Kategorie
Wyróżnione

Zejście Persefony do podziemia. Jak przestać być grzeczną dziewczynką i spotkać siebie naprawdę

czyli o Archetypie Persefony oraz zintegrowaniu cienia

Dedykuję ten tekst kobietom, które latami zapominały o sobie: o głodzie, zmęczeniu, potrzebie ciepła, czułości, ruchu, odpoczynku. Tym, które były dzielne tak długo, aż rozpadło się zdrowie. “Grzecznym dziewczynkom”, których ciało dziś mówi za nie, bo ich głos był zbyt długo tłumiony.

To artykuł, który wyrósł z dwóch tematów (z mojego instagrama): grzecznej dziewczynki i integracji cienia. Rozbudowałam je, bo czuję, że mit Persefony może być mapą dla wielu z nas.

To tekst dla kobiet, które odzyskują siebie małymi krokami:

  • przez czułość wobec siebie
  • przez talerz gorącej zupy, który nie ma być nagrodą, tylko odpowiedzią na głód
  • przez “nie” bez tłumaczenia się
  • przez rozpoznawanie, co jest moim głosem, a co echem cudzych oczekiwań
  • przez oddychanie w swojej skórze
  • przez powrót do siebie: tej sprzed przystosowania
  • przez pozwolenie sobie, by być nieidealną, ale prawdziwą

Zacznijmy od opowieści

Dawno, dawno temu, gdy bogowie spacerowali po ziemi, żyła matka -Demeter – bogini plonów, opieki i urodzaju. Jej córka, Kora, była niewinną, delikatną dziewczynką, zawsze przy matce. Żyła w świecie kwiatów i ziół, nie znała głodu, ciemności ani bólu. Demeter kochała ją miłością wielką, ale.. jak to już pewnie się domyślacie- lękową, nadopiekuńczą. Miłością, którą współcześniej nazwano by -miłością typu “zostań blisko”, “świat jest niebezpieczny”, “ja wiem lepiej”. Która innymi słowy jest miłością niby chroniącą, a jednak trudno w niej stać się dorosłym człowiekiem.

Były miejsca, do których Kora nie mogła iść. Ale także Demeter zakazała jej zrywać .. kwiat narcyza. Choć narcyz, wiadomka, był piękny, intensywny, hipnotyzujący. Większość osób wie, że jest symbolem ego, indywidualności, spojrzenia na siebie jako na “odrębną istotę“.

Zakaz wynikał z lęku. Bo co jeśli córka spojrzy na siebie? Może odejść. I nie będzie miała kontroli.
Jeśli poczuje własne pragnienie – może przestać być “córeczką mamusi”. Jeśli zerwie narcyza – świat, który określiła sobie Demeter – przestanie być kompletny. W tej bajce Kora jest jakby przedłużeniem Demeter (to w realu relacja matka – córka, gdzie matka często kieruje córką w kierunkach, w których sama się nie zrealizowała; nazywana jest często “przyjaciółką”, a gdy córka od młodych lat zwierzała się jej- to jej świat budował się mocno wg przekonań i widzenia świata matki).

A jednak… Pewnego dnia Kora zobaczyła narcyza. Zaciekawiona (życiem), wyciągnęła rękę by zerwać kwiat. Ziemia zadrżała.
Rozstąpiła się pod jej stopami. Z czeluści wyłonił się.. Hades- bóg Podziemia, mroku (określimy to dziś: tego, co wyparte i niewypowiedziane).
Porwał ją do swojego królestwa; bez jej zgody yyh. Jakby została przekazana z rąk do rąk (!). Nie z własnej decyzji- to kluczowy wątek inicjacji, który warto rozpoznać w sobie.

Demeter z bólu i strachu – zatrzymała wzrost roślin, odebrała ziemi płodność. Świat zamarł – jak ona- bo matka nie potrafiła puścić córki.

Ale w Podziemiu Kora zaczęła się zmieniać. Poznała głód, tęsknotę, samotność. Poznała też swoją moc, seksualność, granice i ciemność. Od tej pory stała się Persefoną. Nie była już dziewczynką, ani tylko córką. Narodziła się Królowa Podziemia, która poznała oba światy: światło i mrok. Od tej pory wracała do matki tylko na część roku (wówczas na Ziemi pojawiały się plony i zieleń).
Resztę czasu- spędzała żyjąc swoim życiem.

W starożytności jej powrót z Podziemia nie był tylko opowieścią o porach roku. W Eleuzyńskich Misteriach (jednym z najważniejszych rytuałów religijnych Grecji) Demeter i Persefona były symbolem odrodzenia, przejścia przez ciemność i nadziei na “ciąg dalszy” po utracie. W tej historii zstąpienie nigdy nie jest końcem. Jest częścią cyklu.


Tak zaczyna się mit, który nosi w sobie wiele kobiet – i który dziś chcę Ci opowiedzieć.

Dezaprobata rodzicielska i narodziny “grzecznej dziewczynki”

Zanim opowiem więcej o Persefonie, chcę nazwać coś, co bardzo często jest pierwszym progiem tej historii, chociaż rzadko mówimy o tym wprost. Dziecko buduje obraz siebie w relacji, a nie w próżni, dlatego emocje rodziców i opiekunów potrafią być przeżywane przez dziecko tak, jakby były jego własnymi, zwłaszcza wtedy, gdy jest małe i całkowicie zależne od dorosłych. Jeśli w domu jest napięcie, lęk, wstyd, tłumiona złość albo wieczne “trzeba”, dziecko nie ma jeszcze narzędzi, by rozpoznać, że to są emocje dorosłych, które mają swoje źródła w ich historii, przeciążeniu czy braku regulacji. Dziecko przeżywa to inaczej: nie jako “rodzic ma trudność”, tylko jako sygnał o tym, czy ono jest bezpieczne w więzi.

