak, to ja muszę być grzeczna, muszę bardziej się starać„. Bezpieczniej jest żyć w poczuciu własnej winy niż w przeświadczeniu, że osoba, od której zależy nasze życie, jest niespójna lub niebezpieczna. Stąd też często rodzi się coś co nazywałam kilka razy „odwróconą miłością”. To, co mały człowiek zaczyna wówczas uznawać za miłość, w rzeczywistości nią nie jest. To przetrwaniowa lojalność, paraliżujący lęk przed rozczarowaniem drugiego człowieka oraz nieustanna próba naprawienia siebie, byle tylko nie pękł obraz idealnego opiekuna. W dorosłym życiu ta „odwrócona miłość” sprawia (..dopóki tego nie zauważymy), że szukamy relacji – nie tam, gdzie jest bezpiecznie, ale tam, gdzie trzeba bez końca zasługiwać. Przyciągamy osoby, które według nas „miłują”, czyli takie, przy których odtwarzamy dobrze znany dramat zasługiwania, stawiania na piedestale i lęku przed byciem odrzuconym za własną niedoskonałość
- Alibi do niezależności: Idealny rodzic nakłada niepisane zobowiązanie. Dopóki rodzic stoi na piedestale, dziecko nie może naprawdę dorosnąć, stworzyć własnego osądu ani odseparować się, by zacząć żyć własnym życiem. Dlatego tak kluczowe jest rozbrojenie tej iluzji. To właśnie tu leży ciche źródło paraliżującego poczucia: „ciągle nie mogę rozwinąć skrzydeł, przekroczyć pewnego poziomu w firmie czy dokonać prawdziwego skoku w rozwoju”. Dopóki matka lub ojciec są absolutnym wzorcem (zazwyczaj nieświadomie), każdy nasz sukces wykraczający poza ich świat wydaje się nieświadomą zdradą.
2. Psychologiczne korzenie idealizacji: Od Klein do Kernberga

Melanie Klein i pozycja paranoidalno-schizoidalna
Dla Melanie Klein kluczowym pojęciem jest rozszczepienie (splitting). Małe dziecko nie potrafi pomieścić faktu, że ta sama matka go karmi i kocha, ale też frustruje czy odrzuca. Psychika dzieli matkę na „dobrą” i „złą”.
- Idealizacja obronna służy wyolbrzymieniu cech „dobrej matki”, aby uchronić ją przed „złą matką” i ..własną agresją
- Rozwój polega na przejściu do pozycji, w której dziecko zauważa, że to jeden i ten sam człowiek. CO ważne, zdjęcie matki z piedestału u Klein nie oznacza jej odrzucenia, lecz integrację. Akceptację w pełni z jej dobrymi i złymi cechami (każdy z nas ma jedno i drugie, i każdy idzie własnym tempem rozwoju, w które nie mamy prawa ingerować, bo realny wpływ mamy wyłącznie na siebie).
Otto Kernberg: Cykl Idealizacja ↔ Dewaluacja
Kernberg opisał, jak przy braku dojrzałej integracji reprezentacji siebie i innych dochodzi do gwałtownych skoków:
PRYMITYWNA IDEALIZACJA ──> ZAPRZECZENIE ──> PĘKNIĘCIE ILUZJI ──> DEWALUACJA
Gdy u kogoś idealizowanego pojawia się rys czy skaza, wahadło skrajnie odbija. Ktoś z „półboga” staje się nagle „potworem”.
Obserwuję to chociażby we współczesnej przestrzeni cyfrowej. Zjawisko gwałtownego zwrotu- od uwielbienia do nienawiści – to doskonały przykład psychologicznego mechanizmu rozszczepienia (splitting), który w mediach społecznościowych zyskał potężny rezonans i przybrał formę zjawiska określanego jako cancel culture (kultura unieważniania / kultura odwoływania).