W tym miejscu pojawia się temat aprobaty, bo dla dziecka to nie jest sprawa wizerunku ani ambicji, tylko sprawa przetrwania. Dziecko potrzebuje pożywienia i opieki, ale równie mocno potrzebuje sygnału, że jest przyjmowane, widziane i akceptowane takie, jakie jest. Kiedy ten sygnał jest chwiejny albo pojawia się głównie wtedy, gdy dziecko zachowuje się w określony sposób, zaczyna uczyć się miłości warunkowej. Uczy się tego, że na czułość, spokój i zainteresowanie trzeba zasłużyć, a ceną za bycie sobą może być chłód, krytyka, zawstydzanie albo wycofanie kontaktu.

To właśnie wtedy zaczyna budować się “JA przetrwania”, które później nazywamy “grzeczną dziewczynką” u kobiet. Dziecko, które doświadcza dezaprobaty, nie zawsze robi się głośne czy agresywne; dużo częściej uczy się przewidywać oczekiwania, uczy się być miłe, uczy się nie sprawiać kłopotu, uczy się zgadywać nastroje, uczy się kontrolować emocje, uczy się wstydzić potrzeb i uczy się rezygnować z własnej spontaniczności, bo ta spontaniczność bywała karana. W praktyce oznacza to, że dziecko zaczyna czuć, że jest kochane nie za to, kim jest naprawdę, tylko za to, jak dobrze potrafi się dopasować.

W wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ten mechanizm utrwala się wyjątkowo mocno, ponieważ w tym czasie dziecko tworzy podstawowe schematy na temat siebie, relacji i świata, a negatywne osądy dorosłych przyjmuje jak niepodważalne prawdy. Jeśli słyszy, że jest “zbyt wrażliwe”, “zbyt głośne”, “trudne”, “niegrzeczne”, “leniwe”, “nie takie”, albo jeśli doświadcza zawstydzania i porównywania, to nie filtruje tego jak dorosły, który potrafi oddzielić opinię od faktu. Dziecko buduje z tego samoocenę, a później dokłada do niej kolejne przekonania, które wyglądają jak jego charakter, chociaż często są jedynie wdrukowanym sposobem adaptacji. Stąd biorą się zdania, które człowiek powtarza potem latami, jakby były obiektywną prawdą: że nie ma uzdolnień, że nie potrafi występować publicznie, że nie może popełniać błędów, że musi się starać bardziej niż inni, że nie ma prawa prosić, że nie wypada odmawiać.

Jeśli dezaprobata była codziennością, organizm dziecka zwykle wybiera jeden z dwóch stylów przetrwania, chociaż te style czasem się mieszają. Jedne dzieci uczą się uległości i dopasowania, bo wierzą, że dzięki temu utrzymają więź i unikną kary, więc później w dorosłości mogą mieć trudność z granicami, przepraszać za swoje potrzeby, brać na siebie zbyt wiele i uzależniać się od oceny innych.

Inne dzieci wybierają bunt, ponieważ zauważają, że grzeczność i tak nie zapewnia bezpieczeństwa, więc zaczynają przyciągać uwagę oporem, prowokacją albo ryzykiem, a w dorosłości może to skutkować impulsywnością, trudnością w utrzymaniu stabilnych relacji i poczuciem, że życie składa się z ciągłych starć. Niezależnie jednak od tego, czy dominuje uległość czy bunt, w obu przypadkach rdzeń pozostaje ten sam: wewnętrzny kompas zostaje ustawiony na zewnątrz, bo człowiek przyzwyczaja się do tego, że o jego wartości i bezpieczeństwie decyduje reakcja innych ludzi.

Ten schemat potrafi bardzo mocno odcisnąć się w ciele, ponieważ życie w trybie “muszę być odpowiednia” często oznacza przewlekłą czujność, napięcie i brak prawdziwego odpoczynku. Organizm uczy się nie mówić wprost, uczy się trzymać emocje: w gardle, w szczęce, w brzuchu, uczy się funkcjonować w mobilizacji, zamiast w spokoju; dlatego wiele kobiet ma wrażenie, że nawet kiedy “nic się nie dzieje”, one i tak są w środku spięte, jakby nadal czekały na ocenę. I wtedy ciało zaczyna mówić, czasem subtelnie, a czasem bardzo głośno, że nie da się żyć w tej roli bez końca.

Uwolnienie się spod układu “aprobata-dezaprobata” jest ważne nie dlatego, że nagle przestaje boleć krytyka, tylko dlatego, że człowiek przestaje budować siebie na cudzych reakcjach. To ważne, ale to zwykle wymaga czasu, bo polega na odzyskiwaniu zaufania do własnych odczuć, na uczeniu się granic bez poczucia winy, na oddzielaniu faktów od starych schematów, a czasem także na pracy terapeutycznej, jeśli rany z dzieciństwa były głębokie i wciąż uruchamiają silne reakcje w relacjach. Tu pomocny może się okazać ostatni post o Trójkącie Karpmana.

I w tym miejscu zaczyna się opowieść o Persefonie, bo mit o zejściu do Podziemia można czytać jako opis tego momentu, w którym kobieta przestaje żyć jako “grzeczna dziewczynka” i zaczyna schodzić do prawdy o sobie, do swoich potrzeb, do swojej złości, do swojego pragnienia, a przede wszystkim do tego, co przez lata było wyparte, żeby w ogóle dało się przetrwać.

Kobiecy rozwój prowadzi w dół!