Gdy publiczny autorytet, dotąd bezrefleksyjnie idealizowany, ujawni choćby najmniejszą skazę; popełni błąd, wyrazi trudne zdanie czy okaże słabość; nagle iluzja pęka. Ponieważ obserwujący nie potrafią zintegrować faktu, że ich idol jest po prostu zwykłym człowiekiem z zaletami i wadami, ich umysł nie zatrzymuje się w środku. Wahadło z ogromną siłą odbija na drugi biegun, bo od zawsze był odchylony od drogi środka w ocenie tej osoby. Co ciekawe, najgłośniejszy hejt płynie często od tych samych osób, które jeszcze niedawno pisały dziękczynne komentarze na jego profilu.
Drugi koniec kijka
Mechanizm idealizacji nigdy nie rozgrywa się w próżni. Choć łatwo skupić się wyłącznie na psychice obserwatora, w tym relacyjnym tańcu biorą udział dwie strony. To energia uzupełniająca się. Osoba, która staje się obiektem cyfrowej idealizacji, a następnie skrajnej nagonki, bardzo często sama nieświadomie prowokuje ten proces poprzez własny mechanizm obronny (idealizacji siebie).
U podłoża tej postawy leży często lęk przed własną skazą – słabością, złością, wstydem czy zwyczajną przeciętnością, która – jak pisałam wcześniej- rodzi się w dzieciństwie. Aby uchronić się przed konfrontacją z nieidealną prawdą o sobie, człowiek ten buduje wizerunek oparty na strukturze tzw. Fałszywego Ja (False Self). Prezentuje światu postać nieomylną, absolutnie spójną, wolną od rozterek i znającą odpowiedź na każde pytanie. Często taka osoba sama idealizuje siebie, a świat jedynie odpowiada na to zaproszenie. To zawsze głęboka refleksja do brania odpowiedzialności za to, co przyciągamy do swojego życia i relacji.
Hejt i bezkrytyczny podziw to dwie strony tej samej monety, którą osoba idealizowana sama wrzuca w cyfrową przestrzeń. Wyzwolenie z tego chwiejnego cyklu zaczyna się od odwagi do zdjęcia samego siebie z idealizacji – przyznania przed sobą: „Mam prawo do błędu, słabości i Cienia. Nie muszę być autorytetem/na piedestale, by być wartościowym człowiekiem„.
.. Ale zanim zaczniesz innych osądzać o to, jak bardzo są nieświadomi i jak łatwo wpadają w ten mechanizm… zatrzymaj się i spójrz też na siebie. Czy to właśnie osądzanie nie jest właśnie naszą własną, subtelną formą idealizacji? Hmm 🙂 Jak pisałam na samym początku.. idealizacja jest powszechnym mechanizmem.
Z mojego fotela
W mojej pracy gabinetowej regularnie spotykałam się z tą specyficzną formą idealizacji, którą podbijał mój profil na Instagramie, gdzie swego czasu faktycznie udostępniałam tylko to, co łatwe, grzeczne i skontrolowane. Obserwując to przez kilka lat, wierząc w to, w co wierzę i szukając stale swojej drogi środka, postanowiłam wziąć za to pełną odpowiedzialność.Byłam ciekawa dlaczego klientki i klienci przychodzą do mnie czasem z gotowym, wykadrowanym obrazem tego, kim powinnam być; jakbym miała odpowiedź na każde pytanie i była wolna od jakichkolwiek rozterek.
Nie odcinam się od tego tematu, bo sama dobrze znam ten mechanizm od środka; zresztą jak wiele osób, bo przestrzeń społecznościowa od dawna silnie go wzmacnia. Kiedyś idealizowałam całkowicie. Wszyscy inni wydawali się lepsi, mądrzejsi i bardziej ułożeni, a od siebie wymagałam poprzeczki zawieszonej na wręcz nieludzkiej wysokości. W mojej dawnej strukturze „grzecznej dziewczynki” rozpoznawalność, jaką dawał Instagram, była niezwykle kusząca; karmiła to głębokie zapotrzebowanie na podziw, bezpieczny porządek i stale zewnętrzne potwierdzanie własnej wartości.