Myślisz sobie, co ta Kocięda znów wymyśliła? Jednak coraz bliżej mi do prawdy, którą potwierdza TCM, medycyna czakralna i intuicja, że my kobiety mamy łączność z Ziemią (Matką Ziemią), a nasza archetypiczna mapa -przestała mieścić się w męskim modelu rozwoju – i nasza droga nie prowadzi tylko na szczyt, ale głęboko do środka, wnętrza, do przywrócenia połączenia z Ziemią i Naturą. Siła męska często jest na zewnątrz, a my kobiety – często prędzej czy później odkrywamy, że dobrze jest inwestować w siłę wewnętrzną- bo to jest nasza MOC.
Wiele z nas odkrywa w sobie archetyp Ateny, a wtedy warto sobie przypomnieć, że naszą drogą nie jest tylko zdobywanie świata na zewnątrz, a odkrywanie siebie/powrót do siebie- do wewnątrz.


To, że schodzisz w cień, nie znaczy, że tracisz drogę. To znaczy, że przestajesz iść po cudzym świetle i zaczynasz iść po swoje. Jeśli teraz jest ciemniej, to nie dlatego, że coś się popsuło. Tylko dlatego, że wreszcie przestałaś żyć w iluzji. I może już szukasz autentyczności, życia w prawdzie.

Maureen Murdock, w swojej książce “Podróż bohaterki” (objęta patronatem Polskiego Towarzystwa Psychoanalizy Jungowskiej) nazwała to wprost:
“Kobieca podróż nie polega na wspinaniu się na górę.
Polega na zejściu: do podziemi duszy (do swojej rany, do prawdy)”. Na końcu zamieściłam opis, jak często wygląda taka droga inicjacyjna u współczesnej kobiety, ciekawa jestem czy się w niej odnajdziecie. Bo ja – bardzo.

Manifest do kobiet

Mało znam mężczyzn, którzy sami z siebie zaglądają do własnego cienia i potrafią powiedzieć na głos: “boję się”, “jest mi wstyd”, “nie radzę sobie”. Często pierwszy impuls przychodzi od kobiety albo z relacji, która ich do tego doprowadza. I ja to rozumiem, bo to jest trudne dla każdego człowieka. Przyznanie się do bezsilności nie bez powodu jest pierwszym krokiem w programach zdrowienia z uzależnień, bo dopiero wtedy przestaje działać mechanizm zaprzeczania i można w ogóle zacząć leczyć to, co boli naprawdę. Tylko że jeśli my, kobiety, też będziemy omijać swój cień, to co właściwie będziemy budować? Zamki na ruchomych piaskach??

Nie mamy pełnej kontroli nad tym, czy ktoś inny zejdzie do swojego cienia. Mamy wpływ przede wszystkim na siebie, na swoje wybory, na to, czy my same przestaniemy żyć w zaprzeczeniu. I jednocześnie mamy coś jeszcze: możemy być inspiracją. Nie przez “naprawianie” kogokolwiek, tylko przez sposób, w jaki żyjemy w prawdzie, jak stawiamy granice, jak mówimy o wstydzie i lęku bez uciekania w maski.

Widzę też, że wiele kobiet idzie drogą Ateny, czyli drogą bardzo liniową: cel, plan, działanie, wynik (znam to, też tak robiłam). To bywa potrzebne i piękne, bo daje sprawczość, ale czasem staje się próbą życia według męskiego wzorca rozwoju, jakbyśmy miały udowodnić, że umiemy funkcjonować w świecie bez czucia, bez cyklu, bez odpoczynku, bez zejścia w głąb. I wtedy tracimy kontakt z tym, co w nas lunarne, miękkie, intuicyjne, a to właśnie tam często mieszka prawdziwa siła.

Ja wierzę, że energia męska i żeńska naprawdę mogą się uzupełniać, a zasada yin i yang działa w relacjach nie jako podział ról na zawsze, tylko jako ruch, taniec, naturalna potrzeba równowagi. Jeśli jedna strona zbyt długo idzie tylko “w górę” i “na zewnątrz”, a druga zbyt długo tylko “w dół” i “do środka”, to system prędzej czy później i tak będzie szukał kompensacji. Pytanie brzmi, czy my tę równowagę budujemy świadomie, czy ona przychodzi przez kryzys?

Czasem mam takie poczucie, że kobieta wnosi do relacji coś, co porządkuje świat wewnętrzny: pomaga zbudować oś, sens, spokój, miękkość, która nie jest słabością. A mężczyzna wnosi coś, co porządkuje świat zewnętrzny: strukturę, ruch, ochronę, bezpieczeństwo, “idę i robię”. W języku energii można by powiedzieć, że często spotyka się tu wewnętrzna siła z zewnętrzną siłą, a w języku czakr: u wielu kobiet naturalnie łatwiej płynie energia serca i intuicji, z ziemi, a u wielu mężczyzn mocniej pracuje energia działania i kierunku, energia z nieba. Oczywiście to się miesza, bywa odwrotnie i nie chcę robić z tego jedynej prawdy, ale widzę, że to jest częsty układ. Dziś nawet coraz częściej spotyka się termin: współczesnych odwróconych ról. To jest ciekawe, nasze czasy są jakimś odbiciem wielu pokoleń patriarchatu. Ale też niezbyt dobrym na to rozwiązaniem jest matriarchat; dobrze by było znaleźć drogę środka, zaczynając od siebie.

I dlatego tak ważna jest dwustronność. Kobieta nie może być tylko “źródłem”, które daje inspirację, spokój i paliwo, a potem zostaje pusta. Mężczyzna nie może tylko brać i rosnąć “na tej energii”, a kobieta nie może dźwigać dwóch osób i jeszcze całego świata. Równowaga pojawia się dopiero wtedy, gdy obie strony coś dają i dostają, obie strony mówią o swoich potrzebach i obie strony mają prawo do oparcia.