Przełom, który kiełkował aż do dzisiejszego artykułu, przyszedł kilka lat temu, gdy moja Mentorka zwróciła mi uwagę na rzecz kluczową: pokazała mi, jak uciekam w idealizację i jak bardzo jest to ruch odchodzący od życiowej równowagi energii. To nie była lekcja biczowania się za własne obrony. To był ten moment „Aha! Widzę to!” Zrozumiałam, że stojąc na piedestale – albo stawiając na nim innych – nie da się budować autentycznego spotkania.
Dziś, biorąc pełną odpowiedzialność za to, co przyciągam i jaką przestrzeń tworzę, wybieram zupełnie inną drogę. Gdy tylko czuję w gabinecie pierwsze drgania idealizacji ze strony klienta, bardzo szybko i z łagodnością to prostuję. Stawiam jasną granicę i przypominam:
„Jestem zwykłym człowiekiem. Takim samym jak Ty. Mam swoje zasoby, ale mam też swoje granice, gorsze dni i przestrzeń na błędy„.
Rozbrojenie tej iluzji przywraca często relacji prawdziwe życie. Dopiero gdy zdejmujemy z siebie i z drugiego człowieka ciężar bycia ideałem, wchodzimy w przestrzeń równowagi, w której może dokonać się realny rozwój.
W pracy z ludźmi odkryłam coś poruszającego: kiedy pozwalamy się idealizować i wchodzimy w rolę wszechwiedzącego autorytetu, nieświadomie zasilamy samosabotaż drugiego człowieka. Niektórym z nas podświadomie bezgranicznie „opłaca się” utknąć w swoim problemie. Dlaczego? Bo dopóki są w roli potrzebującego, a autorytet w roli „opiekuńczej matki”, mogą pielęgnować to, co nieprzepracowane z własnym rodzicem. Mogą wciąż czerpać uwagę, czuć się zaopiekowani, a jednocześnie- nie robiąc wszystkiego i sabotując proces – dają sobie prawo, by wciąż wymagać tej troski i nie brać dorosłej odpowiedzialności za swoje życie.
Dopiero gdy zdejmujemy z siebie ciężar bycia ideałem i stajemy przed drugim człowiekiem jako zwykły, autentyczny człowiek, przecinamy ten dziecięcy układ. Wchodzimy w przestrzeń równowagi; tam, gdzie nie ma już „matki” i „zależnego dziecka”, a pojawia się dorosły z dorosłym. I dopiero wtedy może dokonać się realny rozwój.
Pułapka Wahadła
Idealizacja nigdy nie jest stanem nieruchomym. W swej naturze przypomina mocno wychylone wahadło; im wyżej i z większą siłą podciągniemy drugiego człowieka w stronę absolutnej doskonałości, tym gwałtowniej i z większym pędem wahadło odbije w drugą stronę: ku dewaluacji.
Dewaluacja staje się drugą, nieuchronną stroną idealizacji. Kiedy pęka iluzja stworzona przez naszą potrzebę bezpieczeństwa, psychika niepotrafiąca zatrzymać się w dojrzałym środku odrzuca obiekt całkowicie. Jak pisałam wcześniej: z półboga na oszusta.

Przemoc ukryta pod zachwytem
Na powierzchni idealizacja wygląda jak wyraz miłości, podziwu czy szacunku. W rzeczywistości bywa formą ukrytej przemocy psychicznej i nieświadomego szantażu. Stawiając drugą osobę rodzica, partnera, terapeutę czy przyjaciela na piedestale, nakładamy na nią nieludzki ciężar. Rezygnujemy z widzenia jej prawdy na rzecz naszej własnej fantazji.
Idealizacja odbiera drugiemu człowiekowi najbardziej podstawowe, ludzkie prawo: prawo do błędu, słabości, złości czy odczuwania wyczerpania. Mówi nieświadomie: „Będę Cię kochać i szanować tylko pod warunkiem, że nigdy nie pękniesz, nie pomylisz się i nie wykażesz braku kompetencji”. To nieludzka presja, która zamienia realną relację w chwiejną atrapę.
Pamiętam, jak kilka lat temu napisałam w sieci o tym, że choruję i mdleję z wyczerpania. W odpowiedzi przeczytałam komentarz pełen niedowierzania: „Ty??? Taka osoba ćwicząca i dobrze odżywiająca się?!”.
Dziś patrzę na to z dużą dozą wyrozumiałości. Takie sytuacje przyciągałam dokładnie wtedy, gdy sama stawiałam sobie nieludzkie wymagania. Kiedy sama od siebie wymagałam bycia robotem wolnym od słabości, świat jedynie odbijał ten zapis, nie dając mi prawa do bycia po prostu zmęczonym człowiekiem.
Co więcej, w mechanizmie tym kryje się często nieświadome dążenie do ponownego zranienia. Przypisując komuś wartości nadludzkie, nasz umysł podświadomie prowokuje sytuację, w której ten ktoś w końcu musi nas rozczarować. Dlaczego? Ponieważ na głębokim poziomie psychika dąży do domknięcia starego, dobrze znanego schematu z dzieciństwa: „Wiedziałam, że tak będzie. Wszyscy w końcu ranią i nie można nikomu zaufać„. Rozczarowanie staje się wtedy gorzkim, ale jakże bezpiecznym potwierdzeniem dawnej rany.
Na przykład rany odrzucenia.
Często obserwuję ten mechanizm na własnym przykładzie. Zdarza się, że moja skrzynka odbiorcza z dnia na dzień zapełnia się dziesiątkami wiadomości, po czym milknie na kilka dni. Prowadząc konsultacje od rana do wieczora i przygotowując obszerne zalecenia, po prostu fizycznie nie jestem w stanie odpowiedzieć natychmiast. Nie stoją za tym żadne złe intencje; taka jest po prostu moja ludzka pojemność i czasowa rzeczywistość.
Pamiętam sytuację, gdy zaledwie po 24 godzinach od wysłania wiadomości zadzwoniła do mnie klientka, dzieląc się ogromnym rozczarowaniem moją postawą i czasem oczekiwania na odpowiedź. Była wtedy w ciąży, przeżywała mnóstwo trudnych emocji i napisała maila o swoim złym samopoczuciu z pytaniem, czy ma jechać do lekarza. W jej lęku i trudnym momencie pojawiło się nieświadome oczekiwanie, że przejmę rolę kogoś, kto podejmie za nią tę decyzję – co totalnie wykraczało nie tylko poza zasady naszej współpracy, ale przede wszystkim poza moje kompetencje, bo nie jestem lekarzem.
W takich momentach nie chodzi o brak życzliwości czy ocenianie. Chodzi o dostrzeżenie, jak głęboki lęk przed odrzuceniem potrafi zniekształcić rzeczywistość. Gdy z powodu braku natychmiastowej odpowiedzi włączy się dawny skrypt: „znowu ktoś mnie zostawił„, zapominamy o granicach, faktach i własnej sprawczości, przelewając całą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo na drugi brzeg.
Mechanizm współuzależnienia: Idealizacja jako ucieczka przed sobą
Zjawisko to doskonale znają programy wsparcia dla osób współuzależnionych (takie jak Al-Anon). W kontekście współuzależnienia idealizacja pełni funkcję obronną o ogromnym rażeniu:
- Idealizacja potencjału zamiast faktów: Osoba współuzależniona często nie zakochuje się w realnym człowieku, lecz w jego potencjale. Myśli: „On ma w sobie tyle dobra, ja go zmienię, przy mnie rozkwitnie”. To próba ucieczki przed konfrontacją z teraźniejszością i brakami partnera.
- Oddanie własnej sprawczości: Wynoszenie partnera lub rodzica (np córka – ojca) do rangi nieomylnego autorytetu zwalnia osobę współuzależnioną z odpowiedzialności za własne życie, wyznaczenie granic i własny osąd.