I jest jeszcze coś, co widzę bardzo wyraźnie, kiedy relacja jest zdrowa i oparta na wzajemności. Gdy mężczyzna potrafi dać bezpieczeństwo na zewnątrz, czyli stabilność, strukturę, spokój, kobieta często zaczyna oddychać pełniej i łagodniej, bo nie musi już wszystkiego dźwigać w samotności. To poczucie oparcia pomaga by układ nerwowy wyszedł z trybu przetrwania w tryb tworzenia. A kobieta w swojej naturze jest twórczynią: tworzy życie, ale tworzy też idee, projekty, przestrzenie, rękodzieło, opowieści, strategie, piękno, rozwiązania. Bardzo często nosi w sobie pomysły, które potrzebują nie tylko talentu, ale też wsparcia i osadzenia w świecie, i wtedy męska energia może być jak rama dla obrazu albo jak fundament pod dom, w którym można wreszcie rozwinąć skrzydła.

W drugą stronę działa to tak samo: mężczyzna też nie jest stworzony do tego, żeby stale “ciągnąć na zewnątrz” sam. Jeśli relacja opiera się wyłącznie na tym, że on ma dowozić bezpieczeństwo, strukturę i kierunek, a kobieta w tym czasie zamiera w pasywności, rezygnuje z własnej mocy i nie wnosi swojej obecności, czułości, inspiracji, współtworzenia, to on w końcu zaczyna dźwigać za dwoje. I nawet jeśli na początku robi to z miłości, z czasem pojawia się zmęczenie, presja i poczucie, że nie ma gdzie “oddychać”. Dlatego w zdrowej dynamice kobieta nie tylko korzysta z oparcia, ale też aktywnie wnosi swoją siłę odśrodkową: życie, ruch, sens, twórczość, emocjonalną obecność i prawdę.

To jest piękne wtedy, kiedy nie zamienia się w układ zależności ani w kontrolę, tylko w partnerstwo, w którym jedno daje oparcie, a drugie wnosi życie, inspirację i kierunek sensu, i obie strony rosną, bo obie strony czują się widziane. Wtedy tworzenie nie jest ucieczką od lęku, tylko naturalnym ruchem serca.

Zdarza się, że mężczyźni publicznie mówią, że zawdzięczają swój wzrost partnerce, a ja też słyszę to w swoim życiu.

Może coś w tym jest? Ale jeśli ma to być zdrowe, to musi działać w dwie strony.

Dlaczego Persefona

Piszę o Korze- Persefonie, bo to archetyp, który jest mi bliski. Potrzebowałam zejść do podziemia, żeby stać się naprawdę dorosła. Persefona nadal we mnie jest: odzywa się w mojej wrażliwości, w skłonności do “bycia miłą”, ale też w spontanicznych pomysłach, w zachwycie światem i ludźmi, w tym, że wciąż potrafię czuć dużo. A jednocześnie jest we mnie też to drugie: bolesne doświadczenia, które były mi potrzebne, żebym przestała żyć wyłącznie jako czyjaś córka, “przekazywana z rąk do rąk” (zewnątrz-sterowność), czyjeś “wzorowe dziecko na pokaz z wysokim IQ”, czyjaś wersja mnie.

Dzisiaj umiem mówić o swoich słabościach bez poczucia winy i wstydu, i bez maski, umiem przyznać, że nie zawsze wiem, nie zawsze mam siłę, nie zawsze mam gotową odpowiedź. Nie próbuję już udawać kogoś, kim nie jestem, a do wielu swoich cech i dawnych wzorców mam więcej dystansu, bo rozumiem, skąd się wzięły i czemu kiedyś uruchamiały we mnie mechanizmy obronne; od wojowniczki po cierpiętnicę. Oczywiście, to nie znaczy, że wszystko zostało uzdrowione i zamknięte, bo taka praca rzadko dzieje się raz na zawsze. To proces na całe życie. Ale, w moim odczuciu, to znaczy, że znam już wiele mechanizmów, mam narzędzia, potrafię wracać do siebie, kiedy odpływam w stare schematy (albo ..czasem je dopiero nazywam po fakcie:D), i wiem, że ten proces wymaga czasu, cierpliwości i łagodności, a nie kolejnej presji, żeby być “naprawioną”. I super przy tym mieć drugą osobę, z którą możesz o tym pogadać jak Dorosły z Dorosłym.. ja mam to szczęście, że takie osoby- pracujące nad sobą- otaczają mnie od lat. I wzajemnie się inspirujemy i wspieramy; też rozmowami o naszych cieniach- bo to najlepsze rozmowy… przy ciastku – jak ktoś potrzebuje. Albo naparze z tulsi.

Kora w nas: grzeczna dziewczynka

Kora to etap zależności. Wiele kobiet przechodzi go naturalnie, zanim dokona wyborów, zanim dojrzeje i stanie się symbolicznie Persefoną. Bywa jednak, że ta przemiana nie przychodzi przez spokojne dojrzewanie, tylko przez doświadczenie przekroczenia granic, czyli przez “porwanie do Hadesu”, które w życiu wielu kobiet ma bardzo konkretny wymiar. I mówię o tym ostrożnie, ale wprost, bo wiem to z rozmów i z pracy z kobietami: przekraczanie granic zdarza się często (nadal!), zarówno cieleśnie, jak i słownie, w relacjach, które z zewnątrz potrafią wyglądać “normalnie i wysoko-funkcjonująco”.