- Narzędzie systemu zaprzeczenia: W rodzinach dysfunkcyjnych idealizacja służy podtrzymaniu iluzji za wszelką cenę. „Nasz dom jest wspaniały, tata jest cudowny i wybitny” – to narracja, która pozwala nie widzieć np. uzależnienia, alkoholu, przemocy czy chłodu emocjonalnego, chroniąc całą strukturę przed psychicznym rozpadem.
Dojrzałość emocjonalna – i przejście od symbolicznego archetypu Kory do Persefony – zacznie się w miejscu, w którym pozwalamy wahadłu zatrzymać się w samym środku. Gdy oddajemy drugiemu człowiekowi prawo do bycia zwykłym, niedoskonałym i popełniającym błędy, dopiero wtedy otwieramy drzwi do autentycznej relacji i prawdziwego spotkania.
Idealizacja w ujęciu Berta Hellingera
W koncepcji Ustawień Systemowych Berta Hellingera idealizacja jest traktowana jako zaburzenie porządku miłości i – co mnie zaskoczyło- forma.. pychy.
a) Wynoszenie rodzica ponad ziemię (Święty Rodzic)
Gdy dziecko idealizuje rodzica, nie patrzy na niego z poziomu małego dziecka, lecz stawia go w sferze boskiej („Matka-Niebo”, „Ojciec-Niebo”). Hellinger podkreślał, że:
- Idealizacja to ukryta pogarda/braki w akceptacji: Kiedy idealizujemy rodzica, kochamy tylko jego wypreparowany, „czysty” obraz. Nie akceptujemy jego prawdziwego losu, jego słabości, jego grzechów, jego choroby (np alkoholowej) czy jego cierpienia.
- Dziecięce uznanie i przyjęcie rodzica zachodzi wtedy, gdy dziecko mówi w duchu: „Akceptuję Cię dokładnie takim, jaki jesteś – z twoją siłą i z twoim ciężarem, za pełną cenę, jaką za to zapłaciłeś„. Idealizacja mówi zaś: „Biorę tylko to, co w tobie ładne„.
b) Symetria i partnerstwo zamiast poddaństwa
Hellinger zauważał, że córka, która idealizuje ojca (lub matkę), często przyjmuje rolę jego „duchowej partnerki” lub „małej księżniczki”, uniemożliwiając sobie wejście w realny, nieidealny związek partnerski z mężczyzną na ziemi.
c) Przyjęcie cienia i losu rodziców
U Hellingera wyzwolenie następuje przez pokłon przed losem rodziców:
Droga mamo / Drogi tato. Patrzę na Wasz los z szacunkiem i zostawiam go przy Was. (Ja idę swoją własną drogą)
Często, gdy w procesie pracy nad tym tematem rodzic „schodzi na ziemię”, znikają stopniowo nierealne oczekiwania i presja, a pojawia się realna siła życiowa.
Przejście archetypowe: Od Kory do Persefony
W mitologii greckiej i psychologii jungowskiej (m.in. Jean Shinoda Bolen):
- Kora (Dziewczyna): Żyje pod skrzydłami nadopiekuńczej lub dominującej Demeter. Kora patrzy na matkę „do góry”. Nie ma własnego osądu, jej tożsamość jest przedłużeniem matki. Prawda jest jedna i określa ją matka.