Będę jeszcze o tym pisać, bo temat przemocy i przekraczania granic nie jest dodatkiem do mitu, tylko jednym z jego najboleśniejszych punktów, z którym wiele kobiet konfrontuje się w realnym świecie. Na co dzień pracuję głównie z kobietami z domów przemocowych i z kobietami po gwałtach, dlatego część osób zna mój aspekt Artemidy, ten, który reaguje natychmiastową niezgodą na krzywdę i ma odruch ochrony. I mam wdzięczność do tego, że przez lata pracy nad sobą nauczyłam się trzymać tę siłę w granicy, a nie w odwecie (może dobrze, że porzuciłam łucznictwo;)). Bo niektóre historie budzą we mnie skrajne emocje, a jednocześnie wymagają obecności, uważności i mądrości, która nie zamienia się w przemoc w drugą stronę.

I właśnie dlatego ten etap Kory jest tak ważny, bo nie chodzi tylko o młodość i niewinność, ale o to, czy w którymś momencie dostajemy prawo, narzędzia i bezpieczne warunki, żeby stać się sobą. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Kora staje się stałą tożsamością.

Współczesna Kora:

  • jest uprzejma, ale nieautentyczna
  • jest empatyczna, ale kosztem siebie
  • jest zależna, choć pozornie wolna
  • dopasowuje się, bo to dawało bezpieczeństwo
  • czeka, aż ktoś “odmieni jej los” (nie ma sprawczości wewnętrznej)
  • nie zna swoich potrzeb albo ma do nich wstyd

Kora nie jest tylko ładnym imieniem w micie. To słowo znaczy po prostu Dziewczyna / Córka / Panna i już w samym brzmieniu niesie rolę: bycie czyjąś. Dopiero Persefona staje się kimś “z siebie”, z własnym królestwem i własną władzą, bo przechodzi przez doświadczenie, które oddziela ją od samego bycia córką.

Mitologia/archetypy jako pomost do mówienia wprost

To jest mechanizm przetrwania, a nie wada charakteru. I kiedy mówię o archetypach, nie mam na myśli etykietek, które mają nam powiedzieć “jaka jesteś”, tylko język, który pomaga opisać to, co w nas żyje. Taki pomost, zanim zacznie się mówić wprost. Każda z nas nosi w sobie wiele jakości i wiele postaci, ale są etapy życia, w których pewne cechy dominują, bo właśnie one były potrzebne, żeby przejść przez dany czas.

Zauważyłam też coś bardzo ważnego: wielu kobietom trudno jest mówić o sobie wprost, nazwać swoje mechanizmy i potrzeby własnymi słowami, zwłaszcza jeśli przez lata uczyły się milczeć, dopasowywać albo “nie robić problemu”. I wtedy ogromnym wsparciem stają się mitologie, symbole i historie bogiń, bo pozwalają zobaczyć siebie bez wstydu i bez poczucia, że “ze mną jest coś nie tak”. Moim Klientkom łatwiej powiedzieć czasem: “we mnie żyje Kora” albo “odezwała się Artemida”, niż od razu wejść w najtrudniejsze zdania o lęku, zależności, gniewie czy samotności.

Dlatego wprowadzam Was do mojego świata pasji. Nie po to, żeby uciekać w metafory, tylko po to, żeby mieć mapę, kiedy brakuje słów. Ten język bardzo mi pomógł i widzę, że pomaga też innym kobietom odzyskiwać siebie, kawałek po kawałku.

Matka przyjaciółka i powierniczka

Kora często rośnie w relacji, w której “mama wie najlepiej”, a matka jest jednocześnie “przyjaciółką” i powierniczką. Córka oddaje jej swoje decyzje: relacje, ubrania, wybory, poglądy, a nawet sposób przeżywania świata. Z zewnątrz wygląda to jak bliskość, ale w środku często jest to brak separacji, bo bez psychicznego oddzielenia nie ma miejsca na własną tożsamość.

W takiej relacji łatwo pojawia się jeszcze jeden mechanizm: matka staje się pierwszym i najważniejszym autorytetem, a potem ten wzorzec bywa przenoszony dalej, już na innych ludzi. Dziewczyna zaczyna projektować “wiedzącą mamę” na terapeutę, szefową, mentorkę, nauczyciela, “autorytet z Instagrama”, czasem nawet na przyjaciółkę. Zamiast budować własne decyzje od środka, zaczyna szukać ich na zewnątrz. Wtedy pojawiają się zdania, które brzmią niewinnie, ale pokazują zależność: “Boże, co ja bym bez ciebie zrobiła”, “Ja sama nie umiem”, “Potrzebuje Ciebie”.. I jeśli ktoś jest tego nieświadomy, nawet dobrymi chęciami może wybrukować piekło, bo zamiast wzmacniać w drugim człowieku sprawczość, zaczyna ją przejmować, a to bardzo łatwo myli się z troską.

Warto sobie wtedy zadać proste pytanie, które jest dla mnie papierkiem lakmusowym zdrowej relacji: kiedy ktoś mówi “pokażę ci drogę, jak żyć”, to czy traktuje cię jak dorosłą osobę, która ma własny kompas, czy jak dziecko, które trzeba poprowadzić za rękę. Bo czyż wsparcie w dorosłości nie polega na tym, że ktoś nie daje Ci gotową instrukcję, tylko na tym, że pomaga ci usłyszeć siebie, nazwać potrzeby i zobaczyć konsekwencje, a decyzję zostawia w twoich rękach??

Takie zależności są stare jak świat i wiele osób do dziś buduje na nich wpływ, a nawet całe strategie marketingowe. To działa, bo dotyka bardzo pierwotnej potrzeby: jeśli w środku czuję się niepewnie, to naturalnie szukam kogoś, kto da mi prostą odpowiedź, jasną mapę i obietnicę bezpieczeństwa. I to jest w pełni zrozumiałe, bo kiedy ktoś dorastał w przekazie, że samodzielność jest ryzykowna, a własne zdanie może oznaczać utratę miłości, to późniejsze dorosłe JA potrzebuje czasu, żeby nauczyć się ufać sobie, zamiast oddawać władzę na zewnątrz.

A zobaczcie, w jakim świecie żyjemy teraz. Mamy chaos informacyjny, nadmiar “prawd”, sprzeczne zalecenia, tysiące autorytetów, którzy mówią zupełnie różne rzeczy, a każdy brzmi pewnie i każdy obiecuje, że ma odpowiedź. I czasem myślę, że to jest jedna z największych lekcji samodzielności dla nas wszystkich: nie tyle znaleźć kolejną osobę, która “powie, jak żyć”, tylko nauczyć się weryfikować, czuć, rozróżniać, zadawać pytania i wracać do własnego kompasu. Bo w świecie, w którym każdy krzyczy, dojrzałość zaczyna się od tego czy umiesz usłyszeć siebie.

Jeśli nie zrobimy separacji, będziemy przenosić obraz “wiedzącej mamy” na kolejnych autorytetów, a wtedy zawsze ktoś będzie nam mówił, kim jesteśmy i co mamy robić. Separacja nie jest odcięciem miłości, tylko wyjściem z potrzeby pozwolenia. To jest moment, w którym ster wraca do rąk. I wtedy możesz budować już własne, a nie tylko cudze królestwo – zamek na stabilnym gruncie.

Podziemie: czym jest cień

Persefona jest wyjątkowa, bo nie należy w całości ani do świata matki, ani do świata Podziemia. Jest mostem. To dlatego jako archetyp tak często rezonuje z kobietami, które uczą się żyć bez skrajności: bez udawania światła, ale też bez utknięcia w mroku. Ona umie schodzić i wracać. 

U Junga “podziemie” można spokojnie nazwać obrazem nieświadomości, czyli tej części psychiki, do której ego nie ma na co dzień dostępu, a która i tak wpływa na nasze wybory, emocje, relacje i ciało (pisałam o tym więcej w artykule Myśli mają moc). To nie jest.. nie wiem, “zło”, jak mnie pytają Klientki, tylko obszar wyparcia, konfliktów i niewyrażonych treści, które zostały odsunięte, bo kiedyś były zbyt trudne, zbyt wstydliwe, zbyt ryzykowne albo nie miały przestrzeni, by zostać przyjęte.

Nie jest to “ciemna strona mocy” w sensie moralnym, tylko psychiczna przestrzeń, w której leży to, czego nie wolno było czuć, mówić i chcieć, a także to, czym nie wolno było być. Leżą tam emocje, które zostały ukarane, potrzeby, które zostały zawstydzone, impulsy, które nazwano “złe”, oraz części osobowości, które musiały zamilknąć, żeby utrzymać więź i przetrwać. Jung nazwałby sporą część tych treści CIENIEM, czyli tym, co zostało odłączone od obrazu siebie, bo nie pasowało do tego, kim “powinnam” być.

I najważniejsze: to, co trafia do podziemia, nie znika. To zaczyna działać pośrednio, zza kulis, przez kompulsje, projekcje, powtarzające się schematy, lęk, napięcie w ciele albo nagłe reakcje, których „nie rozumiem”. Zejście do podziemia w ujęciu jungowskim jest więc ruchem ku integracji, czyli odzyskaniu tych odłączonych części i poszerzeniu świadomości o to, co dotąd było wyparte.

Dwa moje ulubione cytaty-parafrazy Junga.

„Dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomości, będzie kierować twoim życiem, a ty nazwiesz to losem”

„Nie stajemy się oświeceni, wyobrażając sobie światło, lecz czyniąc ciemność świadomą.”

— Carl Gustav Jung

Gdy cień mówi za pomocą ciała

Nie chcę pisać o chorobach tak, jakby były karą za “złe emocje” albo jakby dało się je wytłumaczyć jednym zdaniem w stylu: “masz X, bo nie umiesz Y”. To byłoby nieuczciwe i krzywdzące. Zdrowie jest złożone: geny, infekcje, środowisko, hormony, mikrobiota, historia życia, dostęp do wsparcia, kto wie- może też lekcje wybrane przez duszę?:) To wszystko ma znaczenie.

A jednak w gabinecie widzę coś powtarzalnego: kiedy latami nie ma miejsca na prawdę, granice i emocje, ciało zaczyna przejmować funkcję sygnalizacji. Tak jakby organizm nie był już w stanie bez końca utrzymywać trybu przetrwania bez kosztów. I gdy tutaj inwestujemy tylko w zewnętrzne narzędzia typu suplementy, treningi, lampy, okulary, maszyny, bez zaglądania głębiej.. to zamek prędzej czy później zacznie się chybotać na ruchomym piasku.. i zacznie powoli pękać na ścianach, sypać się, zaburzać, bo nie ma stabilnego fundamentu.

Mechanizmy obronne, emocje i ciało (mapa robocza)

Ważne: to nie jest tabela diagnostyczna ani „choroba = emocja”. To skrótowy model do refleksji nad tym, jak przewlekły stres, napięcie i mechanizmy obronne mogą współwystępować z objawami oraz utrudniać regenerację.