- Zejście do Podziemia (Kryzys /Rozczarowanie): Porwanie przez Hadesa symbolizuje zetknięcie z cieniem, z trudną rzeczywistością, brakiem, śmiercią iluzji
- Persefona (Królowa Podziemi): Po przejściu przez ciemność Persefona nie nienawidzi Demeter, ale nie jest już od niej zależna. Zdejmuje matkę z piedestału. Widzi Demeter jako zwykłą, ograniczoną kobietę, która potrafi kochać, ale potrafi też być zaborcza. Persefona staje się odrębną, dojrzałą kobietą. Więcej przeczytacie w artykule o Persefonie
KORA (Niewiedza /Idealizacja matki)
│
▼
PORWANIE / PODZIEMIA (Pęknięcie iluzji, konfrontacja z Cieniem)
│
▼
PERSEFONA (Integracja/ Separacja / Własny osąd)
Cyfrowy piedestał. Jak Instagram zmaterializował naszą potrzebę iluzji
Jeśli mechanizm idealizacji narodził się w relacji z niedostępnym, niespójnym lub autorytarnym rodzicem, to kultura social mediów- z In$tagramem na czele – stała się jego najbardziej wyrafinowanym architektem. To, co kiedyś było indywidualną obroną psychologiczną chroniącą dziecko przed zranieniem, dziś zyskało formę powszechnego, cyfrowego nawyku. Instagram nie stworzył idealizacji, ale dał jej nieskończoną pożywkę i idealne środowisko do rozwoju.
Ekran jako współczesne rozszczepienie
W klasycznej psychoanalizie Melanie Klein opisuje rozszczepienie jako PRYMITYWNY mechanizm, w którym psychika dzieli świat na skrajnie dobry i skrajnie zły, nie potrafiąc pomieścić ich w jednej całości. Ekran smartfona robi dokładnie to samo, tylko na poziomie technologicznym:
- Usuwanie Cienia: Kadr na Instagramie z natury estetyzuje rzeczywistość. Premiuje sukces, porządek, stylizację i spokój, starannie odcinając zmęczenie, złość, bałagan czy brak sensu.
- Cyfrowa negacja negatywów: Obserwator dostaje wypreparowany „dobry” obiekt. Psychika wychowana w walce o akceptację reaguje natychmiastowo: zachwyca się, wielbi i bezrefleksyjnie przyjmuje, że po drugiej stronie ekranu istnieje świat pozbawiony skaz.
1% faktów, 99% Twojej własnej projekcji
Największa pułapka social mediów polega na tym, że dają nam one zaledwie fragment czyjegoś życia, a nasz umysł automatycznie dopowiada całą resztę. W psychodynamicznym ujęciu idealizacja na Instagramie jest w istocie czystą projekcją:
CYFROWY KADR (1% faktów) ──> LUKI W WIEDZY ──> NIEUŚWIADOMIONE BRAKI ──> IDEALIZACJA ("Oni wiedzą, jak żyć")
Kiedy ktoś patrzy na idealnie urządzony dom, udany związek czy bezstresowe rodzicielstwo cyfrowego twórcy, nie widzi tej osoby taką, jaka jest w rzeczywistości. Dopóki nie jest tego świadomy, widzi na niej zmaterializowane własne tęsknoty: głód bezpieczeństwa, porządku, bycia ważnym czy akceptowanym. Projektuje wówczas na obcego człowieka z ekranu cechy, których brakuje mu w codzienności, i stawia go na piedestale. Przyjmuje przy tym rolę Kory- tej, która patrzy z dołu i oddaje swoją sprawczość komuś, kto według niej „wie lepiej”.
Wyuczona bezradność
Trudno pracuje się na poziomie nierówności, kiedy druga strona wchodzi w pozycję zależnego dziecka: „Ja się na tym nie znam, nie interesuję się tym, nie wiem, co biorę… Powiedz mi, co mam robić, to zrobię„.
Ostatnio w gabinecie zwróciłam na to uwagę mojej klientce. Poczułam ogromną wdzięczność za jej absolutną uczciwość, kiedy po chwili refleksji odpowiedziała: „Wiesz… już wielu ludzi mówiło mi, że zachowuję się jak taka mała dziewczynka. Ale nauczyli mnie z tego korzystać, jest mi z tym wygodnie i szczerze mówiąc, nie wiem, czy chcę to zmieniać„.
To moment niezwykłego wglądu. Pokazuje, jak potężna potrafi być wtórna korzyść z bycia w pozycji słabszego czy nieświadomego. Bycie „dzieckiem”, które oddaje sprawczość autorytetowi, daje iluzję wygody: nie trzeba brać odpowiedzialności za swoje wybory, decyzje ani zdrowie. Jeśli coś pójdzie nie tak, to nie moja wina.. przecież to „autorytet” kazał.
Dojrzałość – to rezygnacja z wygody i odwaga.
Dewaluacja siebie
Wracając do Instagrama, tą dewaluowaną stroną możemy stać się my sami – i to w chwili, gdy najbardziej idealizujemy innych. To, co w założeniu ma nas motywować, działa jedynie iluzorycznie.
Zderzenie własnej, nieidealnej codzienności; bałaganu, bezsilności czy kryzysu w relacji – z dopracowanym profilem na ekranie może czasem skrajnie rodzić cichy wstręt do własnego życia. U osób z historią „grzecznej dziewczynki”, gdzie słabość była bezwzględnie zakazana, powstaje wtedy niszczący, obwiniający wniosek: Z nimi wszystkim jest w porządku, tylko ze mną jest coś nie tak.
Sprowadzić piksele na ziemię
Uzdrowienie relacji z cyfrowym światem nie wymaga skasowania aplikacji ani gwałtownej dewaluacji twórców (to wszystko kłamstwo i oszustwo). Zamiast oburzenia, potrzebna jest tu dojrzałość (przejście do archetypu Persefony), a wymaga to integracji obrazu:
Uszanowania własnego losu: porzucenia tęsknoty za pikselową makietą i złożenia pokłonu przed własnym, realnym życiem. Zgodzenia się na nie za pełną cenę: z jego nieidealną formą, własnym trudem i autentyczną siłą, której nie da się kupić za żaden filtr :).
Zobaczenia pełnej prawdy: Człowiek z ekranu ma zalety, sukcesy i estetyczne wyczucie, ale ma też swój profil psychoanalizy, cierpienie, błędy, trudne poranki i ograniczenia.
Obserwacja własnego przeniesienia i przeciwprzeniesienia (zmiany zaczynamy od siebie):
- Pojawienie się autorytetu , tak jak np. u mnie w gabinecie: Jeśli klient/ka stawia kogoś na piedestale (Pani jest jedyną osobą, która mnie rozumie), warto pamiętać, że kolejnym krokiem w tym cyklu może być gwałtowna dewaluacja.
- Abstynencja od idealizacji: Świadome pokazywanie swojej ludzkiej, ale nie-boskiej postawy. Daję przestrzeń na to, że mogę się pomylić, a klient ma prawo mieć inne zdanie.
Ciekawa jestem Waszych refleksji po tym artykule
Wyzwolenie z niszczącego cyklu idealizacji i dewaluacji nie wymaga od nas odrzucenia autorytetów czy zamknnięcia się na inspirację ze świata. Wymaga jedynie – i aż – odzyskania kontaktu z rzeczywistością.
Gdy przestajemy wymagać absolutnej nieskazitelności od twórców w sieci, od swoich terapeutów, partnerów, a przede wszystkim od siebie samych, dzieje się coś niezwykłego. Wymuszona rola „grzecznej dziewczynki” czy nieomylnego eksperta traci swoją moc. Zamiast chwiejnej atrapy relacji, w której z jednej strony stoi „półbóg”, a z drugiej „bezradne dziecko”, pojawia się przestrzeń na autentyczne, dorosłe spotkanie.
No i … następnym razem, gdy poczujesz pokusę postawienia kogoś na piedestale albo ukarania go hejtem za to, że okazał się tylko człowiekiem – zatrzymaj się na chwilę.
Zdejmijmy z nas i z innych ciężar bycia doskonałym. Przypomnijmy sobie, że prawda i realny rozwój nigdy nie mieszkają w skrajnościach. Mieszkają dokładnie pośrodku – w akceptacji naszej pięknej, nieidealnej i w pełni ludzkiej codzienności.
To nie jest proste. I takie na pstryknięcie palcem. To proces.
W końcu jak pisał Carl Gustav Jung: „Najbardziej przerażającą rzeczą jest zaakceptować siebie w pełni„