Choroby i obszary zdrowia a najczęściej towarzyszące cechy

Obszar / chorobaNajczęściej opisywane cechy towarzyszące (psychologia zdrowia)
Nowotworytłumienie emocji, osobowość typu C, bezradność
Choroby autoimmunologiczneneurotyczność, perfekcjonizm, wysoka wrażliwość
Choroby sercowo-naczynioweimpulsywność, wrogość (osobowość typu A), tłumiony gniew
IBS, SIBOneurotyczność, lęk, nadmierna kontrola
Choroby skóry (AZS, łuszczyca)stres, tłumienie emocji, niska samoocena
Bezsennośćperfekcjonizm, lęk, potrzeba kontroli
Depresjapesymizm, neurotyczność, introwersja
Zaburzenia odżywianiaperfekcjonizm, potrzeba kontroli, niska samoocena

Cień – jak wcześniej pisałam- został odsunięty poza świadomość, bo kiedyś nie było na to przestrzeni. Jako osoba dorosła, możesz to zmienić. Jeśli przez lata tłumisz złość, nie mówisz “nie”, żyjesz w ciągłym dopasowaniu, w napięciu, w byciu miłą, w chronicznej mobilizacji, to układ nerwowy uczy się czujności.

A czujność oznacza biologię: więcej napięcia mięśniowego, gorszy sen, trudniejszą regenerację, większą reaktywność na bodźce, wahania apetytu, większą wrażliwość trzewną, częstsze stany zapalne, rozjechany rytm odpoczynku i działania.

Dlatego wzniośle brzmiąca: Integracja cienia- w praktyce oznacza coś bardzo przyziemnego: że zaczynam zauważać, gdzie siebie przekraczam, gdzie się zdradzam, gdzie mówię “tak” wbrew sobie, gdzie zaciskam szczękę, gdzie wstrzymuję oddech, gdzie udaję, że nie czuję. I przede wszystkim…zaczynam to korygować małymi ruchami: granicą, rozmową, odpoczynkiem, terapią, pracą z ciałem, zmianą rytmu życia. Nikt tego inny nie zrobi za mnie. Persefona staje na własnych nogach. Może prosić o wsparcie, może delegować zadania, ale nikt za nią nie będzie oddychał, pił wody, odpoczywał, nie może też oddać komuś swoich decyzji czy swojej prawdy.

A kiedy słuchamy swojego ciała, to ono jakby .. coraz mniej krzyczy bólem, napięciem, tężyczką, alergią.

Granat Persefony: punkt bez powrotu

W micie Persefona zjada ziarna granatu. To symbol decyzji: już nie wrócę do niewiedzy o sobie.

Granat jest tu genialny, bo to owoc pełen ziaren ukrytych za grubą skórką; jakby obietnica życia ukrytego w środku, w ciemności, zanim cokolwiek pokaże się na zewnątrz. W micie zjedzenie ziaren nie jest romantycznym “wyborem Hadesa”, tylko znakiem: od tej pory mam też przynależność do Podziemia, czyli do części siebie, której nie da się już cofnąć do niewinności.

To jest moment, kiedy grzeczna dziewczynka pęka. Zazwyczaj poprzez kryzys, czasem chorobę, a czasem rozpad relacji. To swoista inicjacja- zejście do Podziemia. Integracja z cieniem.

Zanim więc pójdziemy dalej, chcę zostawić tu prostą mapę tej drogi, bo wiele kobiet myli moment pęknięcia z porażką. A często jest dokładnie odwrotnie: kryzys bywa bramą, przez którą wchodzimy w dorosłość. Ten schemat nie jest diagnozą ani przepisem na życie, tylko orientacyjnym obrazem tego, co często dzieje się w psychice, kiedy przez lata funkcjonujemy “na zewnątrz” i w masce, a potem ciało, relacja albo życie mówi: dość. To jest droga z głowy do ciała, z przetrwania do prawdy, z roli do siebie. Zobacz, gdzie jesteś dzisiaj, i pamiętaj, że to nie jest ścieżka liniowa: czasem wraca się do wcześniejszych etapów, ale wraca się już z większą świadomością.

Jak wracać z Podziemia: praktyka małych kroków

Wyjście z grzecznej dziewczynki to dla mnie nie jest jednorazowy bunt ani spektakularna rewolucja. To jest stopniowe odzyskiwanie kontaktu ze sobą, a potem budowanie życia tak, żeby ono mnie wspierało, zamiast mnie zużywać. I właśnie dlatego lubię tę prostą grafikę w czterech polach, którą kiedyś robiłam z mentorką, bo ona pokazuje czarno na białym, gdzie jest mój ruch w stronę duszy, a gdzie zaczyna się neuroza.

Na górze wykresu jest podpis: to, co dusza pragnie= rzeczy, które są zgodne ze mną. W lewym górnym polu ląduje “co lubię robić i robię” i to jest obszar zasobów, naturalności, przepływu. W prawym górnym “czego nie lubię robić i nie robię” i to jest obszar zdrowych granic, czyli miejsca, w którym mam prawo wybierać i odmawiać bez poczucia winy. Na dole zaczyna się neuroza – ja to nazywam “życie niezgodne z potrzebami duszy”, bo tam zwykle wchodzą mechanizmy przetrwania, lęk przed oceną i stare przekonania. Prawy dolny kwadrat, czyli “czego nie lubię robić, a robię”, często jest najgłośniejszym miejscem w ciele: napięcie, zmęczenie, frustracja, poczucie bycia używaną albo bycia w roli. A lewy dolny, “co lubię robić, a nie robię”, bywa najczulszy, bo tam leżą pragnienia, które zostały schowane, odwleczone, zawstydzone albo uznane za “niepoważne”.

I teraz najważniejsze: praca z tym wykresem nie polega na tym, żeby natychmiast “naprawić” dół i wejść na górę. To byłaby kolejna presja. Ona polega na tym, żeby małymi ruchami przesuwać życie w stronę zgodności ze sobą. Można postawić sobie cel i dążyć do niego, ale też to wykres do sprawdzania co jakiś czas, przypominania sobie.

Co może pomagać, w duchu psychodietetyki i higieny układu nerwowego:

  • Zaczynanie od mikro-potrzeb, bo ciało i tak zawsze mówi pierwsze: sen, głód, ciepło, nawodnienie, rytm dnia. Grzeczna dziewczynka często pomija podstawy, bo “jeszcze tylko zrobię…” (albo.. nie mam czasu (czytaj dla siebie) bo..)
  • Łagodność w języku do siebie, czyli zauważanie, kiedy pojawia się wewnętrzny krytyk (“powinnam”, “muszę”, “przesadzam”) i zamiana go na język faktów i troski (“jest mi trudno”, “potrzebuję przerwy”, “nie mam zasobów”)
  • Praca z przekonaniami poprzez praktykę- tutaj pomoże artykuł Myśli mają moc
  • Odpoczynek jako plan, nie nagroda. Dla wielu moich Klientek to jest największy przełom: uznać, że regeneracja jest warunkiem życia, a nie czymś, na co trzeba zasłużyć
  • Ciepły napar jako rytuał powrotu do siebie, zwłaszcza po pracy, po trudnym bodźcu (polecam zioła jak tulsi, melisa, passiflora na wieczorny rytuał powrotu do siebie)
  • Praca oddechowa, ja lubię sesje górno szczytowe na koniec dnia
  • Jedzenie jako akt granicy i dbania o siebie: regularność, ciepły posiłek, porcja białka, prostota. Wiele kobiet w neurozie je “w biegu” albo “na karze”, a to tylko dokłada chaosu w środku, pojawia się jedzenie emocjonalne
  • Minimalna, ale stała dawka ruchu regulującego: spacer po posiłku, rozciąganie, kołysanie, spontaniczny intuicyjny taniec w kuchni
  • Prośba o pomoc specjalisty wtedy, kiedy sama już widzisz, że utknęłaś. Nie po to, żeby ktoś ci “powiedział, jak żyć”, tylko po to, żebyś odzyskała swój kompas, zobaczyła schematy i mogła je rozbrajać w bezpiecznej relacji. Potrzebujemy wsparcia innych, to praca z zaufaniem do siebie i innych na poziomie osoby Dorosłej, we współpracy z drugim Dorosłym.

Zintegrowana Persefona: kobieta, która zna dwa światy

Według mnie zintegrowana Persefona to kobieta, która jest prawdziwa. Nie udaje i nie wybiera między duchowością a ciałem, bo rozumie, że jedno bez drugiego staje się dekoracją. Potrafi poczuć złość i nie robi z niej winy ani wstydu, tylko traktuje ją jak barometr, który pokazuje, gdzie została przekroczona i gdzie czas wrócić do granic. Poznaje swoje potrzeby, uczy się swojego środka i przestaje oddawać ster zewnętrznym autorytetom. 
Zna w sobie:

  • dziewczynkę, która kiedyś musiała przetrwać, ale i ..
  • kobietę, która dziś może już wybierać,mówić prawdę i budować życie w zgodzie ze sobą.

Jej siła nie jest głośna. Jest cicha i wewnętrzna, bo nie wynika z potrzeby udowadniania ani z walki o uwagę. Jej siła jest w granicy, w tym, że potrafi powiedzieć “nie” bez tłumaczenia się i nie robi z tego dramatu. I przede wszystkim jest w tym, że już nie oddaje siebie za miłość, nie kupuje bliskości kosztem prawdy o sobie i nie myli poświęcenia z bezpieczeństwem.

Kiedyś napisałam na IG: “Nie myl mojej łagodności z naiwnością. Widzę więcej, niż mówię. Moja siła wewnętrzna nie musi być głośna, bo nie wynika z potrzeby udowadniania; jest cicha, spokojna i trzyma granice wtedy, kiedy trzeba”.

A co jeśli transformacja kobiety nie zachodzi przez przełamywanie siebie, jakby jedyną drogą rozwoju była droga “kucia stali”. Ciągłe działanie, liniowy marsz do celu, rywalizacja, dyscyplina bez czułości, zimno jako kolejny stresor, surowe reżimy żywieniowe, medytacja odklejona od ciała, mocne protokoły zamiast prostego ciepła. To są narzędzia solarne, yangowe, nastawione na wznoszenie się, kontrolę i wynik. One potrafią działać, ale dla wielu kobiet, zwłaszcza tych wyczerpanych, niedoborowych i długo “dzielnych”, stają się tylko inną wersją tej samej historii: jeszcze bardziej się napnij, jeszcze bardziej się popraw, jeszcze bardziej zasłuż.

A co jeśli kobieca transformacja częściej polega na rozpuszczaniu tego, co już nie służy, niż na łamaniu siebie. Na zdejmowaniu warstw, które były przystosowaniem. Na odzyskiwaniu rytmu, który jest cykliczny, lunarny, związany z ciałem i ziemią. Na tym, żeby wrócić do regulacji układu nerwowego, do ciepła, do oddechu, do snu, do karmienia siebie, do ruchu, który nie jest karą, tylko powrotem do czucia. Do tańca, twórczości, kreacji, uzdrawiania, ale też do granic, które chroni energię życiową.

I nawet jeśli żyjemy w kulturze, która promuje patriarchalny wzorzec wartościowania człowieka przez wynik, to ja wierzę, że kobieta nie musi przechodzić inicjacji przez kolejne formy przemocy wobec siebie. Może przechodzić ją przez powrót do siebie. Przez wybór tego, co buduje, a nie tego, co tylko wzmacnia pancerz.


źródła i polecajki (znacie je z Instagrama): “Podróż bohaterki” Murdock, “Boginie w każdej z nas” J.S.Bolen, a dla mężczyzn: “Bohater o tysięcu twarzy” Campbell, oraz “Bogowie w każdym mężczyźnie” Bolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *